psycholog Gdańsk

Co z tym syndromem DDA?

Zrobiło się ostatnio głośno na temat najnowszej książki dra Tomasza Witkowskiego „Zakazana psychologia tom. 2”. Wiedziałam, że ma się ukazać, ale informacje na ten temat dotarły do mnie pośrednio – poprzez osoby, które słuchały rozmowy z nim i prof. Mellibrudą w radiu TokFM oraz przeczytały z nim wywiad. Ton był podobny: to jak to jest z tym DDA? Czy to zjawisko w takim razie nie istnieje? Czy to znaczy, że przez lata coś sobie wmawiałem? Wcale nie borykam się z trudnym dziciństwem, bo ojciec pił, tylko mój problem polega na czymś innym? A może nie ma żadnego problemu? Czy moja dziewczyna, z poszarpanymi emocjami, trudnościami w relacji, nałogami, cierpiała z innego powodu niż to, że miała popieprzony dom rodzinny? Czy diagnozy psychoterapeutów, że to DDA, to było tylko nakręcanie psychobiznesu, a to wszystko to po prostu nieprawda?

Zastanawiam się czy takie właśnie intencje miał dr. Witkowski rozpętując krucjatę przeciwko nierzetelnym terapeutom i pseudoterapeutom. Myślę, (mam nadzieję) że nie było jego intencją podważać realnych przeżycia tysięcy ludzi, którzy przeszli gehennę w domu rodzinnym i teraz starają się jakoś poskładać porozbijane kawałki życia, emocji, doświadczeń, relacji. Skrajności bywają jednak niebezpieczne i wykluczające – a prof. Witkowski jest moim zdaniem w swoich opiniach dość skrajny.

Od pewnego czasu trwa debata w środowisku naukowców, jaki wpływ ma dzieciństwo na nasze dorosłe funkcjonowanie. Opinie i badania są różne i jak to w naukach społecznych bywa – jedno czy drugie badanie nie dowodzi jeszcze niczego. Zdarza się też, że badania są przytaczane tendencyjnie, wybierane są te zgodne z poglądem danego badacza, a pomijane inne, które mogą coś podważać. Nie mówiąc o często wątpliwej metodologii (której zwykły końcowy odbiorca wyników zazwyczaj nie jest w stanie ocenić), wychodzących na jaw manipulacjach danymi i innych nieprawidłowościach. Dlatego hasło „naukowe podstawy” bywa zwodnicze. Dla jasności – cenię sobie podejście naukowe, z zainteresowaniem śledzę różne odkrycia, cieszy mnie też, gdy nauka i praktyka wzajemnie od siebie czerpią. Zdaję sobie jednak sprawę z ograniczeń obu podejść. Wracając do wpływu dzieciństwa – zaprzeczanie temu, że to, co się dzieje w naszym dzieciństwie ma wpływ na to kim jesteśmy później jest absurdem (bo jest tym samym zaprzeczaniem pewnym podstawowym zjawiskom rozwojowym dziecka). Takim samym, jak twierdzenie z drugiego końca –  że skoro ktoś przeżył coś trudnego, to w dorosłym życiu jest skazany na cierpienie lub nie może nic z tym zrobić.

Diabeł tkwi w jednym istotnym szczególe – w uogólnianiu. To taki banał psychologiczny, że ludzie się różnią. Mogą w różny sposób przeżywać trudności i w różny sposób sobie z nimi radzić. I tak, jak nie każdy kto wychowywał się w domu alkoholowym będzie potem od alkoholu uzależniony, tak nie każdy potrzebuje nie wiadomo jakiej pomocy psychologicznej w związku z tym. A jednak, z jakiegoś powodu około 50% klientów, którzy się do mnie zgłaszają z przeróżnymi trudnościami życiowymi, miało przynajmniej jednego z rodziców nadużywającego alkoholu. I w trakcie terapii prędzej czy później docieramy też do tego tematu, jako czegoś, co mocno odbiło się w ich wewnętrznym świecie. Jakie ma znaczenie to, że podobne trudności mogą mieć także osoby, w których domach rodzinnych nie było alkoholu, ale i tak funkcjonowały destrukcyjne wzorce relacyjne? To nie pity przez rodzica alkohol sam w sobie powoduje późniejsze problemy w funkcjonowaniu np. w relacjach, a degeneracja więzi, myślenia i emocjonalności, która się pojawia pod jego wpływem. I może się brać też z czegoś innego.

Ruch DDA ma z pewnością na swoim koncie różne błędy, moim zdaniem takie jak np. usztywnianie tożsamości dziecka alkoholika, czy doszukiwanie się czasem na siłę u tzw. DDA tendencji do uzależnień. A jednak dzięki niemu rzesza ludzi zaczęła rozumieć skąd biorą się ich trudności w relacjach osobistych czy zawodowych, skąd pewne powtarzające się wzorce wydarzeń życiowych. Łatwiej w ten sposób połączyć kropki i zacząć coś zmieniać na lepsze w swoim życiu. Nie bez znaczenia jest też poczucie wspólnoty biorące się z odkrycia, że „inni mają podobnie” oraz „wcale nie jestem taki nienormalny”. Bez refleksji nad sobą powielanie schematów rodzinnych jest prawie gwarantowane.

Pod pewnymi względami dr. Witkowski ma rację – potrzebne są sensowne regulacje dotyczące zawodu terapeuty, brak profesjonalizmu jest szkodliwy, niestety złe rzeczy dzieją się w gabinetach i generalnie jest to zawód, w którym pracuje się z bardzo delikatną materią. A jednak mam jakąś niezgodę na prowadzenie krucjaty w takim tonie. Który zwyczajny (nie związany profesjonalnie z psychologią) człowiek, nie znający się na zawiłościach nauki, teorii psychologicznych, itp., zrozumie problem związany ze zbytnią ogólnością syndromu DDA? Kto rozróżnia naukowo-badawcze niuanse i ich związek z praktyką? Nie, reakcja będzie właśnie taka, jaka do mnie dotarła – czy to znaczy, że mnie oszukano albo, że coś sobie wymyślam?

Każdy człowiek ma indywidualną historię i to tym powinni się zajmować psychoterapeuci. Ufam, że dobrze wykształceni profesjonaliści tak właśnie postępują. Przywiązywanie się do etykiet rzadko kiedy dobrze służy, pewnie dobrze jest też skupiać się na aktualnym życiu, a nie tylko „grzebać w przeszłości” dla samego grzebania. Tyle, że to „grzebanie” czasem jest konieczne, bo to wcale nie jest przeszłość, tylko aktualne wewnętrzne doświadczenie, które wypływa z wcześniejszych przeżyć.

Na koniec,  polecam tekst prof. Jerzego Mellibrudy, który jest dobrą odpowiedzią na to, co mówi dr. Witkowski o DDA.

Rzeka

Jak długo trwa terapia?

Jednym z najczęściej zadawanych przez klientów pytań jest „Jak długo trwa terapia”?

Na poziome uzgodnionej rzeczywistości* jest to pytanie oczywiste – lubimy wiedzieć jakie będą ramy czasowe czegoś, w co się angażujemy. Trzeba też zorganizować sobie czas i budżet. W niektórych szkołach terapeutycznych określenie ram czasowych to jeden z podstawowych elementów kontraktu terapeutycznego. W przypadku niektórych placówek publicznych sprawa ma jeszcze inne oblicze – możliwe jest finansowanie tylko określonej liczby sesji terapeutycznych, więc długość terapii jest z góry określona.

Kto ma wiedzieć jak długo trwa terapia?

To jednak jest bardzo trudne pytanie. Trudne, bo kim jestem terapeuta, by wiedzieć w jakim tempie będą zachodzić zmiany, jak klient będzie reagował na pracę, jakie przeszkody staną na drodze i co po drodze zostanie wspólnie odkryte? Nurt tak zwanych terapii udokumentowanych empirycznie (evidence based therapy), z terapią poznawczo-behawioralną na czele, każe myśleć o terapii, jak o procesie możliwym do totalnego kontrolowania i przewidzenia. Zupełnie jakby klient nie był jedynym w swoim rodzaju, żywym, reagującym ogranizmem, będącym w interakcji z terapeutą.

Zazwyczaj więc odpowiadam: „nie wiem, ale spróbujmy popracować przez tyle to a tyle, a potem wspólnie zobaczymy gdzie jesteśmy”. „Tyle a tyle” najczęściej oznacza trzy miesiące. Czasem jestem w stanie wyczuć, że jakiś proces wymaga czasu, choć zdarzyło mi się też być bardzo zaskoczoną tempem zachodzących zmian.

Terapia to nie naprawa auta u mechanika

Pytanie „jak długo trwa terapia” bywa również przejawem mechanicystycznego podejścia do ludzkiej psychiki. Gdy oddajesz samochód do mechanika, zazwyczaj (zazwyczaj!) potrafi on powiedzieć ile czasu zajmie mu praca – bo samochód jest w miarę prostym (w porównaniu z człowiekiem) zestawem urządzeń, które w znany i określony sposób funkcjonują i od siebie zależą. Nasze doświadczenie mówi, że nawet z samochodem często sprawy nie są tak oczywiste.

Ludzka psychika to nie maszyna. Istnieją pewne zasady, można ich szukać i opisywać, ale ilość czynników, które mają wpływ na to, jak dany człowiek przeżywa życie jest ogromna. Rzadko wystarczy przykręcić jakąś jedną „psychiczną śrubkę”. Nie mówiąc o tym, że podejście w rodzaju „coś jest zepsute” często utrudnia, a nie wspomaga pracę. Niezależnie od tego, co się w życiu danego człowieka dzieje, to na poziomie fundamentalnym jest on „w porządku”. Zmiany są potrzebne, ale jako efekt naturalnych procesów przemian, potrzeby dostosowania się do zmienności świata i natury samej w sobie, a nie tego, że ktoś jest „nie taki jak trzeba”.

I wreszcie, niektóre osoby zadające pytanie „ile to potrwa”, często mają trudność w cierpliwym akceptowaniu tempa zmian, pewnego naturalnego rytmu, w którym ich życie chce się żyć – mają swój pomysł, forsują go, i zdarza się, że właśnie ta nierównowaga jest źródłem problemów.

Trzy fazy zmiany

Tomek Teodorczyk, mój nauczyciel pracy z procesem, wykorzystał ostatnio pewną ciekawą koncepcję antropologiczną do opisu procesu zmian, które w nas zachodzą (tutaj można przeczytać cały artykuł na ten temat). Możemy go podzielić na trzy fazy:

1. Pozbycie się starej tożsamości

Zostawienie tego, co jest już nieużyteczne, czy też co zmienia się w naturalny sposób na przykład w wyniku dorastania;

2. Przejście w fazę bez statusu

Okres w którym już nie jestem tym starym, ale jeszcze nie jestem tym nowym;

3. Wejście w nową tożsamość

Przyjęcie tego co nowe, włączenie do życia nowych sposobów działania, nowych reakcji, zachowań, itd.

Już nie tu, jeszcze nie tam

Najtrudniejszy do wytrzymania jest czas w fazie drugiej. To moment, w którym bardzo łatwo o frustrację, bo chciałoby się już być tam, a jeszcze nie wystarcza odwagi, wiedzy, umiejętności, czy po prostu brakuje gotowości. W tym okresie ludzie robią różne, czasem dziwne rzeczy – albo po to, by zdobyć w końcu zasoby umożliwiające przejście do fazy trzeciej, albo po to, by uciszyć dyskomfort i frustrację związaną z byciem w tej fazie.

Przykładem może być proces rozstawania się z partnerem/partnerką. Już nie jestem w starym związku i udało mi się puścić rzeczy z nim związane, także to jaka w nim byłam, ale jeszcze nie wiem jaka mam być ta nowa i z kim nowym, jeśli w ogóle. Pokusa, by rzucić się w wir czegoś, co pomoże znieść poczucie niepewności, czy nawet pustki, jest ogromna. Zdarza się też swoisty taniec w przód i w tył, pomiędzy fazami, który dodatkowo może wzbudzać zniechęcenie i samokrytykę.

Daleko jeszcze?

Najgorsze, szczególnie z punktu widzenia klienta, jest to, że nie da się określić ile ta środkowa faza będzie trwała. To zależy od wielu czynników, między innymi od:

  • gotowości wewnętrznej
  • dostępności zasobów (wewnętrznych i praktycznych)
  • naturalnego tempa uczenia się
  • otwartości na doświadczenie niepewności (im większy opór, tym gorzej to idzie)
  • umiejętności pozwolenia sobie na doświadczenie czegoś nowego

Rolą terapeuty jest podtrzymywać nadzieję, że da się przez tę fazę przejść i pokazywać zachodzące zmiany, bo w tym momencie często wydaje się, że nic nie idzie do przodu, ciągle to samo. Trzeba też wspierać budowanie zasobów potrzebych do przejścia do ostatniej fazy, ale nie dopuszczać do utknięcia w tym miejscu. Pomysły terapeuty na to, ile ma trwać ten etap, mogą stać się przeszkodą w owocnym jej przejściu.

Oczywiście można forsować zmiany. Można je popychać, można nawet wyuczyć się tego, co ma być w ostatniej fazie. Jednak przeskoczenie przez czas głębokich przemian skutkuje w zmianach jedynie powierzchownych. I to, co potrzebowało czasu, a go nie dostało, ujawni się prędzej czy później w tym samym obszarze albo w innym. Dlatego warto szanować naturalne tempo przemian.

* Uzgodniona rzeczywistość (pojęcie pracy z procesem) to poziom patrzenia na nasze życie z perspektywy tego, co wspólne w naszym doświadczeniu – jeśli ja i ty patrzymy na krzesło, to oboje zgadzamy się, że jest to krzesło. Jeśli jednak śni mi się krzesło, przestaje ono należeć do uzgodnionej rzeczywistości, bo np. we śnie będę go doświadczać na swój indywidualny sposób. Moje emocje czy fantazje związane z krzesłem, na które patrzymy, również nie należą do UR, bo twoje mogą być inne.

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi bądźcie pozdrowieni. Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi za wasz lęk przed absurdem istnienia i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego, za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być powinno za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane ukryte w was. Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi za waszą twórczość i ekstazę za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami. Bądźcie pozdrowieni za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli poznać wielkości tych, co przyjdą po was) za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować że jesteście leczeni zamiast leczyć świat za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę za niezwykłość i samotność waszych dróg bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.

Posłanie do nadwrażliwych

william james

William James o nawykach

William James, nazywany ojcem psychologii, pisał na wiele bardzo dziś aktualnych tematów. Aż zaskakujące jest, że już w 1887 formułował bardzo trafne myśli i przewidywania na tematy dziś nadal gorące. Na stronie BrainPickings.org trafiłam na obszerne cytaty z jego książki „Habits”. Nie znalazłam informacji, czy była tłumaczona na język polski, ale jest w całości dostępna na otwartej licencji w oryginale. Oto moje tłumaczenie fragmentu.

Trzy maksymy tworzenia nowych nawyków:

1. Tworząc nowy nawyk lub pozbywając się starego, musimy dbać, byśmy zaangażowali się mocno i zdecydowanie jak tylko możliwe. Zbierz wszelkie okoliczności, które wzmocnią prawidłowe motywy; wytrwale umieszczaj siebie w warunkach, które będą wspierać nową drogę; podejmuj zobowiązania niezgodne ze starą; podejmij publicznie zobowiązanie, jeśli to możliwe; krótko mówiąc – otocz swoje postanowienie wszelkimi pomocnymi sposobami, jakie znasz. To da nowemu początkowi taki impet, że pokusa, by się złamać nie pojawi się tak prędko, jakby mogła; a każdy dzień, w którym załamanie jest odsunięte zwiększa szansę, że nie pojawi się ono wcale.

2. Nie pozwól na pojawianie się wyjątków, dopóki nowy nawyk nie będzie bezpiecznie zakorzeniony w twoim życiu. Każde potknięcie jest jak puszczenie kłębka z nicią, którą się uważnie nawija – pojedyncze upuszczenie rozwija więcej niż wiele obrotów może nawinąć z powrotem. Ciągłość treningu jest potężnym sposobem na to, by układ nerwowy działał dobrze… Zaskakujące jest jak szybko pragnienie obumrze z wycieńczenia, jeśli nie będzie nigdy karmione.

3. Korzystaj z pierwszej nadarzającej się okazji, by działać zgodnie z każdym postanowieniem, jakie robisz oraz z każdej doświadczonej emocjonalnej podpowiedzi, w kierunku nawyków, które chcesz wytworzyć. Nie w momencie ich tworzenia, a w chwili, gdy wywołują efekt ruchowy, postanowienia i aspiracje komunikują mózgowi nowe „ustawienie”.

Źródło: http://www.brainpickings.org/index.php/2012/09/25/william-james-on-habit/

 

jak być uważnym

Kilka prostych sposobów na rozwijanie uważności

Żyjąc w ciągłym pośpiechu mamy wciąż wrażenie, że jest za mało czasu. Za mało na to, za mało na tamto, na czytanie, na relaks, na spotkania, na rozwijanie zainteresowań, na ćwiczenia czy na medytowanie. Z jednej strony – często „nie mam czasu” bywa dobrą i całkiem racjonalną wymówką. Bo czyż magicznie nie znajduje się czas na rzeczy, na których naprawdę nam zależy? Albo na odwrót – jakoś mamy czas na pierdoły ten czas zjadające? Z drugiej strony, przeraża zazwyczaj poczucie, że na te wszystkie sprawy potrzebujemy nie wiadomo ile czasu. A często można osiągnąć wiele dzięki małym, ale systematycznie wykonywanym krokom. Podobnie jest z medytacją czy treningiem uważności. Można zacząć wprowadzać istotne zmiany dzięki budowaniu drobnych nawyków, a efekty mogą być naprawdę zaskakujące. Dlatego chciałam się z Wami podzielić kilkoma prostymi sposobami, dzięki którym możemy rozwijać uważność.

1. Zatrzymaj się nad jedną chwilą

Ile to jest jedna chwila? Powiedzmy, że jeden oddech. Mniej już się nie da… Jeden oddech, wdech i wydech, tylko tyle. Ale to moment, w którym świadomie kierujesz swoją uwagę i obejmujesz obecną chwilę. Możesz przy okazji zauważyć co się dzieje – gdzie jesteś, co jest w około, co odczuwasz. Ale podstawą jest ten jeden oddech i bycie z tym, co jest. Pomocne może być wybranie sobie jakiegoś sygnału przypominającego o momencie uważności. Czerwone światło na skrzyżowaniu. Spojrzenie na zegarek. Wychodzenie z domu czy pracy. Zestresowana myśl.

2. Weź uważnie pierwszy kęs

Zjedzenie całego posiłku w uważny sposób to już wyższa szkoła jazdy, ale ten pierwszy kęs, czy dwa już łatwiej. Poczuj smak i zapach jedzenia, poczuj jego strukturę i konsystencję. Pomyśl przy okazji o wszystkich ludziach, dzięki którym to jedzenie jest przed tobą i podziękuj im. Dzięki temu poczujesz się częścią większej całości.

3. Pięć zmysłów

W ciągu dnia zauważ pięć rzeczy, których doświadczasz swoimi zmysłami. To mogą być najprostsze rzeczy, takie jak zobaczenie drzewa za oknem, smak porannej kawy, dźwięk psich łap na podłodze, zapach ulicy czy faktura płaszcza, który zakładasz. Nie chodzi o to, by doświadczać niezwykłych rzeczy, ale by zauważać te zwykłe, które zazwyczaj umykają niezauważone.

4. Uważnie wykonaj codzienną czynność

Zazwyczaj, gdy wykonujemy powtarzalne czynności, nasz umysł zajmuje się tysiącem innych rzeczy. A gdyby spróbować zrobić jedną z nich w pełnej uważności? Jeśli od razu myślisz sobie, że to strata czasu, bo przecież można przy okazji zrobić „tyle innych rzeczy” w głowie, to tym bardziej spróbuj. Może w pogoni za „więcej, szybciej, nie marnując czasu” tracisz doświadczenie tego, co po prostu jest? To może być zmywanie, odkurzanie, mycie zębów, spacer z psem czy przygotowywanie posiłku. Jest to też dobra okazja do zobaczenia, co tak naprawdę robi w takich momentach nasz umysł, dokąd biega i czy faktycznie jest to sensowna bieganina.

5. Zauważ swoje ciało

Tutaj również można wykorzystać sygnały-skojarzenia. Siedząc przy komputerze np. za każdym razem, gdy sprawdzasz pocztę, sprawdź rownież stan swojego ciała. Siedząc, idąc, jadąc samochodem czy autobusem, od czasu do czasu rób krótki wewnętrzny raport – gdzie jestem i jak jestem. Po pewnym czasie robi się z tego bardzo zdrowy nawyk, bo pozwala zauważać spięcia i rozluźniać ciało, zanim zrobi się tak sztywne, że dopiero silny ból spowoduje jakąś reakcję.

6. Zauważ drugiego człowieka

Codziennie kontaktujemy się z wieloma osobami. Są to bliscy i nieznajomi, z którymi krzyżują się nasze drogi. Zauważ to. Zwróć uwagę na osobę, którą mijasz i miej świadomość, że to drugi człowiek, taki jak ty, ze swoimi troskami, kłopotami i radościami. Zwróć uwagę na osobę, z którą żyjesz i pomyśl to samo. Na moment przyjrzyj się czyjejś twarzy, gestom, ruchom i pomyśl jak wyjątkowe są. Zainteresuj się nimi, z otwartością i bez konieczności interpretacji czy wyciągania wniosków.

Zobacz też: http://www.pocketmindfulness.com/6-mindfulness-exercises-you-can-try-today/

odkładanie na później

Czy Ty też odkładasz wszystko na później?

[dropcap type=”square” round=”yes” color=”#f5f5f5″ background_color=”#4583b3″ ]D[/dropcap]oskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że powinieneś daną rzecz zrobić. Jest ważna, bardzo ważna, to też dobrze wiesz. Bardzo możliwe, że jeśli jej nie zrobisz, konsekwencje nie będą zbyt przyjemne, choć zazwyczaj nie natychmiastowe. Im bardziej wiesz, że trzeba to zrobić, tym bardziej tego nie robisz, mówisz – zrobię to jutro, przecież nic się nie stanie, jak zrobię to jutro. A dziś zajmujesz się czymś innym. Zazwyczaj czymś o wiele, wiele mniej ważnym. A jutro? Jutro znów odkładasz na kolejne jutro, bo w końcu nie zbawi cię te paręnaście godzin, a teraz przynajmniej możesz odsunąć od siebie nieprzyjemne napięcie. Znacie to?

Lenistwo, brak silnej woli, nieodpowiedzialność czy jeszcze coś innego?

Zjawisko to otrzymało trudną do wymówienia nazwę: prokrastynacja, choć oficjalnie w języku polskim takiego słowa (jeszcze?) nie ma. Jest za to swojskie „odwlekanie”. Prokrastynacja jest kalką z angielskiego pojęcia „procrastination”, które stało się w ostatnich latach bardzo modne, szczególnie we wszelkiego rodzaju internetowych poradnikach dotyczących produktywności (też modne). Możemy więc w sieci znaleźć sto jeden sposobów na „walkę z prokrastynacją”. Zrób sobie listę zadań. Dziel zadania na mniejsze części. Nagradzaj się za postępy. Wysil wolę i po prostu zrób tę natrudniejszą rzecz od razu, jako pierwsze zadanie z rana. Przestań odkładać. No po prostu przestań odkładać, odkładanie nie jest dobre! Nadal odwlekasz? Chyba za mało się starasz…

Mogłoby się wydawać, że odkładanie spraw na później dotyczy tylko nieprzyjemnych obowiązków. Ale od wielu osób słyszę, że jak już się zabiorą za dane zdanie, to leci, można się przyjemnie „wkręcić” czy nawet doświadczyć stanu „przepływu” (ang. flow – stan, w którym osoba zatraca się w wykonywaniu danej czynności, często tracąc poczucie czasu). Są też pewne zadania, które same w sobie nie są szczególnie przyjemne, za to wiadomo, że przyczynią się znacznie do poprawy naszego dobrobytu, pomogą spełnić ważne plany i wpisują się mocno w nasz system wartości. No to w takim razie o co chodzi, dlaczego tak trudno jest się za nie zabrać? Brak czasu? Nieumiejętność zorganizowania się? Lenistwo? Oczywiście, możemy tłumaczyć to sobie lenistwem i brakiem tzw. silnej woli i walczyć z tym brakiem odwołując się do bycia odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem, który wie, że pewne rzeczy po prostu trzeba zrobić. Czasem to pomaga. Ale czasem wręcz pogłębia problem.

Prokrastynuj jeszcze więcej, czyli podejście procesowe

Zanim spróbujemy przeróżnych technicznych sztuczek (nie mówię, że są zupełnie nieskuteczne, mi przypadły do gustu szczególnie dwie, które opiszę na końcu), warto zastanowić się o co tak naprawdę chodzi? Chciałabym zilustrować to przykładem z pracy procesowej (opisany przykład ma tylko funkcję ilustracyjną, nie jest ani dokładnym opisem konkretnej sesji, ani nie służy dokładnemu przedstawieniu technik pracy z procesem), której tematem było właśnie odkładanie ważnych spraw na później. Wyobraźmy sobie panią Krysię, która w znany nam już sposób mówi o swoim problemie:

[blockquote indent=”yes” ]”Ciągle odkładam ważne rzeczy na później. Od paru miesięcy miałam zapisać się na ważny dla mnie kurs, potrzebuję właściwie tylko wypełnić formularz zgłoszeniowy i go wysłać. Jestem na studiach podyplomowych i podobnie jest z uczeniem się. Lubię się uczyć, jak już usiądę, to jest to przyjemne, szukanie informacji, robienie notatek i czytanie ciekawych rzeczy. Ale i tak robię to wszystko na ostatnią chwilę. Wiem, że muszę to robić, że to ważne, ale odpycham to od siebie, ciągle odpycham [robi w tym miejscu intensywny gest odpychania].”[/blockquote]

Póki co mamy dwa elementy – część, która mówi o tym, że te sprawy są ważne oraz coś, co odpycha od siebie te sprawy. Ta pierwsza jest bardzo racjonalna, znana i „na wierzchu”, a ta druga jest bardziej tajemnicza i ciekawa, a do tego się rusza (procesowcy uwielbiają, jak klient się rusza 😉 ).

Proszę Panią Krysię, by pokazała, jakby to było, gdyby odpychała te sprawy jeszcze bardziej. Ona odpycha i odpycha, a po chwili mówi: „Odepchnęłam wszystko daleko i mam wokół siebie mnóstwo przestrzeni, czuję się wolna, niczym nieograniczona, to wspaniałe uczucie”. Zajmujemy się przez chwilę tym doświadczeniem, zachęcam ją, by pogłębiała je tak, jak potrafi, by całą sobą odczuła tę wolność. Widać, że sprawia jej to ogromną przyjemność i działa kojąco, na zwykle spiętą panią Krysię. Pytam się na ile ma miejsce w swoim codziennym życiu na takiego rodzaju doświadczenie. Opowiada, że czasem jej się zdarza to odczuwać, szczególnie w kontakcie z przyrodą, ale rzadko sobie na coś takiego pozwala. Trudno się dziwić, jeśli na co dzień jest tak mocno zaplątana w konflikt między robieniem a nierobieniem ważnych spraw. To jest coś, co nazywamy niedopełnionym procesem, bo ani jedna ani druga strona konfliktu nie może się zrealizować. Ani ważne rzeczy nie są robione, ani ich nierobienie nie jest przyjemne i dające przestrzeń – bo myśl o tym, że i tak trzeba coś robić nie daje spokoju. W związku z tym często następuje ucieczka od napięcia – pozorna, bo ostatecznie też męcząca.

Wracając do naszej pracy z procesem pani Krysi, okazało się, że odpowiednio głębokie wejście w tzw. proces wtórny (odpychanie) pomogło znaleźć odpowiedź na pytanie czemu ma służyć „nie robienie” ważnych rzeczy. Poszukałyśmy sposobów na to, by zrobić więcej miejsca w jej życiu na tego rodzaju doświadczenia.

Integracja wewnętrznego konfliktu

No dobrze, a co z drugą stroną konfliktu? W innych przypadkach pewnie można by było poprzestać na tym, ale tutaj część mówiąca „musisz to zrobić” była bardzo krytyczna, mocna, napierająca, prezentująca myślenie zero-jedynkowe: wszystko albo nic. To sposób podejścia szczególnie destrukcyjny w przypadku odkładających wszystko na potem perfekcjonistów, którzy chcąc, by coś zostało zrobione idealnie i w 100% w efekcie nie robią nic. Wyobraźcie sobie rodzica, który jest ostry i krytyczny, choć intencje wobec swojego dziecka ma dobre, nie chce jego krzywdy. Zależy mu na jego rozwoju, ale działa w sposób, który jest destrukcyjny w skutkach. Ojciec chce na przykład, by jego syn umiał żeglować, bo uważa, że to bardzo rozwijająca aktywność. Zapisuje go więc na kurs, nie pytając w ogóle syna, czy ten tego chce. To dla jego dobra, więc musi się podporządkować. Syn nie ma wyjścia, jedzie, ale czując presję buntuje się, nic mu nie wychodzi i nie czerpie z żeglowania żadnej przyjemności. A mógłoby to zupełnie inaczej wyglądać. Mógłby zostać zachęcony i zrobić coś, co będzie rozwijające czy inspirujące, ale dlatego, że sam też ma taką chęć, a nie tylko „musi, bo tak będzie dobrze”. Przymuszająca wewnętrzna część pani Krysi ma cechy takiego właśnie rodzica. Ale pamiętajmy o tym, że ten „wewnętrzny rodzic” ma sensowne intencje – bo w końcu ważne rzeczy są ważne i zrobienie ich wyjdzie (przynajmniej w założeniu) pani Krysi ostatecznie na dobre.

Poprosiłam więc panią Krysię o to, by w jedną rękę wzięła swoją część, która dba o zrobienie ważnych spraw, a w drugą tę, która potrzebuje przestrzeni. To, co się stało odbyło się poza racjonalną dyskusją. Chodziło o to, by z te dwie przeciwstawne energie mogły zacząć współpracować, współgrać, tworząc nowe, trzecie rozwiązanie. I to trzecie rozwiązanie ukazało się w symboliczny, ale dla klientki doskonale zrozumiały sposób. Okazało się, że można wnieść ważną sprawę w przestrzeń i ją zintegrować, tak, że nie będzie niczym zagrażającym.

Opisałam ten przykład, by pokazać jak ważne jest uwzględnianie wszystkich stron konfliktu. [highlight style=”yellow” ]Gdybyśmy pracowały tylko nad technikami i sposobami mającymi na celu nie odkładanie spraw na później, uznanie otrzymałaby tylko część „zmuszająca”, otrzymując siłę i energię do dalszego wywierania presji, kontynuując wewnętrzne nadużycia.[/highlight] Przez chwilę można by było się pewnie zmusić do czegoś, ale ani nie byłoby to przyjemne, ani na dłuższą metę skuteczne, bo energia stojąca za „odkładaniem” i tak dążyłaby do ujawniania się. Oczywiście u każdej osoby proces będzie wyglądać inaczej. W niektórych przypadkach trzeba dokładnie przyjrzeć się krytyczno-zmuszającej stronie, która bywa zjadliwa i destrukcyjna, a następnie różnymi sposobami łagodzić ją oraz korygować sposoby działania. Za odkładaniem może kryć się niedopełniona potrzeba odpoczynku, część chroniąca przed przepracowywaniem się (bo np. ktoś w dzieciństwie był świadkiem pracoholizmu któregoś z rodziców) albo medytacyjny stan, który dopełniony pomaga w podjęciu potrzebnych działań z precyzją i lekkością. Dlatego zajmowanie się tą stroną choć z początku może się wydawać wbrew zdrowemu rozsądkowi, daje bardzo wartościowe rezultaty.

Sprytne sztuczki w walce z odwlekaniem

A co z technikami i technologiami pokonywania prokrastynacji? Jako dodatek polecam [highlight style=”yellow” ]uważne zatrzymanie się w momencie, gdy pojawia się napięcie związane z wykonaniem zadania[/highlight]. Jak wspomniałam wcześniej, mamy często tendencję do uciekania przed tym napięciem, a warto w nim na chwilę zostać. Czasem ten moment, zanim zabierzemy się za robienie „czegoś innego”, pozwala odblokować się i zrobić to, co trzeba. Czasem pozwala na przyjrzenie się swoim realnym potrzebom – czy faktycznie potrzebuję odpocząć, czy może potrzeba mi jeszcze czegoś innego, by móc podjąć działanie, na przykład sięgnąć do swojego doświadczenia wewnętrznej przestrzeni, jak pani Krysia.

Drugi sposób (autorstwa prof. Johna Perry z Uniwersytetu Stanforda) znalazłam ostatnio na stronie 99u.com, i spodobał mi się, bo jest w pewnym stopniu procesowy – nie próbuje na siłę zmieniać mechanizmu odwlekania, a korzysta z jego własnej energii. Jak w aikido. Powiedzmy, że masz do zrobienia Bardzo Ważne Zadanie. Oczywiście odwlekasz jego zrobienie i zamiast tego, zazwyczaj, robisz cokolwiek innego. Coś co jest pod ręką, coś dostępnego, coś przyjemnego. Ale zauważ, że energię do robienia czegoś cały czas masz, jedynym problemem jest jej wykorzystanie na BWŻ. A co by było, gdyby ten napęd wykorzystać do zrobienia Mniej Ważnego Zadania, ale nadal istotnego i pożytecznego? W końcu zawsze jest coś do zrobienia. Prędzej czy później na miejsce BWŻ pojawi się coś nowego, a poprzednie straci ten straszny ładunek rzeczy-która-wisi-nad-głową. Tym, co się przydaje, by móc wykorzystać ten sposób, jest lista rzeczy do zrobienia, do której można szybko zajrzeć w krytycznym momencie odkładania ważnej sprawy na potem. Nie, tego nie zrobię teraz, może potem, ale zamiast tego… Brzmi interesująco, prawda?

Jestem ciekawa jak to jest u Was z odkładaniem na później, czy macie jakieś skuteczne sposoby i jakie macie na ten temat obserwacje?

liść na lodzie

Jesienno-zimowe dołki

Jesteśmy w szczytowym okresie krótkich, zazwyczaj szarych, dni i braku naturalnego światła przez większość czasu naszej aktywności. Niektórzy wstają jak jest jeszcze ciemno i wracają do domu, gdy już jest ciemno. Do tego gołe drzewa, obciążenie grubymi ubraniami i hasające wirusy atakujące nasze zdrowie. Świąteczne dekoracje i wszędobylskie pop-kolędy niektórym nastrój poprawiają, a innych dodatkowo irytują.

Nic dziwnego, że w tym okresie często doświadczamy sezonowego dołka w nastroju i pogorszonego samopoczucia. Producenci farmaceutyków najchętniej mówią od razu o depresji sezonowej, proponując nam tabletkę taką lub inną, by pozbyć się niechcianego stanu ducha. Jak nie tabletka, to chociaż pozytywne myślenie i robienie różnych innych rzeczy, by pozbyć się smutku. Pewnie, warto zadbać o siebie, zatroszczyć się również o to, by doświadczać radości, przyjemności, bliskości i innych pozytywnych stanów.

Ale zbyt łatwo chcemy się czegokolwiek pozbywać. Zbyt szybko dochodzimy do wniosku, że melancholijny nastrój, a nawet dołek to coś, co trzeba natychmiast wyciąć, stłumić, zamienić na coś innego. Zainspirował mnie dziś Arnold Mindell, przypominając o tym, że czas jesienno-zimowy w swej naturze polega na spowolnieniu, czy wręcz zatrzymaniu – choć nie znaczy to, że życie przestaje istnieć, raczej schodzi do podziemi, pod ziemię. Jest częścią cyklu przemian, ciemne-jasne-ciemne-jasne, i tak dalej. Podobnie nasza aktywność w swej naturalnej postaci podlega tego rodzaju fluktuacjom. Mamy okresy, gdy energii jest dużo, świeci słońce, chęć do działania płynie naturalnie. Mamy też czas wolniejszy, któremu czasem warto się poddać, posłuchać swojej melancholii, spokojniejszego tempa, zadbać o miejsce na chwilę refleksji i odpoczynku. Może ten zimowy „dołek” jest zaproszeniem do przyłączenia się do naturalnego cyklu? Smutek jest emocją, która skłania do zatrzymania, informuje o tym, co ważne (a na przykład zostało utracone), a także powoduje wycofanie z aktywności między innymi w celu odbudowania zasobów i przemyślenia dotychczasowych działań.

Współczesna tendencja do faworyzowania pozytywnych stanów może się kończyć nieumiejętnością tolerowania stanów mniej przyjemnych, ale będących normalną częścią naszej ludzkiej egzystencji. To ta nietolerancja bardziej niż same niekomfortowe stany staje się przyczyną cierpienia. Do tego dokłada się niestety nacisk na bycie produktywnym i efektywnym bez względu na wszystko, nie pozwalając na zmiany w aktywności.

Może moglibyśmy spróbować wczuć się w jakość tego zimowego, zatrzymanego, stanu, poczuć go w sobie i odkryć jego mądrość? Zakopując się pod koc z książka, w pewnym sensie to robimy…

Oczywiście, jak zauważył też Mindell, nie wszystko działa na wszystkich, nie wszystko dotyczy wszystkich. Może się zdarzyć, że przeżywany smutek jest bardzo silny, zaczyna zakłócać codzienne funkcjonowanie, a do tego towarzyszą mu silnie negatywne myśli. Jeśli dodatkowo pojawiają się objawy takie jak zaburzenia snu czy jedzenia – wtedy zdecydowanie warto skonsultować swój stan ze specjalistą, np. psychoterapeutą.

kobieta i mężczyzna

O złożoności naszych relacji (recenzja)

W zalewie poradników o tym jak „być sobą”, „znaleźć szczęście” i „zrobić jemu/jej dobrze, tak że oszaleje” nie jest łatwo odnaleźć książki, które z jednej strony są strawne dla nie-specjalistów, a z drugiej zawierają wartościowe treści. Myślę, że rozmowa dziennikarki Renaty Mazurowskiej z terapeutą Pawłem Droździakiem jest warta zauważenia.

Continue Reading