mapa to nie terytorium

Mapa nie jest terytorium

„Mapa nie jest terytorium” stało się wszechobecnym sloganem spopularyzowanym przez różnej maści publikacje i kursy NLP. Szkoda by jednak było, by jak to ze sloganami bywa, idea pozostała tylko efektowną pustą skorupką, niesie bowiem w sobie wiele mądrości. Wszyscy jesteśmy z grubsza podobnie zbudowani, mamy oczy, które widzą, uszy, które słyszą i resztę zmysłów, będących naszym łącznikiem  z rzeczywistością. Nie doświadczamy jej więc bezpośrednio, lecz zawsze za pomocą tych biologicznych narzędzi. Dodatkowo, aby informacja zmysłowa dotarła do naszej świadomości, musi zostać w przetworzona i zinterpretowana przez mózg. Gdy to się stanie, doświadczamy subiektywnego kontaktu z rzeczywistością.

Istnieją więc dwa elementy niezbędne do kontaktu ze światem – zmysły i mózg. Jest to oczywiście wielkie uproszczenie, ale pozostańmy przy nim na potrzeby tego wywodu. Mózg działa jak filtr, pewne informacje wybierając, inne ignorując. Nadaje znaczenia, interpretuje, wnioskuje, w dużej mierze poza naszą kontrolą i świadomością. Przeróżne badania pokazują, że ogromna część aktywności umysłowej jest automatyczna i odbywa się poza świadomością. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Przefiltrowane informacje, odpowiednio oznakowane, tworzą nasz wewnętrzny model świata. Posługujemy się nim jak mapą, wiemy co gdzie jest, jakie jest, wiemy czego się spodziewać i czego oczekiwać. I tak jak mapa jest tylko schematycznym odzwierciedleniem terytorium, tak nasz model rzeczywistości jest tylko schematem realnego świata. Gdyby mapa miała być tak szczegółowa jak teren, który opisuje, musiałaby być tak wielka jak tenże teren. Nie spełniałaby tym samym swojej funkcji. Patrząc na mapę zdajemy sobie sprawę, że te cienkie zielone linie to są polne ścieżki, ale nie wiemy już, że przy którejś konkretnej ścieżce stoi domek, w którym mieszka pewien szalony artysta z piętnastoma kotami i psem. Aby się tego dowiedzieć musimy pójść do lasu i sprawdzić co tam faktycznie się znajduje. Biorąc mapę do ręki, przychodzi nam do głowy, by sprawdzić czy jest aktualna. Tyle się w świecie zmienia, powstają nowe osady, nowe drogi, stare stają się nieprzejezdne, jeziora wysychają, powstają tamy, zmieniają się nazwy ulic i granice państw. Raczej nie zaufamy mapie sprzed 20 lat. Mapy same w sobie też bywają różne. Mapa polityczna wygląda zupełnie inaczej niż fizyczna czy wojskowa, mimo, że opisują teortycznie tę samą rzeczywistość. Podobnie jest z naszymi umysłowymi modelami, czy też jak nazywa je Robert Anton Wilson (Jacenty, dzięki za inspirację) tunelami rzeczywistości. Z tą „drobną” różnicą, że w tym przypadku ile ludzi, tylu „kartografów”. Każda nasza umysłowa mapa jest inna, bo została ukształtowana przez indywidualny i unikalny zestaw czynników takich jak wychowanie, kultura, doświadczenia, genotyp… Każda informacja jest odbierana przez jedyny w swoim rodzaju układ nerwowy i przepuszczana przez jedyny w swoim rodzaju umysłowy filtr. Nie docieramy do „prawdy”, do „obiektywnej” rzeczywistości, a jedynie do jednego z jej możliwych obrazów. Jak pisze Wilson,

(…) Nie postrzegamy „rzeczywistości”, lecz pobieramy sygnały z otoczenia, nadając im tak błyskawicznie postać domysłów, że nawet nie zauważamy towarzyszącego temu procesu myślowego.[1]

No właśnie, choć nie jest trudno zgodzić się z ideą, że każdy z nas inaczej postrzega świat, mam wrażenie, że nagminnie o tym zapominamy. I właściwie nic w tym dziwnego, gdyż duża część naszej kultury oparta jest na logice arystotelesowskiej, która zakłada stałość rzeczy i istnienie jakiejś obiektywnej „rzeczywistości”. W naszym świecie ceni się obiektywizm, racjonalność i zdrowy rozsądek, jeśli za bardzo zatapiamy się w „być może” i „to zależy”, możemy stracić wiarygodność.  Poza tym, o wiele łatwiej jest żyć w przekonaniu, że posiadamy jakiś „prawdziwy” obraz świata.

Nasze mapy i modele świata – tunele rzeczywistości – zawsze obejmują tylko roboczy, niepełny model świata, nad którym cały czas pracujemy i niewykluczone, że nigdy go nie dokończymy. Taki z życia wzięty model powinien przecież obejmować mnie, ciebie oraz wszystkie inne czujące istoty zamieszkujące czasoprzestrzeń, a także ich wrażenia lub/i myśli. Skoro zaś nikt nie dysponuje wystarczającą wiedzą, by go porządnie skonstruować, nikt w pełni nie rozumie świata.[1]

Warto uświadomić sobie konsekwencje jakie niesie za sobą stwierdzenie hrabiego Korzybskiego, że mapa nie jest terytorium oraz tego, jakie właściwości mają nasze mapy. Przede wszystkim, spotykając drugiego człowieka, natrafiamy na drugi złożony system przetwarzający informacje, który widzi inaczej, czuje inaczej, wnioskuje inaczej… To niby banalne stwierdzenia, ale ile kłótni, nieporozumień i konfliktów pojawia się tylko dlatego, że nie bierzemy tego pod uwagę? Ty to widzisz tak, jak to widzę inaczej – świetnie. Dlaczego więc tak często pojawia się przekonanie, że ten drugi jest głupszy, gorszy, a w najlepszym wypadku nie widzi tego, jak jest „naprawdę”? Po drugie, każdy z nas ma jakiś system założeń dotyczących świata. Te założenia są bardzo często nieuświadomione i niewypowiedziane. W przypadku istotnych kwestii warto sprawdzić jakie my sami posiadamy założenia i porównać je z założeniami drugiej osoby. Bo choć możemy używać tych samych słów, to są duże szanse, że znaczenie nadajemy im zupełnie inne. I o ile w przypadku pojęć konkretnych, uzgodnienie jest dość proste („To jest krzesło” – i pokazujemy palcem, co mamy na myśli), to gdy dochodzimy do abstrakcji, zaczynają się schody. Pomyślcie, jak wiele znaczeń, często trudnych do przekazania, kryje się za naszym indywidualnym rozumieniem słów takich jak miłość, bliskość, pokój, itd. Komunikacja jest w pewnym sensie ciągłym procesem uzgadniania znaczeń pojęć jakimi się posługujemy. A przynajmniej powinna być, jeśli faktycznie zależy nam na dotarciu do modeli innych niż własny. Dariusz Misiuna zauważa, że

(…) prawda jest czymś subiektywnym dla każdej jednostki, ponieważ nikt z nas tak naprawdę nie mówi tym samym językiem. Wypowiadamy te same słowa, ale rozumiemy je w odmienny sposób. Nasza wolność wynika z tego, że potrafimy to dostrzec. Kiedy zaś jesteśmy zaślepieni przyswojoną sobie mapą i staramy się gwałtem narzucić ją innym, niszczymy otaczającą nas przestrzeń doświadczenia. [2]

Dlatego namawiam do eksplorowania swoich tuneli rzeczywistości, ba, nawet do ich poszerzania i wzbogacania. A już chwila zastanowienia się nad tym, jak ktoś z takimi czy innymi doświadczeniami może postrzegać daną sytuację, bardzo pomaga w zrozumieniu drugiego człowieka i w znalezieniu jakiejś płaszczyzny porozumienia. Każdy z nas ma własną mapę, ale możemy przecież zaglądać sobie nawzajem przez ramię i dopytywać się o interesujące nas obiekty, możemy rysować nowe drogi, możemy aktualizować mapy. Akceptując przy tym wszystkim fakt, że zawsze będziemy nakładać na rzeczywistość jakieś filtry, a pocieszając się tym, że świadomość ich istnienia może wzbogacić nasze doświadczenie świata. A na koniec zabawna anegdota z życia wspomnianego już Alfreda Korzybskiego.

W czasie pewnego wykładu dla studentów Korzybski wyjął zawinięte w biały papier pudełko ciastek. Wyjaśnił, że musi coś zjeść, po czym zaproponował studentom pierwszego rzędu, by także się poczęstowali. Wszyscy jedli ze smakiem, gdy Korzybski szybkim ruchem zerwał biały papier z pudełka, ujawniając oryginalne opakowanie – duże zdjęcie głowy psa z napisem „Ciastka dla psów”. Studenci zareagowali z przerażeniem, dwoje nawet wybiegło wymiotować do toalety. Korzybski skomentował to następująco: „Drodzy Państwo, właśnie zademonstrowałem, że ludzie nie tylko jedzą pokarmy, ale także słowa, i że smak tych pierwszych często zdominowany jest smakiem drugich”. Ten żart posłużył zilustrowaniu powstawania problemów międzyludzkich, których początek bierze się z niezrozumienia, czy też łączenia w jedno, różnych, czasem przeciwstawnych sformułowań językowych, ostatecznie zawodzących w próbie opisywania rzeczywistości. [3]


[1] Robert Anton Wilson, Psychologia kwantowa, Okultura, Warszawa 2008 [2] http://www.okultura.pl/texts/wolnosc.html [3] http://pl.wikipedia.org/wiki/Alfred_Korzybski Creative Commons License photo credit: ToNToN CoPT


chaos myśli

Kiedy życie przynosi zamęt

Jestem przekonana o tym, że życie jest dla nas wspaniałą możliwością do rozwoju i nauki. Niektórzy idą nawet dalej, mówiąc, że życie to jedna wielka lekcja. Inni, jak Neal Walsh, uważają, że wręcz przeciwnie, życie wcale nie jest lekcją, którą mamy odrabiać, za to jest świetną okazją do poznania naszej prawdziwej natury. Jeszcze inni twierdzą, że życie jest tym, czym chcemy, żeby było. Jeśli spodziewamy się lekcji, dostaniemy lekcje, jeśli spodziewamy się miłej i przyjemnej ziemskiej podróży,  to też otrzymamy.

Nasze życiowe doświadczenia przybierają przeróżne formy, czasem są wyzwaniami stawianymi wprost, czasem życie delikatnie nas popycha w jakimś kierunku, a czasem…czasem wszystko trzęsie się, zmienia, wymyka spod kontroli i poddajemy w wątpliwość jakąkolwiek sensowność danych wydarzeń. Mamy poczucie, że to zbyt wiele jak na jednego człowieka, pojawia się lęk. Pema Cziendryn pisze:

Lęk jest powszechnym doświadczeniem, doznają go nawet najmniejsze istoty. Miękkie ciała morskich stworzeń pozostające na morskim brzegu po odpływie instynktownie kurczą się pod dotknięciem naszych palców. Wszystko, co żyje, podobnie reaguje na zagrożenie. Odczuwać lęk w obliczu nieznanego nie jest zatem rzeczą niezwykłą. To nieodłączny aspekt życia czujących istot, wspólny nam wszystkim. Lękiem reagujemy na samotność, śmierć lub utratę poczucia bezpieczeństwa. Lęk jest naturalną reakcją, gdy zbliżamy się do prawdy.

(Pema Cziendryn, „Kiedy życie nas przerasta”)

Niektórzy z kręgów rozwoju osobistego twierdzą, że zawsze dostajemy tyle, ile jesteśmy w stanie unieść. Potencjalnie. Nie znaczy, że zawsze to uniesiemy, raczej to, że nadszedł odpowiedni moment na jakąś przemianę.

Nauczyłam się z pokorą podchodzić do takich burzliwych okresów. Nie oznacza to, że znoszę je ze stoickim spokojem, absolutnie nie. Miewam momenty paniki (Wtedy najczęściej panicznie krzyczę: „Ratunku!”, co jest niegłupim wyjściem, jak się okazuje, bo wtedy pomoc naprawdę przychodzi), nachodzi mnie zwątpienie („Jeśli tak ma wyglądać rozwój, to ja już bardzo dziękuję. Dziękuję, nie.”), bywam spięta, co odbija się w przykry sposób na moim organizmie i generalnie bywam dość niespokojna. Ale gdzieś w środku, bardzo głęboko tkwi głos, który szepcze (a czasem traci cierpliwość i wrzeszczy), że to wszystko ma sens, jest ważne i potrzebne. Czasem głos dochodzi od jakiejś mądrej i życzliwej osoby, która mówi „Dasz radę i przejdziesz przez to”.

Zauważyłam też, że stopień zamieszania wewnętrznego jest wprost proporcjonalny do wielkości „tematu”, z którym mamy do czynienia. Im większa sprawa, im głębszych warstw psychiki dotykamy, tym większy szok dla systemu. Jeśli doświadczenie życiowe jest wyzwaniem dla naszych starych i zasiedziałych wzorców, na które w końcu przyszedł czas, to konfuzja będzie wręcz spektakularna. Cóż, żeby coś wytrząsnąć, trzeba porządnie potrząsnąć. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, jeśli sygnał jest niewielki (miewam lekkie bóle głowy) to istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że go weźmiemy pod uwagę i jeszcze coś z tym zrobimy, niż gdy sygnał jest poważniejszy (zapadam na poważną chorobę). Może gdybyśmy słuchali mniej intensywnych informacji, nie byłyby potrzebne życiowe katastrofy? A może w naszej naturze leży lubowanie się w katastrofach?

Typowym symptomem, że zachodzą ważne przemiany wewnątrz nas, lub że takie przemiany są potrzebne, jest pojawienie się sytuacji, które w jakiś sposób znamy, ale tym razem nie udaje się tak łatwo, jak dotychczas, uciec. Pewne schematy zachowań, reagowania czy sposobów wchodzenia w relacje powtarzają się w naszym życiu. Możemy traktować je jako normalne, bo innych nie znamy. Możemy traktować je jako zło konieczne, bo nie potrafimy inaczej (choć wiemy już, że można). Aż przychodzi moment, w którym okazuje się, że jeśli nie zmienimy swoich schematów to a) nastąpi koniec świata b) stracimy coś bardzo ważnego c) nie wytrzymamy tego dłużej (lista ta bynajmniej nie wyczerpuje wszystkich możliwości). Oczywiście, nawet z takich sytuacji można uciec, nie ucząc się niczego nowego i powielając stare wzorce. W końcu to nasza wolna wola, co zrobimy, wszechświat może chcieć dla nas jak najlepiej, ale to my dokonujemy zmian lub przynajmniej na nie przyzwalamy.

Wracając do symptomów. Ariel, autor bloga You are Truly Loved, ukuł określenie „confusionism” odnoszące się do stanu emocji i umysłu w czasie intensywnych transformacji. Pisze on, że przechodzimy przez cykle jasności i pomieszania; dochodzimy do zrozumienia, a później znów coś się mgli. Gdy przychodzą zmiany, umysł (nasze nawyki, przyzwyczajenia) trzyma się tego, co zna, a rzeczywistość pokazuje, że potrzeba czegoś innego, to już nie zdaje egzaminu. Nie wiadomo wtedy co zrobić. Przychodzi zwątpienie, zdezorientowanie, zagubienie.

Co z tym zrobić?

Przede wszystkim zaakceptować, że okres zamętu jest elementem całego procesu zmiany i wzrastania. To normalne, że gdy wszystko się zmienia, nie możemy się w tym połapać. Normalne jest też, że miewamy kryzysy i zaczynamy wątpić w sensowność wspomnianego procesu. Kto czasem nie tęskni za stabilizacją i świętym spokojem? Pocieszeniem może być jedynie świadomość, że czas spokoju również przychodzi, na zmianę z czasem zamętu, taka natura naszego świata – cykliczność przeciwstawnych energii.

Gdy przychodzi zamęt, staramy się często zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Ariel pisze, że należy się raczej w takim momencie poddać mgle, nie analizując ani nie szukając racjonalnych wyjaśnień. Ze swojego doświadczenia wiem z kolei, że zrozumienie często pomaga w ukojeniu nerwów. Pewnie nie każdy potrafi tak z zaufaniem zapaść się w odmęty nieznanego i normalne jest, że szukamy jakiegoś punktu zaczepienia. Myślę, że szukanie wyjaśnień ma sens, o ile nie zafiksujemy się na tym i nie odłączymy tego, co faktycznie jest tu i teraz. Intelektualizowanie bowiem jest fantastycznym narzędziem odłączającym nas od rzeczywistości, więc trzeba uważać by się paradoksalnie jeszcze bardziej nie zagubić i nie zamotać szukając wyjaśnień. Czasem faktycznie lepiej jest poddać się swoim odczuciom, zagłębić w emocje i poczuć ich prawdziwą energię.

Kiedy nasz świat się rozpada i nagle stajemy w obliczu niewiadomego, jest to moment próby. Należy wówczas zatrzymać się, nie usiłując niczego definiować. Istotą podróży duchowej nie jest szukanie nieba czy jakiejś krainy szczęśliwości.

(Pema Cziendryn, „Kiedy życie nas przerasta”)

Gdy już uda się nam przetrwać ten trudny okres, gdy dotrze do naszych zakutych łebków co trzeba zmienić i zrobimy to, przychodzi nagroda. Nagrodą jest poczucie jasności i przejrzystości oraz poczucie „przepracowania” kolejnego trudnego życiowego i psychicznego kawałka (jest to ulotne i chwilowe, ale to zawsze coś…). I nic dziwnego, że często ludzie odczuwają zmęczenie (psychiczne i fizyczne), jakby przerzucili tonę węgla, w końcu przekształcenie wzorców myślenia i reagowania to wymagające zadanie. Teraz należy dać sobie przestrzeń, by zmiany okrzepły, warto zadbać o siebie i swoje samopoczucie. Jednak nie ma co się oszukiwać, kolejny kawałek już stoi w kolejce – a jak go nie dostrzeżemy, to będzie się dobijać…do skutku. Jego czas przyjdzie za rok, miesiąc lub za tydzień… a potem kolejny i kolejny. Ale to tylko znaczy, że odrzucamy kolejne warstwy niepotrzebnych już elementów i mamy coraz czystszy dostęp do tego, kim naprawdę jesteśmy, do naszej pięknej i prawdziwej natury.

Creative Commons License photo credit: Ivan М

jak słuchać wewnętrznego głosu

O słuchaniu wewnętrznego głosu

Mówi się, że należy słuchać swojego wewnętrznego głosu. Pisząc „mówi się” mam na myśli wszelakiego rodzaju książki o rozwoju osobistym, poradniki psychologiczne, itd. Dzięki nim pomysł kierowania się wewnętrznym głosem staje się coraz bardziej rozpowszechniony. Uważam to za wspaniałe zjawisko, jednak mam wrażenie, że to wszystko nie jest takie proste jak się może wydawać. Continue Reading

nic nie wiem

Wiem, że nic nie wiem.

Zawsze lubiłam wiedzieć. Od małego czytałam książki, zadawałam pytania, dociekałam. Przyszedł czas, kiedy poczułam, że nauka ma wszystkie odpowiedzi, trzeba tylko dobrze zadać pytania. Potem okazało się, że nauka wcale nie ma na wszystko odpowiedzi (za to zbyt często odmawia racji bytu temu, czego nie potrafi wyjaśnić), za to duchowość ma. Zmieniłam więc paradygmat i szukałam na nowej ścieżce. Szukałam odpowiedzi na pytania małe i duże. Szukałam narzędzi, które dałyby odpowiedzi. Sprawdzałam różne systemy i ku mojemu rozczarowaniu, okazywało się, że istnieje mnóstwo sprzeczności i bardzo różnych pomysłów.

Potrzeba zrozumienia świata i poczucia sensu jest w człowieku ogromna. Wielu psychologów różnych nurtów na swój sposób ją podkreśla. Mówi o niej psychologia społeczna i poznawcza, mówi  psychologia transpersonalna. Rodzimy się z potrzebą poznania i zrozumienia świata zewnętrznego oraz siebie samych. Wiadomo, u różnych ludzi potrzeba ta ma różną intensywność, jednym wystarczy proste wyjaśnienie, a inni drążą najgłębiej jak się da. Dodatkowo, żyjemy w czasach, gdzie informacja i wiedza są w cenie, a racjonalne i logiczne myślenie dominuje. Trzeba wiedzieć. Albo przynajmniej mieć poczucie, że się wie. Mam wrażenie, że sporo osób wpada w tę pułapkę chęci zrozumienia wszystkiego i znalezienia odpowiedzi. Ja na pewno wpadłam. Dostęp do niesamowitej ilości informacji utrudnia jakiekolwiek dojście do ostatecznych wniosków. Jeśli ktoś ma trochę samozaparcia, będzie drążył, czytał różne książki, porównywał. Ale im dalej w las, tym więcej drzew. To, co na początku wydawało się pełne i sensowne, w świetle nowych informacji nagle jest niewystarczające albo wręcz prymitywne. Książki, które zachwycały, nagle wydają się miałkie. Można albo świadomie wybrać jakiś system „wyjaśniający świat” i konsekwentnie się go trzymać, albo dobierać po kawałku to co nam pasuje, odsiewając to, co nie brzmi sensownie. Ale skąd wziąć punkt odniesienia? Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka pt. „Biała Księga” autorstwa niejakiego Ramthy. Historia związana z autorem ani cała „szopka” marketingowa z nim związana nie jest w tym miejscu zbyt istotna, choć z pewnością ciekawa (Google: Ramtha). W książce tej trafiłam na wiele bardzo ciekawych myśli, a jedna z nich dotyczyła rozterek opisanych akapit wyżej. Ramtha pisze o tym, że każdy nauczyciel w pewnym sensie tworzy swoją własną prawdą. Możemy więc wybrać jakieś nauki, ale mając świadomość, że każdy system tworzy pewne ograniczenia. Dodatkowo, wierząc w coś kreujemy świat zgodny z tymi przekonaniami. Dlatego też, jak przekazuje autor „Karma dotyczy tych, którzy w nią wierzą” (cytat z pamięci). Może nie są to jakieś rewolucyjne myśli, ale w mojej głowie coś przeskoczyło. Pomyślałam, że nie mam już co szukać ostatecznych odpowiedzi, najtrafniejszych systemów, a zdecydowanie nie jedynie słusznej drogi. Biała Księga jak dotąd jest ostatnią książką o duchowości, jaką miałam w ręku. Na ten moment zaczęłam szukać gdzie indziej. Nie oznacza to, że odwracam się od wiedzy. Wręcz przeciwnie szanuję wiedzę, chętnie ją zdobywam, a także przekazuję dalej. Ale jest coś więcej. Nie można sobie zapychać głowy jedynie wiedzą. Rozmawiałam dziś ze znajomą (pozdrawiam 😉 ), na temat tego, że często nie pozwalamy sobie powiedzieć „nie wiem”. Wyszłyśmy od tego, że pewien terapeuta powiedział swojemu klientowi, że „nie wie jak rozwiązać jego problem”. Z punktu widzenia wielu szkół terapeutycznych – poważna wpadka. Jak to: terapeuta nie wie? Czy też, jak to: terapeuta przyznaje się, że nie wie? Klient oczekuje wiedzy, fachowego rozpoznania i rozwiązania problemu. Ok, niektórzy tego właśnie potrzebują, jak pisałam wcześniej, potrzeba zrozumienia świata i siebie oraz poczucie sensu jest bardzo silnym motywem. Ale patrząc na to z innej perspektywy to przecież… przecież my tak naprawdę nic nie wiemy. My ludzie. Pomyśl, że nie wiesz tak do końca i naprawdę jaki jest sens życia. Nie wiesz o co w tym wszystkim chodzi. Szukasz odpowiedzi, zadowalasz się jakąś i masz spokój, ale tak naprawdę… to są tylko przebłyski, iluzje, bo życie jest jedną wielką, wybaczcie kolokwializm, zajebistą tajemnicą. Czyż nie jest to uwalniające? Może wcale nie musimy wszystkiego wiedzieć? Może nie potrafimy wszystkiego ogarnąć naszymi racjonalnymi umysłami? Może jesteśmy w stanie to wszystko ogarnąć, ale inaczej? A może wcale nie da się tego zrobić, bo jedyne co możemy, to delikatnie dotykać tej tajemnicy z różnych stron i zachwycać się naszymi ulotnymi odkryciami? Moja rozmówczyni stwierdziła, że dać sobie prawo do stwierdzenia „nie wiem” przynosi ogromną ulgę i wolność. Wtedy poczułam, że złapałam o co chodziło Sokratesowi z tym wyświechtanym przez kulturę masową „wiem, że nic nie wiem”. Otwartości na niewiedzę nauczyła mnie również praca z procesem poprzez swoje inspiracje buddyzmem Zen. Jedną z umiejętności, którą powinien mieć, czy też raczej wypracowywać sobie, terapeuta procesowy jest tzw. umysł początkującego. Jest to uwolnienie się od wszelkiego rodzaju założeń, opróżnienie swojego mentalnego naczynia, aby mieć miejsce na to, co przychodzi w każdej pojedynczej chwili. Jung pisał*, że zaczynając pracę nad jakimś snem klienta, mówił sobie najpierw „nie wiem o czym jest ten sen”, a dopiero potem przystępował do analizy. „Nie wiem” paradoksalnie daje przestrzeń na zrozumienie. Dlatego nie wierzcie obiegowej opinii, że psycholog jest w stanie w krótkim czasie przejrzeć człowieka na wylot. Jest w stanie w krótkim czasie zbudować sobie bardzo bogate wyobrażenia i stworzyć założenia – może czasem trafne. Poznać jak jest w rzeczywistości – raczej nie. Hm, miało być krótko, a jest prawie druga w nocy i wątki się rozmnożyły. Chyba czas kończyć. Nie wiem, mogę nie wiedzieć, nie muszę wiedzieć. Jednocześnie mogę szukać, sprawdzać i doświadczać. Na tym polega cała zabawa. Nie wiem czym jest prawda, nie wiem kto ma rację. Mogę spróbować to poczuć. Daję sobie przestrzeń na Tajemnicę. I wcale nie chodzi o to, by ktoś mi ją wyjaśnił, a raczej o proces jej doświadczania i odkrywania. Zakończę cytując jednego z moich ulubieńców:

„Istnienie jest tajemnicą i człowiek powinien zaakceptować je jako tajemnicę, a nie udawać, że ma jakieś wyjaśnienie. Nie, wyjaśnienie nie jest potrzebne, tylko wykrzyknienie, zdumione serce, obudzone, zaskoczone, odczuwające tajemnicę życia w każdym momencie. Wtedy i tylko wtedy wiesz czym jest prawda. A prawda wyzwala.” Osho

* Dlaczego tak łatwo zapamiętuję „co”, trudniej „kto”, a już „gdzie to było napisane” jest prawie nie do zrobienia? Creative Commons License photo credit: h.koppdelaney

najłatwiej narzekać na pogodę

Jak zrozumieć i opanować narzekanie oraz martwienie się.

Smerf MarudaMówi się często o tym, że Polacy są narodem, który uwielbia narzekać. Profesor Bogdan Wojciszke poświęcił nawet dość sporo czasu na badania tego zagadnienia i doszedł do wniosku, że mamy do czynienia z „kulturą narzekania”. W skrócie – narzekanie jest narzędziem identyfikacji, jeśli ktoś narzeka, a drugi mu odpowiada tym samym, znaczy, że jest „swój”. I tak, jak Amerykanie najczęściej czują się „lepiej niż zazwyczaj”, Polacy czują się „gorzej niż zazwyczaj”. Dlatego w naszej kulturze tak ciężko jest przeforsować amerykańskie „keep smiling”. Czy to znaczy, że jesteśmy skazani na pesymizm? Continue Reading

szczere rozmowy w relacjach

Moc oczyszczenia, czyli świadome porządki w relacjach

Wiosna, czas porządków i oczyszczania świata, tak zewnętrznego jak i wewnętrznego. Przesilenie wiosenne zszokowało mój organizm i przez pierwsze piękne dni dochodziłam do siebie. Dziś promienie słońca już tylko cieszą. Ale do rzeczy 🙂 Wiosną, a do tego jeszcze w okolicach świąt, myślimy głównie o porządku w naszej przestrzeni zewnętrznej. Oczywiście jest to ważna kwestia, zresztą pisałam już co nieco na ten temat. Dziś przyszedł do mnie temat porządków w relacjach. Continue Reading