Czy tak miało być?

Tak miało być?

Będąc niedawno na szkoleniu, podzieliłam się z kimś błędem, który popełniłam w swojej pracy. Błąd, na szczęście, nie miał bardzo daleko idących konsekwencji. Ale mógł, dlatego zastanawiałam się intensywnie, co można było zrobić inaczej, na co nie zwróciłam uwagi i jak mogę dalej rozegrać sytuację. Nie robiłam ze sprawy dramatu, ale jasno nazwałam swój błąd błędem, traktując sprawę z adekwatną, w moim odczuciu, powagą. Osoba, której to opowiadałam w pewnym momencie powiedziała „nie przejmuj się, może tak miało być”. Zrozumiałam, że jej intencją było wsparcie mnie, ale zareagowałam irytacją. Zastanowiło mnie to potem i zaczęłam obserwować w jakich sytuacjach ludzie używają tego sformułowania i jakie ma ono funkcje.

Wróćmy jeszcze do tamtej sytuacji. Dlaczego zirytowało mnie to „tak miało być”? Bo odebrałam to jako próbę zbagatelizowania sprawy. Tak miało być może oznaczać – to nie od Ciebie zależało, to jakaś wyższa siła zadecydowała, że tak ma być. Nie zastanawiaj się nad swoimi czynami i ich konsekwencjami, bo i tak jak coś ma być, to będzie. Nie myśl o swoim działaniu jako o błędzie, bo z pewnością wyniknie z tego coś dobrego. Zdejmujemy z Ciebie odpowiedzialność.

Tak miało być, wzruszam ramionami i idę dalej.

Odsuwam od siebie nieprzyjemne emocje związane z błędem, porażką, utratą, mniejszą lub większą katastrofą. Nie chcę czuć odpowiedzialności, żalu, zawodu, krytyki. Opada stres, napięcie, można odpuścić i dać się rzeczom dziać.

A co jeśli robię coś, co wiąże się z bardzo dużą odpowiedzialnością? Czy faktycznie wszystko jest dobrze, niezależnie od tego, co zrobię? Stało się i już? Może to, co robię ma jednak jakieś znaczenie. Jest ważne. Wpływa na życie moje i innych. Warto byłoby przyjrzeć się związkom przyczynowo skutkowym dotyczących własnych działań. Zbyt szybkie uznanie, że tak miało być ucina tego rodzaju rozważania.

Co to w ogóle znaczy, że tak miało być? Skąd wiemy, że miało? A może nie miało? Jakie to ma znaczenie – miało, nie miało, musiało czy nie musiało? Coś się wydarzyło i jest to pewien fakt. Fakt ten ma swoje konsekwencje, z którymi, jakiekolwiek by nie były, trzeba się zmierzyć.

Znam pewnego człowieka, który ciągle planuje zmiany w życiu. Chciałby funkcjonować inaczej niż do tej pory. Próbuje, nie jest to łatwy proces. Gdy mierzy się z tym, że coś mu się nie udało, plan nie wypalił czy nie jest gotowy jeszcze na jakąś zmianę, często mówi „tak miało być”. Ma to jasną i ciemną stronę. Jasną jest to, że dzięki temu jest w stanie mimo wszystko iść jakoś do przodu. Inaczej pewnie zapadłby się pod ciężarem samokrytyki, która i tak jest bardzo silna i destrukcyjna w jego przypadku. Z drugiej strony – mówiąc w ten sposób odwleka konfrontację z wieloma sprawami, zawija się w bezpieczny kokon status quo i udaje przed samym sobą, że odpowiada mu to, jak jest.

Oczywiście nie kontrolujemy wszystkiego, nie na wszystko mamy wpływ, a czasu nie da się cofnąć. Zadręczanie się bez końca czymś, co się już wydarzyło, jest jałowe. Odpuszczenie pozwala nie zawiesić się na poczuciu porażki, dając możliwość wyciągnięcia jakichś wniosków i pogodzenia się z zaistniałą sytuacją. Tzw. pozytywne przeramowanie pomaga często wyjść z czarnej dziury rozpaczy, obwiniania siebie i poczucia katastrofy.

Zdarza się też tak, że po pewnym czasie, trudne wydarzenia okazują się „błogosławieństwem w przebraniu”, na dłuższą metę niosąc pozytywne skutki. W psychologii znane jest zjawisko tzw. wzrostu potraumatycznego, polegającego na rozwoju i wzrostu wewnętrznej siły pod wpływem trudnych przeżyć. Ale trzeba być ostrożnym, żeby nie umniejszać tym samym całego cierpienia, które temu procesowi towarzyszy(ło). Zbyt szybkie powiedzenie komuś „tak miało być” może stać się próbą anulowania jego aktualnego bolesnego doświadczenia (pisałam kiedyś o innej wersji tego samego pt. „inni mają gorzej”). A czasem trudne przeżycia pozostają trudnymi przeżyciami, a dramaty – dramatami i temu aspektowi życia też należy się szacunek.

Życie jest zagadkowe. Myślę, że jesteśmy za mali, żeby objąć całą jego złożoność i że jest jakaś tajemnica w tym, jak różne sprawy się układają, w splotach okoliczności i temu podobnych. Nie jesteśmy też w stanie przewidzieć całkowicie co będzie dalej, co będzie jutro, co z tego wyniknie. Wiara w to, że z najgorszej nawet sytuacji da się wyjść realnie pomaga przetrwać i często dodaje sił. Powiedzenie tak miało być może być ostatnią deską ratunku nadającą jakikolwiek sens temu, co się wydarza. Może być próbą objęcia tej ogromnej złożoności świata i formą ochrony przed jego nieprzewidywalnością. Bywa to bardzo potrzebne. Jednak my sami nie jesteśmy bez wpływu na własne życie, nie warto zbyt szybko odcinać się od niego.

 

 

Akceptacja siebie

Przymus bycia lepszym w pogoni za akceptacją

Chcesz się zmieniać. Chcesz budować nowe nawyki. Nastawiasz się na rozwój osobisty i chcesz być lepszy,  być idealnym pracownikiem, wymyślać, osiągać, budować. Ale jaka jest Twoja motywacja? Jakie jest podłoże tych chęci? Nie zawsze więcej to lepiej i nie zawsze „lepiej” to lepiej.

Wszystkie osoby, które przychodzą do mnie po poradę lub na terapię chciałyby coś zmienić. To, co jest i jak jest aktualnie nie zadawala ich. Ale która ich wewnętrzna część nie jest zadowolona i z czego konkretnie?

Wewnętrzny Krytyk doradcą psychologicznym

Zdarzają się sytuacje, w których nie jest zadowolony Wewnętrzny Krytyk. Chciałby, by osoba w końcu zaczęła być idealna, by wszystko się udawało, by nie popełniać już błędów, być bardziej wydajnym i realizującym plany na czas. Ponieważ to wszytko jest niemożliwe do spełnienia (albo koszty są bardzo wysokie), osoba cierpi i czuje się źle. Krytyk podpowiada, że cierpienie jest efektem niedoskonałego działania, więc ciśnie jeszcze bardziej. W końcu wysyła osobę na terapię, by stała się lepsza. Źródło bólu jest jednak nietrafnie rozpoznane. To Krytyk i jego nieustające wymagania powodują, że trudno jest odnaleźć wewnętrzne ukojenie (o Krytyku więcej tututaj).

Przymus bycia coraz lepszym

Wyobraźmy sobie kogoś, kto przez całe życie goni za osiąganiem czegoś więcej. Rozwija się, szuka, kształtuje fantastyczne nawyki lub próbuje to robić. Staje się to wewnętrznym przymusem, a przymus ma to do siebie, że wywołuje niepokój i napięcie. Znanym sposobem redukowania tego napięcia jest robienie jeszcze więcej. No chyba, że już się nie da, już nie ma siły. Wtedy pojawiają się wyrzuty sumienia i dyskomfort, który trzeba w jakiś sposób zagłuszyć. Więc zagłusza znanymi sobie sposobami, choć na chwilę. A potem znów odzywa się potrzeba robienia więcej, ciągle więcej.

Taki wewnętrzny przymus mógł powstać w ten sposób: będąc dzieckiem ta osoba słyszała, widziała i doświadczała, że wartościowi ludzie to tacy, którzy coś osiągają. Jej rodzice podziwiali tych, którzy wiele potrafią albo przekraczają swoje ograniczenia. Może nawet to dziecko było do nich porównywane. Popełnianie błędów, czy bycie „słabym” nie było dopuszczalne. Chwaliło się za osiągnięcia, albo nie chwaliło się wprost tylko opowiadało znajomym jakiego to się ma syna/córkę. Może nawet chwalenia nie było wcale, tylko niejasna obietnica, że gdy w końcu zrobi coś dobrze, to otrzyma uznanie.

Udwodnij, że jesteś wart miłości

Po to, by zyskać miłość i uznanie, musiał się ten człowiek skupić na osiąganiu sukcesów. Liczył, że gdy osiągnie wystarczająco wiele, w końcu najważniejsze osoby w życiu to docenią, docenią jego samego. Z czasem podobny schemat zaczął stosować wobec samego siebie. Nie nauczył się szanować, kochać, akceptować siebie za to, że po prostu jest. Nie, musi ciągle coś osiągać, by udowodnić sobie, że jednak ma jakąś wartość.

Podstawowe założenie jest takie, że do niczego się nie nadaje, póki nie udowodni, że jest inaczej. Odchudza się, ćwiczy z Ewą Ch., pisze doktorat, publikuje książki, biega w triatlonie. Czy mu to wychodzi, czy nie – to nie ma większego znaczenia. Ulepsza siebie, tworzy cele, czyta o tym jak to musi dać radę, wytrzymać, zmierzyć się ze swoim lękiem i lenistwem, robić, nie mieć wymówek.

Nie przyjdzie mu do głowy, że może ten opór, to że się czasem nie chce, jest wewnętrznym krzykiem o chwilę wytchnienia, o zmniejszenie presji. Robi plany działania, które lepiej lub gorzej realizuje. Gdzieś krąży niejasne poczucie, że da się żyć w inny sposób i można zrobić coś, by poczuć się lepiej, spokojniej. Ale gdy przestaje gonić i robić zaczyna znów odczuwać napięcie, niezadowolenie z siebie, niepokój. Nie może przestać, bo Wewnętrzny Krytyk go zje żywcem. A tak, to tylko systematycznie od środka go podjada.

Szukanie wytchnienia

Nikt nie ma na tyle odporności, by bez żadnych konsekwencji mierzyć się z takim podjadaniem. Można opaść z sił pod naporem wewnętrznego poganiania i przymusu bycia lepszym, w ostatnim akcie obrony wpadając w „depresję”. Nazwana „chorobą”, w końcu pozwala na chwilę odpoczynku i nie robienia zbyt wiele. Można radzić sobie z napięciem pijąc alkohol, biorąc narkotyki, szukając romansów, grając w gry komputerowe, biorąc leki czy objadając się.

Może nie być wcale tak drastycznie – ciągłe zabieganie i zajmowanie się osiąganiem powoduje, że jest mniej czasu dla rodziny i człowiek stwierdza, że coś jest nie tak. A Krytyk dodaje „tak, nie jesteś idealnym rodzicem i partnerem, zrób coś z sobą!”. Niektórych w końcu dopada pustka i nie chcące odczepić się pytanie „po co to wszystko?”. Z każdym kolejnym osiągnięciem (lub planem działania, bo czasem nawet się nie udaje dojść do momentu działania) jest chwila ulgi, a potem znów dojmująca pustka i poczucie beznadziejności.

Taka osoba nie potrzebuje usprawnień w rodzaju budowania nowych nawyków czy bardziej produktywnego działania. Potrzebuje zobaczyć swój wewnętrzny dramat, opresję jaka dzieje się dosłownie pod jej nosem. Obronić swoją słabszą część, przekonać się, że czasem można być miękkim, a nie twardym. Zobaczyć, że utożsamiając się z siłą Wewnętrznego Krytyka bez uwzględnienia sposobu w jaki on działa, prowadzi do zadawania sobie kolejnych ran.

Często trzeba porzucić nadzieję, że mama czy tata w końcu docenią, w końcu powiedzą: tak, świetnie Ci poszło, jesteśmy z Ciebie dumni, a teraz możesz odpocząć. Oni tego już nie powiedzą i potrzeba przeżyć żałobę po utracie tej możliwości. Pozostaje nauczyć się doceniać i wspierać samego siebie, zawalczyć z krytykiem i zacząć mieć realistyczne oczekiwania wobec siebie. Terapeuta może pomóc zacząć to robić. A potem przychodzi czas na szukanie innej wartości życia niż tylko osiągnięcia. I można odnaleźć prawdziwego siebie, będącego całością, sukcesami i porażkami, wadami i zaletami, i wszystkim innym. I zazwyczaj dopiero to przynosi spokój i ulgę. Trzeba sobie tylko na to pozwolić.

Warsztat psychologiczny Wewnętrzne Dziecko

Odkrywanie Wewnętrznego Dziecka

Nasza psychika nie jest monolitem, nie mówimy jednym głosem ani nie jesteśmy zupełnie wewnętrznie spójni. Taki pogląd jest już powszechnie uznawany i wykorzystywany, zarówno w naukowo-badawczej części świata psychologicznego (np. koncepcja Ja dialogowego), jak i tej związanej z praktyką terapeutyczną. W pracy z procesem nazywamy te różne wewnętrzne aspekty „postaciami ze snu” czy „figurami sennymi”, co może być mylące, bo nie występują one tylko w snach, ale mają realny wpływ na nasze emocje i zachowanie. Ta „senność” ma podkreślać subiektywny wymiar doświadczenia w odróżnieniu od bardziej obiektywnego (tzw. uzgodnionej rzeczywistości).

Każdy człowiek ma swój osobisty zestaw wewnętrznych postaci, są one bardzo różne i dynamiczne – zmieniają się, tak jak i zmieniamy się my. Można jednak zauważyć, że niektóre niosą w pewne powtarzalne wzorce. Jednym z nich jest Wewnętrzny Krytyk, o którym kiedyś pisałam. Innym jest właśnie Wewnętrzne Dziecko. Można powiedzieć, że większość osób ma w sobie taką część psychiki, która jest bardziej „dziecięca”, ale u każdego przejawia się ona w specyficzny, indywidualny sposób. Warto o tym pamiętać, by nie wpaść w pułapkę „ze mną jest coś nie tak, bo mam inaczej niż piszą w książkach”. Z drugiej strony – bycie dzieckiem jest uniwersalnym doświadczeniem każdego z nas, więc podobieństwa są.

Po co zajmować się Wewnętrznym Dzieckiem?

Przede wszystkim świadomość i kontakt ze swoją wrażliwą, emocjonalną, dziecięcą częścią pomaga unikać czy rozwiązywać różnego rodzaju trudności. Części mniej świadomie objęte mają tendencję do przejmowania kontroli nad nami. Różnego rodzaju zranienia i deficyty sterują naszymi emocjami i zachowaniem w bliskich relacjach. Może to powodować nierealistyczne oczekiwania wobec partnerów (np. ciągłej opieki, nieprzerwanej bliskości), brutalne i wymagające traktowanie samego siebie (np. odrzucając swoje potrzeby, słabość, wrażliwość) czy ciągłe poszukiwanie zapełnienia jakiejś nieokreślonej pustki (np. seksem, pracą, uzależniającymi związkami lub innymi używkami).

Kontakt z Wewnętrznym Dzieckiem

Pracując z ludźmi na warsztatach i indywidualnie miałam okazję (i zaszczyt) obserwować bardzo różne procesy kontaktowania się ze swoim Wewnętrznym Dzieckiem. Wielokrotnie doświadczenia te były mocne, głębokie, wzruszające. Pojawiały się słowa w rodzaju „Przez całe życie czegoś szukałam i teraz znalazłam – siebie” czy „Mam poczucie, jakbym odnalazł zagubiony dawno temu kawałek siebie”. Czasem odkrywanie tej części nie jest przyjemne, bo wiąże się na przykład z koniecznością konfrontacji z różnymi trudnymi doświadczeniami i emocjami z dzieciństwa. Dla wielu osób sposobem na przetrwanie dramatów było zaprzeczanie, bagatelizowanie czy wręcz uwewnętrzniona niechęć do siebie jako dziecka. W takich przypadkach współczucie wobec małego, skrzywdzonego siebie, którym się było wcale nie jest proste i oczywiste. Zdarza się, że w tym miejscu wyskakuje Wewnętrzny Krytyk, który nie pozwala być „słabym”, wrażliwym, zranionym lub Rodzic, który ciągle wymaga i karze. Jeśli jednak towarzyszy temu wsparcie i świadomość, pojawia się możliwość, by po raz pierwszy stanąć po swojej stronie, we własnej obronie – co jest niezmiernie ważne, szczególnie w przypadku osób, które doznały jakiegoś rodzaju przemocy czy zaniedbania.

Oczywiście nie każdy z nas doświadczył wielkich traum, choć trudne momenty, zawód, żal, niedostateczna opieka są nieodłączną częścią naszego życia. Nie chodzi o to, by rozdmuchiwać te doświadczenia do nie wiadomo jakich rozmiarów, zanurzając się tym samym w pozycji ofiary. Bardziej chodzi o realistyczne spojrzenie na to, co się działo, okraszone współczuciem dla doświadczeń istoty, która była w relacji z istotami o wiele od niej silniejszymi. Realizm zakłada również dostrzeżenie tego, co było dobre i ważne. Przyjęcie swojej wrażliwej, dziecięcej części pozwala również na odnalezienie i objęcie swojej siły, płynącej nie przez agresję, a przez wewnętrzną pełnię.

Wewnętrzne Dziecko to rezerwuar radości i twórczości

Rodzimy się ciekawi świata, twórczy, eksplorujący, cieszący się życiem i każdą chwilą. Fakt, że żyjemy w społeczeństwie powoduje, że nakładane są na nas pewne ograniczenia. Ograniczenia te są potrzebne, normy są potrzebne, pewne ramy również. Pracując z Wewnętrznym Dzieckiem nie mamy się nagle stać z powrotem dziećmi, bo nimi dawno nie jesteśmy. Chodzi bardziej o kontakt z tą pierwotną twórczą energią, którą można teraz, przy asyście naszego wewnętrznego Dorosłego, wykorzystać. I czasem jest to bardzo proste. Pamiętam jedną uczestniczkę warsztatu, która po prostu skakała sobie po sali. Nie potrzebowała nic więcej, niż to doświadczenie, które w tamtym momencie było ważne i wzbogacające. Pozwoliło jej później docierać do radosnej energii, którą mogła twórczo wykorzystywać. Jak wiemy, dzieci do pewnego momentu nie wiedzą jeszcze co jest możliwe, a co niemożliwe, mają więc różne niesamowite pomysły, które również można wykorzystać. A czasem przydaje się po prostu trochę frajdy i radochy, na którą zabiegani dorośli nie mają za bardzo czasu i przestrzeni.

To nie grzebanie w przeszłości, to zajmowanie się realnym, teraźniejszym doświadczeniem

Jeszcze raz podkreślam, że w pracy z Wewnętrznym Dzieckiem nie chodzi o „grzebanie się w przeszłości” dla (wątpliwej) frajdy samej w sobie. Niektóre rany jednak trzeba oczyścić, by mogły się zagoić. Niektóre doświadczenia, w których jako dzieci (młodsze czy starsze) konfrontowaliśmy się z nadużywającą siłą dorosłych, spowodowały swego rodzaju zamrożenie reakcji, a w efekcie emocji z tą sytuacją związanych. Taki zamrożony stan jest w nas i lubi powracać w najmniej oczekiwanych i sprzyjających momentach – na przykład w podobnych relacjach czy sytuacjach. I dzieje się to w realnym, dorosłym tu i teraz, często wywołując lęk czy brak zrozumienia dla swoich reakcji. Odkrycie i odblokowanie tych miejsc przynosi większą elastyczność i świadomość w codziennym funkcjonowaniu.

Osoby, które zainteresował ten temat, zapraszam na warsztat 13-15 czerwca 2015 w Warszawie – będziemy odkrywać i przyjaźnić się z naszymi Wewnętrznymi Dziećmi.

Nie ma złotych recept

Dlaczego nie ma złotych recept na życie, a żeby coś osiągnąć, trzeba w to włożyć wysiłek?

Dlaczego nie ma złotych recept na życie, a żeby coś osiągnąć, trzeba w to włożyć wysiłek?

Mój post sprzed paru tygodni na temat ciągłego odwlekania przyniósł bardzo skrajne komentarze. Dla jednych było to jedno z najciekawszych podejść do tematu, a inni narzekali (nie szczędząc klikania w jedną gwiazdke pod artykułem), że właściwie to nadal nie wiedzą co robić ze swoim odwlekaniem. I maja całkowitą rację czując swoje niezadowolenie czy frustrację. Nie było w nim przejrzystych recept w podpunktach, z opisem – zrób to, i to, i tamto, a przestaniesz odwlekać.

Choć może nie, może są pewne zasady, których można się trzymać. Tyle, że problem jest jeden – rzeczy, które ty masz zrobić, nie zrobi nikt inny. Nie pomoże czytanie książek, nie pomoże czytanie blogów, nie pomogą listy zadań, jeśli nie ruszysz tyłka i nie zrobisz czegoś z tym. Jest mnóstwo sposobów na rozwiązywanie różnych problemów, przy niektórych wystarczy delikatne pokazanie kierunku, przy innych trzeba przeorać siebie samego wszerz i wzdłuż. Ale nic, absolutnie nic nie zastąpi tych czterech kroków – wstań, zacznij coś robić, rób aż będzie skończone, powtarzaj do skutku. Nawet Pani Krysia z poprzedniego postu musiała ruszyć się i pójść na terapię, a wnoszenie w życie doświadczeń i wniosków z pracy na niej, musi sama konsekwentnie realizować.

Problem leży w tym, że lubimy się oszukiwać. Niby chcielibyśmy coś zmienić, ale tak naprawdę stan aktualny wcale nie jest taki zły. Weźmy wspomniane odkładanie. Odkładasz ważne rzeczy, ale jak cię przyciśnie, to zrobisz niezbędne minimum. Co będzie jeśli przestaniesz odwlekać? Będziesz musiał zacząć się wysilać, będziesz musiał mierzyć się ze swoimi ograniczeniami, lękiem, dyskomfortem, porażkami, dylematami. Stracisz wygodę, strefę bezpieczeństwa, twoje życie się zmieni, a zmiany są źródłem stresu. Trzeba będzie sie dostosować, działać, zastanawiać. Może wcale nie chcesz. To nic złego. Masz absolutne prawo czegoś nie chcieć i woleć pozostać w swojej strefie komfortu, mówię to bez ironii. Męczysz się tylko chcąc robić coś innego, a z drugiej strony wcale nie chcąc. Może trzeba odpuścić wizje, wymagania, nadmierne standardy, które może w ogóle nie są twoje. Może oszczędzisz sobie i innym frustracji?

Myślę, że jest parę zasad, których trzymanie się daje jakieś prawdopodobieństwo „spełnienia” czy „sukcesu” (dajmy sobie na razie spokój z definicjami).

1. Określ co jest dla ciebie ważne – szczerze!

Może chciałbyś żeby cos było dla ciebie ważne, bo to fajnie brzmi, bo jest modne, bo by znaczyło, że jesteś kimś z ideałami i pięknymi wartościami. Ale może to nie są wcale twoje wartości i aspiracje? Wcale nie musisz być nieprzeciętny i wyjątkowy, większość z nas nie jest (tak, tak, jednocześnie wszyscy jesteśmy wyjątkowi w trochę innym sensie, to taki paradoks). Większość z nas jest przeciętną większością. Może wcale wyjątkowość nie musi określać naszej wartości, w świecie, w którym „oryginalność” wypiera „porządną robotę”. Może możemy być wystarczająco dobrzy i zajmować się ważnymi dla nas sprawami – a to i tak będzie bardzo dużo.

2. Rób rzeczy, które będą zgodne z powyższymi wartościami.

Rób oznacza ni mniej ni więcej, tylko: rusz się, idź tam, gdzie się to robi, i rób. Jak pisał ostatnio Zbyszek Ryżak – nie czekaj aż ci sie zachce, aż będziesz mieć nastrój, aż przestaniesz odczuwać lęk, aż będziesz pewny siebie. Rób. Popełniaj błędy. Przełykaj porażki. Czasem nie wyjdzie. Czasem się nie dowleczesz. Momentami może być trudno, może też boleć. Ale musisz coś zrobić, żeby coś mogło zostać zrobione, nie ma skrótów. Satysfakcja płynąca z bycia w zgodzie z tym, co ważne będzie nagrodą za wszelkie trudy. Nie, nie osiągniesz przez to wiecznej szczęśliwości.

I tyle.

Nie no, oczywiście, że można by pisać o wielu innych sprawach. O uważności, o obecności, o dawaniu rzeczy ważnych światu, o dbaniu o siebie i innych, o akceptacji, o współczuciu, o poszukiwaniach głębszego sensu, o tworzeniu odpowiedniej struktury, o równowadze. Ale to są pewne idee i pewne środki. Pytanie – po co. Po co do diabła masz to wszystko robić? Po co się wysilać? Po co robić trudne rzeczy, po co podejmować wysiłek? Jeśli nie wiesz po co, to przeczytasz kolejną listę dobrych rad na temat tego w jaki sposób organizować sobie czas czy być produktywnym, a i tak niewiele zrobisz. Bo nie będziesz mieć napędu.

A na koniec powiedzenie zen: Przed oświeceniem: rąb drewno, noś wodę. Po oświeceniu: rąb drewno, noś wodę.

Acha, prawie zapomniałam o pytaniu postawionym w tytule. Nie ma złotych recept, bo nic nie zrobi się samo. Najlepsze recepty, to recepty proste, ale realizowane. Z drugiej strony, tak bardzo jak nasze życia rządzą się pewnymi uniwersalnymi zasadami, tak samo mocno życie każdego z nas jest inne. I to, co zadziała u jednego, u drugiego o tzw. kant dupy będzie można rozbić. Jeden potrzebuje wzmocnić swoją część, która bierze się do roboty, a drugi potrzebuje więcej miejsca dla tej, która leniuchuje i dba o komfort, bo inaczej niewiele z niego zostanie. Jeden jest świetny w strukturyzowaniu i dlatego go tak bardzo pociągają struktury, ale dlatego też potrzebuje więcej przestrzeni na luz, spontaniczność, zaufanie intuicji, itd. A drugi fantastycznie buja w obłokach i potrzebowałby trochę więcej oparcia na ziemi. I tak dalej. Mimo wszystko, moim zdaniem, przynajmniej jak teraz o tym myślę, dwa powyższe punkty są w miarę uniwersalne.