cel

Jak się nie potknąć o własny cel

Podstawą popularnej „psychologii sukcesu” jest przekonanie, że stawianie sobie celów i ciągłe utrzymywanie ich w zasięgu uwagi powoduje zwiększenie motywacji. W momencie spadku motywacji zaleca się koncentracje na tym „po co to robię” i jaki ma być wynik końcowy. Trafiłam ostatnio na ciekawe badania pokazujące, jak zasada ta nie dość, że jest dużym uproszczeniem, to może wręcz zaszkodzić realizacji naszych planów.
Continue Reading

chaos informacji

Rozbiegany umysł w poszukiwaniu informacji

Dyskusja na temat tego, czy internet robi nam sieczkę z mózgu czy nie trwa od pewnego czasu. Ilość informacji jest trudna do ogarnięcia, a nasz mózg próbuje się przystosować do nowego trybu działania.  Ile jesteś w stanie przeczytać tekstu na raz? Co czujesz mając przed sobą artykuł, który będzie się „ciągnął” przez kilka stron? Ile zakładek w przeglądarce masz otwartych na raz? Jak szybko odczuwasz znudzenie, znużenie lub niezrozumiałe pobudzenie, zajmując się jedną rzeczą na raz?

Continue Reading

blog psychologiczny - afirmacje

Komu szkodzą afirmacje?

Wystarczy wziąć do ręki pierwszy lepszy poradnik pop-psychologiczny, a nieuchronnie pojawi się tam hasło „afirmacje”. Afirmuj, że jesteś wspaniały, czyli powtarzaj sobie „Ja [tu wstaw swoje imię] jestem wspaniała i cudowna”, mów do lustra, że jesteś perfekcyjna i z przekonaniem mów, że siebie całkowicie akceptujesz. Ale czy to działa? Co na to nauka? Co jakiś czas trafiam na doniesienia o badaniach, które mierzą się z różnymi dobrymi radami pop-psychologii. Tym razem badacze wzięli na warsztat właśnie afirmacje.

Grupa amerykańskich badaczy, odnosząc się do popularności afirmacji w podręcznikach samopomocy psychologicznej różnej maści, sprawdziła w jaki sposób pozytywne twierdzenia na własny temat (positive self-statements) wpływają na samopoczucie osób o wysokiej i niskiej samoocenie.

Na początku przeprowadzono ankietę sprawdzającą jak często amerykańscy studenci stosują afirmacje. 52% respondentów odpowiedziało, że często/bardzo często lub zawsze, a tylko 3%, że nigdy. Jak widać jest to dość popularny sposób wspierania samego siebie. Dodatkowo okazało się też, że jest on powszechnie uważany za skuteczny.

Następnie przeprowadzono eksperyment. Badanych podzielono na dwie grupy, obie przez 4 minuty zapisywały swoje aktualne myśli, a jedna z nich powtarzała dodatkowo co 15 sekund stwierdzenie „Jestem sympatyczną osobą” („I’m a lovable person”). Następnie mierzono nastrój osób, a dodatkowo znany był poziom ich samooceny. Wyniki pokazały, że afirmowanie pozytywnego twierdzenia na swój temat pogarsza nastrój osób o niskiej samoocenie, a ma nikły wpływ na osoby o wysokiej. A jak afirmację wpływają na aktualne myśli? Podobnie – osoby o wysokiej częściej niż te o niskiej samoocenie myślały o sobie w kategoriach bycia osobą wartą miłości.

W kolejnym badaniu eksperymentalnym wprowadzono pewną istotną modyfikację. Część osób badanych miała tak jak poprzednio afirmować pozytywne twierdzenie, a drugiej części powiedziano, że można rozważać zarówno prawdziwość tego twierdzenia, jak i jego nieprawdziwość. Okazało się, że zabieg ten neutralizował negatywne efekty (obniżenie nastroju) afirmacji u osób o niskiej samoocenie.

Skąd takie wyniki? Autorzy wymieniają kilka teorii, które tłumaczyłyby powyższe zjawiska.

Z grubsza rzecz ujmując człowiek po pierwsze ma pewne spektrum swoich przekonań, i każde twierdzenie, które poza nie wykracza zostaje w dość automatyczny sposób odrzucone.

Po drugie, ludzie mają tendencję do samoweryfikacji, czyli potwierdzania przekonań na własny temat, które już mają. Cenniejsza jest klarowność i przewidywalność niż pozytywność myślenia o sobie.

Po trzecie, pozytywne twierdzenia na swój temat wyciągają na wierzch standardy, czyli to jaki ktoś chciałby być, tak zwane „Ja idealne”. Jeśli ktoś mówi mi, że jestem np. inteligentna, to (przy niższej samoocenie) od razu włącza się myślenie w rodzaju „Ale przecież to i tamto mi się nie udało, a Jola jest ode mnie bardziej bystra, właściwie to mogłabym być inteligentniejsza”. W efekcie porównania ze swoimi idealnymi standardami, wywołane komplementem, odbijają się rykoszetem na samopoczuciu.

Drugi eksperyment pokazuje, że rzeczywiście nacisk na wyłącznie pozytywne myślenie o sobie jest gorszy niż „pozwolenie sobie” na inne możliwości. Kojarzy mi się to trochę z podejściem uważności (mindfulness), w którym istotne jest przyzwolenie na to, co aktualnie jest, bez oceniania i bez nastawiania się na „naprawienie” problemu, trudności czy dyskomfortu (wkrótce napiszę więcej na ten temat). W tym przypadku szczególnie ważne jest, że sugerowane przez poradniki afirmacje są często bardzo ogólne i wywołujące standardy nie do osiągnięcia („Jestem perfekcyjna pod każdym względem”, „Akceptuję siebie pod każdym względem”). Autorzy badania przypuszczają, że lepszy efekt mają afirmacje dotyczące szczegółowych zdolności i konkretnych sytuacji, a nie ogólnych cech i takie, które są pozytywne, ale nie w przesadzony sposób.

Znalazłam również badania dotyczące podobnych zagadnień, tyle że tym razem w sytuacji otrzymywania komplementów od partnera. Osoby o niskiej samoocenie mają trudność w przyjmowaniu pozytywnych twierdzeń na swój temat (często komplementy mogą spowodować pogorszenie ich samopoczucia), nie doceniają tego jak bardzo są kochane przez swoich partnerów i generalnie mają obniżone poczucie bezpieczeństwa w związku.

Badacze z University of Waterloo sprawdzili co można zrobić, by wesprzeć tych o niskiej samoocenie. Okazało się, że kluczem jest poziom „przetworzenia” pozytywnej informacji. W przypadku, gdy osoby o niskiej samoocenie przytaczały usłyszany od partnera komplement, a następnie opisywały dlaczego partner je podziwia i jakie to ma znaczenie dla nich osobiście oraz dla związku, czuły się tak samo zadowolone z komplementu jak osoby o wysokiej samoocenie. Co ciekawe efekt ten utrzymał się przez kolejne dwa tygodnie. Może to jest też jakaś podpowiedź jeśli chodzi o afirmacje na własny temat – zdecydowanie nie mogą to być bezmyślnie klepane formułki.

Wnioski? Uwaga z afirmacjami, bo mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc. Szczególnie, że po tego rodzaju narzędzia sięgają raczej osoby, którym potrzebna jest mocniejsza samoocena, ktoś, kto jest pewien swojej wartości, nie będzie potrzebował tak bardzo jej sobie podbijać. Jeśli już mówić do siebie o swoich pozytywnych stronach, to w umiarkowany sposób oraz odnosząc się do konkretnych osiągnięć czy wydarzeń. Same afirmacje na poziom samooceny z pewnością nie pomogą, a jak widać, mogą też zaszkodzić. Z moich doświadczeń wynika, że to, co robi całkiem dobrze na samoocenę, to działanie, choć wiem, że zależność jest dwustronna. Niska samoocena może skutecznie blokować działanie, choć nie jest to nie do przeskoczenia. A w skrajnych przypadkach dobrze jest wybrać się po wsparcie do specjalisty.

blog psychologiczny - introwersja - mity

Kilka mitów o introwersji

Mój poprzedni króciutki wpis na temat introwersji wzbudził spore zainteresowanie. W komentarzach często pojawiały się stwierdzenia, że introwertycy czują się niezrozumiani przez „resztę”. Z drugiej strony miałam wrażenie sporego zamieszania jeśli chodzi o definicje i to, jak rozumiemy potocznie introwersję. Zresztą nieporozumienia definicyjne mogą prowadzić do tworzenia się stereotypów. Dlatego też warto obalić trochę mitów związanych z tą cechą charakteru, wyjaśnić pewne pojęcia i może choć trochę zwiększyć zrozumienie po obu stronach. Continue Reading

Czym jest materia?

Materia to jest to, co widzimy na co dzień, co smakujemy, czego dotykamy. Na poziomie fizyki sprawa nie jest jednak tak prosta i jednoznaczna. Naukowcy wpadli na trop czegoś, co określają nowym rodzajem materii, pod nazwą „string-net liquid” (w wolnym tłumaczeniu „ciecz sieci strunowej”). Zainteresowanych odsyłam do artykułu w New Scientist – dla mnie takie odkrycia są niezmiernie fascynujące.

Wyginanie umysłu

Nasza codzienność zawiera się w czterech doskonale znanych nam wymiarach. X, Y i Z, czyli trzy wymiary przestrzeni, pozwalają nam na określenie długości, szerokości i wysokości każdego obiektu. Czwarty wymiar to czas, który najłatwiej zdefiniować jako coś, co mierzą zegary (jeśli brzmi to zbyt prosto, to powiem, że nawet niektórzy fizycy w pewnych okolicznościach posługują się taką definicją). Czas rozpoznajemy po jakichkolwiek zmianach, które się dokonują. Wiemy doskonale, że w przestrzeni możemy się poruszać w dowolnym kierunku (o ile oczywiście, nie stoi przed nami np. zbrojona ściana), w czasie zaś tylko do przodu (choć czasem dobrze by było móc się cofnąć…). Wszystko to jest w miarę proste i logiczne, wiemy, że w znanych nam 4 wymiarach obowiązują w miarę nam znane prawa fizyki (zależy kto jak uważał na lekcjach w liceum/wykładach na studiach dla bardziej ścisłych umysłów).
Jednak mądre głowy naukowców wykoncypowały, że wymiarów musi być więcej niż 4. Bo jedynie przy takim założeniu najnowocześniejsze koncepcje dotyczące natury wszechświata, w którym dane jest nam istnieć, mają jakiś sens i, za przeproszeniem, trzymają się kupy. Spróbujmy wyobrazić sobie piąty wymiar…nie jest to łatwe. Na szczęście, znalazł się człowiek, który w ciekawy i przystępny sposób poprowadzi nas za rękę aż do 10 wymiaru. Zastanów się najpierw, czy jesteś gotów/gotowa na takie doświadczenie, bo jest to zdecydowanie mocny „schematołamacz”. W końcu schemat 4 wymiarów jest w nas niemal od narodzin…
Jeśli jesteś zdecydowany/a, kliknij tutaj a następnie w menu Navigation kliknij „Imagining the 10th dimension”. Znajduje się tam prezentacja we Flashu na podstawie książki Boba Bryantona pod tym samym tytułem. Jeśli Twój poziom języka angielskiego nie wystarcza do komfortowego podążania za narratorem tutaj znajduje się tłumaczenie tekstu narracji.
A gdy skończysz, pomyśl przez chwilę…czym może być/jest dla Ciebie dziesiąty wymiar…?