jak się zmienić?

Między starym a nowym, czyli dlaczego nie mogę się zmienić

Od Nowego Roku minął już prawie miesiąc, wiele osób zrobiło postanowienia – część pozostała tylko w notesie, część może udaje się jeszcze siłą rozpędu utrzymać. Z internetu dosłownie wylewają się porady, triki, metody, sposoby, mniej lub bardziej złote recepty na to, jak się zmienić. W każdym obszarze – odżywania, finansów, relacji, rozwoju osobistego, nawyków, uprawiania sportu – znajdziemy ekspertów, którzy powiedzą nam co i jak robić, żeby było lepiej. Obietnica jest wspaniała, nowa wizja siebie, lepszego siebie, lepszego życia, egzystencji w niezachwianej szczęśliwości. Z sukcesem, koniecznie z sukcesem.

Czytamy te porady, budując świetlaną wizję przyszłości, uzbrajamy się w niezawodne techniki, czasem wydając przy okazji niemałe pieniądze i czekamy na efekty. Te, niestety, nie zawsze chcą przyjść. Obiecana zmiana nie nadchodzi. W zależności od osobowości, albo psioczymy na „eksperta” (i szukamy dalej lepszych sposobów) albo chowamy się w poczuciu, że „nawet do tego się nie nadaję”, „nic mi jak zwykle nie wychodzi” czy „jestem leniem”.

„Dobrymi radami” częstuje nas też otoczenie, mówiąc, że „po prostu musisz zrobić to”, „rób mniej tego”, „rób więcej tamtego”, i tak dalej. Frustracja narasta. Czasem rzeczywiście jedyne, czego nam potrzeba, to dobra technika czy odrobinę więcej samodyscypliny. Zazwyczaj jednak doskonale wiemy co „powinniśmy” robić a czego nie, jaki sposób zastosować, ale jest to nadal trudne. Powodów, dla których zmiana jest trudna może być wiele i wykraczają poza „lenistwo” czy brak narzędzi. Warto rozważyć różne aspekty i lepiej zrozumieć złożoność wprowadzania zmian.

Z jakiego powodu chcesz coś zmienić?

Jest kilka możliwości:

1. stare przestaje się sprawdzać i widać, że coś nie działa,

2. jakieś przyczyny (okoliczności, choroby, problemy, relacje) stawiają przed potrzebą zmiany,

3. czujemy „potrzebę zmiany” wewnętrznie, coś nas gniecie, pcha, jakby coś dojrzało,

4. jakaś wewnętrzna część nas ma „pomysł” na zmianę i chce ją na siłę forsować nie uwzględniając innych aspektów (na przykład Wewnętrzny Krytyk oczekuje, że będziemy idealni albo mamy przekonanie, że szczęście da nam coś, co zupełnie nie leży w naszej naturze),

5. słuchamy innych (bliskich, rodziców, media, ekspertów, społecznych przekonań, mody), nie słuchając i nie uwzględniając siebie.

Punkty 1-3: można przejść dalej, zmiana jest potrzebna, trzeba się skupić na tym jak to zrobić i co może stać na przeszkodzie. Punkt 4 i 5: nasza motywacja potrzebuje rewizji i szczerego zastanowienia się czemu ma służyć ta zmiana.

Chcę robić doktorat, bo temat mnie fascynuje, bo spełniam się jako badacz czy dlatego, że czuję, że moi rodzice tego oczekują albo dlatego, że mam nadzieję, że w końcu mnie docenią? Chcę medytować, bo mam wewnętrzne poczucie, że to coś dobrego dla mnie czy dlatego, że wszędzie piszą, że to „dobre lekarstwo na wszystko”? Chcę schudnąć, bo wtedy lepiej mi się funkcjonuje czy dlatego, że nie mogę patrzeć na siebie w lustrze…?

Odpowiedzi na te pytania rzadko są od razu jasne i jednoznaczne, często motywacje są złożone, ale bez dotarcia do ich istoty może być trudno o zdrową zmianę.

Kto we mnie chce zmiany?

Zacznijmy od tego, że nie jesteśmy psychicznie jednorodnym bytem. Każdy z nas zna poczucie tzw konfliktu wewnętrznego – z jednej strony chcę/czuję jedno, z drugiej – coś zupełnie innego. To naturalne. Nasza osobowość składa się z sub-osobowości, różnych aspektów naszej psychiki, które są ze sobą na wzajem w różnych relacjach. Zazwyczaj jest też tak, że jedne lubimy bardziej niż inne, jedne bardziej dostrzegamy, a inne wypychamy na margines. Dlatego rzadko też i chęć zmiany w nas jest jednorodna. Sprzeczne motywacje, wizje, chęci mogą blokować działanie. Jeśli zmiany jednogłośnie chcą wszystkie aspekty naszej osobowości, to raczej ze zmianą nie ma problemu (albo problem jest natury czysto praktycznej, zewnętrznej czy obiektywnej).

Przydatne są następujące pytania:

1. Kto we mnie chce zmiany? Dlaczego ta część chce zmiany (motywacja)?

2. Jakie inne części mnie są zaangażowane w tę sytuację? Jakie są między nimi relacje?

Dlaczego tak komplikować? Krótka odpowiedź brzmi – jeśli nie weźmiesz pod uwagę wszystkich części siebie, to te nie uznane i niezauważone będą skutecznie sabotować Twoje wysiłki. Przez chwilę może i uda się zarządzać żelazną ręką (tzw. siłą woli, źle pojmowaną dyscypliną czy sztuczkami i technikami), ale prędzej czy później wybuchnie Ci to wszystko w twarz. Często porównuję to do trzymania naciągniętej gumki – jak jesteś w dobrej formie i masz dużo energii, to możesz ją sobie potrzymać i jeszcze robić inne rzeczy. Prędzej czy później gumka pęknie albo trzymanie jej przestanie być już zabawne i mimo szczerych chęci, stan wyjściowy wróci. Energię tę lepiej zainwestować w przyjrzenie się temu, co jest prawdziwą przyczyną trudności, choć czasem wymaga to odwagi lub/i czasu.

Na przykład moja ambitna część chce realizować jakiś projekt, ale istnieje inna część, która potrzebuje odpoczynku i zajmowania się pasjami. Dodatkowo obawia się popadnięcia w pracoholizm, bo ma takie doświadczenia i zna takie wzorce z najbliższego otoczenia. Nie jest jednak brana pod uwagę, mam jej niewielką świadomość, więc jest słusznie zaniepokojona, że na nią i jej potrzeby nie będzie już miejsca, dlatego zaczyna sabotować wszelkie działania. Na zewnątrz wygląda to tak, że im bardziej ją odpycham i staram się siłą woli zabierać za pracę, tym bardziej „nie chce mi się” i odwlekam. Rozwiązanie ma szansę pojawić się dopiero wtedy gdy punkty widzenia i potrzeby obu „stron” zostaną wysłuchane i uwzględnione.

Zmiana zarządzana przez Krytyka to zły pomysł

Zmianę może wymuszać też Wewnętrzny Krytyk, dając złudną nadzieję, że przestanie męczyć i dręczyć, jeśli tylko jego oczekiwania zostaną spełnione. Nie dajmy się wpuścić w taki kanał. Wysokie wymagania napędzają jeszcze większe wymagania. Gdy w końcu uda się zrobić to, do czego zmusza Krytyk, pochwała starcza na bardzo krótko. Po chwili znów trzeba pracować na jego akceptację. To gonitwa bez końca, ściganie uciekającego horyzontu.

Jeśli zmiana ma być tylko zaspokajaniem Krytyka, to serio, naprawdę nie warto – lepiej zająć się samym Krytykiem. Można wtedy odkryć co jest z jego strony tylko złośliwym wyżywaniem się, a co nawet sensownymi postulatami wyrażanymi w głupi sposób. Wtedy robi się przestrzeń na zmianę. Wbrew treningowi, przez który w szkole przeszła większość z nas – krytyczna postawa nie wspiera ani procesu nauki ani procesu zmiany. Krytyk zazwyczaj gra pierwsze skrzypce przy tematach związanych ze zdrowiem, wyglądem, odchudzaniem się, a także często przy „ambicjonalnych” projektach.

Wyciągnięcie na światło dzienne, przyjrzenie się i wysłuchanie argumentów wszystkich stron pozwala zrobić miejsce na znalezienie twórczych rozwiązań. To rodzaj wewnętrznych negocjacji, w których z taką samą uwagą i szacunkiem traktuje się wszystkie strony. Już samo takie podejście jest ogromnym procesem rozwojowym, ponieważ w naturalny sposób mamy tendencję do lubienia pewnych aspektów siebie i odpychania innych, tych, które wydają się głupie, niepotrzebne albo utrudniające życie. Podobnie jak w relacjach z innymi ludźmi – jeśli czujemy się wysłuchani, zobaczeni, uznani w całości z naszymi potrzebami, to od razu jest więcej przestrzeni na dochodzenie do rozwiązań.

Rozmowy na temat zmiany nie mogą obyć się (przynajmniej u „procesowca”) bez rozważenia dodatkowo tego, czym jest tzw. próg. Próg jest psychologiczną barierą, która utrudnia przedostanie się z tego co znane (status quo) do tego, co nowe (gdy zajdzie już zmiana). Jak go rozpoznać, czym się przejawia i co zrobić, żeby go pokonać – w drugiej części artykułu, już wkrótce.

p.s. Jeśli nie chcesz przegapić drugiej części, ani w ogóle niczego związanego z tą stroną i moimi działaniami, zapisz się do newsletterapolub moją stronę na facebook’u.

harmonia i rozwój

Między harmonią a rozwojem

Jestem osobą, która harmonię i poczucie jedności ceni sobie bardzo wysoko. Bardzo możliwe, że właśnie dlatego tak bliskie są mi różnego rodzaju metody, pomysły, systemy, w których dominuje dążenie do realizacji tychże. Mimo wszystko mam coraz mniejszą zgodę na podejście, które posiada ukryte założenie, że dobre jest wszystko (i tylko!) to, co jest „dobre” i prowadzi do harmonii.

Przykłady takich założeń i przekonań:

Najważniejsze to czuć się dobrze, należy dążyć do tego, by przez okrągłą dobę odczuwać dobrostan (dzięki któremu jesteśmy w stanie w magiczny sposób kreować naszą rzeczywistość taką, jaką tylko sobie wyśnimy), inaczej sprowadzamy na siebie nieszczęście.

Należy z akceptacją podchodzić do swoich negatywnych emocji, bo tylko dzięki akceptację jesteśmy w stanie je rozpuścić/przetransformować/pozbyć się ich. Akceptacja funkcjonuje jako przykrywka i narzędzie do osiągania jedynie słusznego (dobro)stanu.

Trudne emocje są potrzebne do rozwoju, który prowadzi do ostatecznej harmonii, nieograniczonej niczym radości i jedności z absolutem. Taka akceptacja, to akceptacja warunkowa, czyli żadna.

Emocje po prostu są i nie należy ich oceniać. Jeśli oceniasz swoje emocje jesteś mało rozwinięty, brak oceniania jest „lepszy”.

Bezpieczeństwo czy rozwój?

W człowieku ścierają się dwa dążenia – do rozwoju i do poczucia bezpieczeństwa, czyli stabilizacji. Z jednej strony pragniemy świętego spokoju i dobrego samopoczucia, z drugiej coś ciągle nas pcha do przodu (albo i nie pcha). 

Z pewnością jest tak, że ludzie różnią się między sobą siłą tych potrzeb i kosztami jakie ponoszą, gdy są one niezaspokojone. Ci o delikatniejszym układzie nerwowym, cenią sobie stabilność i bezpieczeństwo, ci o większym zapotrzebowaniu na stymulację łatwiej tolerują niepewność, za to są głodni ciągłych zmian. To oczywiście spore uproszczenie, bo działa jeszcze wiele innych czynników, które wpływają na to czy przechylamy się w stronę harmonii czy zmian.

Z drugiej strony, zmiany mogą zachodzić też w różny sposób, bo ktoś może być wrażliwy na zbyt silne bodźce, ale dążyć mimo wszystko do rozwoju – więc potrzebuje, by ten proces zachodził w miarę łagodnie. Warto zdawać sobie sprawę z tego jakim typem jesteśmy, bo może się okazać, że rzucamy się na główkę w wir intensywnych zmian, których koszty okazują się wysokie.

Wydaje mi się, że często wpadam w taką pułapkę. Uwielbiam zmiany, jednocześnie boję się ich i kosztują mnie bardzo wiele, co często prowadzi do przemęczenia i frustracji. Dążę wtedy do stabilizacji, a gdy już ją osiągam… szlag mnie trafia, bo nie lubię mieć poczucia stania w miejscu.

Jak akceptować swoje doświadczenia

Świat jest tak bogatym miejscem, że nie ma co uciekać od doświadczeń, które przynosi. I wcale nie chodzi o to, by ze stoickim spokojem znosić wszystko albo godzić się na rzeczy, które nas krzywdzą czy ranią. Niezgoda jest ważnym elementem naszego istnienia i dobrze jest mieć ją w swoim repertuarze reakcji.

Akceptacja nie oznacza bierności. Oznacza zgodę na spojrzenie na rzeczywistość i zobaczenie jej taką, jaka jest. Pozwalam tej rzeczywistości być, ale daję sobie prawo na przykład do wyjścia z sytuacji, która mnie rani lub w jakiś sposób narusza moje dobro. Jednak nie oczekuję, że świat się sam zmieni lub nie tkwię w marzeniu, że coś będzie inne niż jest. Jeśli mogę podjąć jakieś działanie i mam na nie ochotę, to robię to zamiast siedzieć i narzekać.

Z drugiej strony nawet narzekanie, nawet irytacja, czy ostatecznie brak zgody na świat takim, jaki jest, również zawiera się w smakach życia. I tylko od mojego wyboru zależy czy chcę się w tym rozsmakować, czy też wypluć i wypłukać usta czymś smaczniejszym lub pożywniejszym, cokolwiek by to nie było.

Miejsce jest na wszystko. I na harmonię i na chaos. Urzekł mnie ostatnio znaleziony gdzieś cytat Anthonego de Mello: „Gdzie jest miłość, panuje nieporządek. Doskonały porządek uczyniłby ze świata cmentarz„.

Pozwolić potrzebom współistnieć

Czy przypadkiem ja sama nie utożsamiłam w pewnym momencie harmonii ze stabilizacją, dającą poczucie bezpieczeństwa? Może harmonię można osiągnąć w stanie dynamicznej zmienności i odczuwać jedność doświadczając zmiany. Gdy odkryje się wewnątrz siebie spokojne miejsce, które samo z siebie daje podstawowe poczucie bezpieczeństwa, to może wtedy antynomia stabilizacja-rozwój przestaje mieć aż takie znaczenie?

Moja przyjaciółka zapytała ostatnio „Jak pogodzić potrzebę poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji z potrzebą zmiany?”. Może nie trzeba ich godzić, może one mogą sobie współistnieć i każda z nich zadba o inny aspekt procesu życia? Taka dynamiczna równowaga, w której raz jedna część przeważa i doprowadza do przekształcenia systemu, a potem druga zaczyna dominować i przychodzi czas na regenerację sił. Ciągły taniec.

Co jest aktualnie potrzebne – zmiana czy stabilizacja?

A w praktyce ważne jest by słuchać tych potrzeb i sprawdzić co jest ich źródłem. Wyobrażam sobie, że zarówno potrzeba stabilizacji jak i zmiany może być podszyta lękiem. Ten pierwszy wynika ze strachu przed czymś nowym, nieznanym, przed brakiem komfortu lub przed jakiegoś rodzaju porażką. W drugim przypadku ciągły pęd ku nowemu, ku zmianom, nieustanne burzenie struktur, które powstają może być kompulsywną ucieczką. Przed czym? Przed zatrzymaniem się i skonfrontowaniem z rzeczywistością, z sobą samym, przed ciszą, która jest w środku, przed pustką, którą można tam napotkać.

Z drugiej strony, stabilizacja pozwala na zbudowanie fundamentów, na których można rosnąć dalej. A rosnąć można dynamicznie, zmiennie, dając ponieść się duchowi zmian i przemian. Sprzeczność coraz bardziej wydaje mi się pozorna, a ujawnia się bogactwo komplementarności.

Potrzebny jest szacunek dla obu obu biegunów. Jeśli widzimy potrzebę stabilizacji jako przeszkodę w rozwoju, to walcząc z nią tylko wzmacniamy jej siłę i opór. O czym ta potrzeba mówi? Jaka postać w nas jest przerażona zmianą, jak można ją wesprzeć, czego potrzebuje? Jaka jest jej pierwotna intencja?

Możliwe też, że dla kogoś stabilizacja jest trudna, bo jej nie zna. Zaangażowanie się i zapuszczenie korzeni wymaga jakiejś umiejętności, której potrzebuje się nauczyć. Albo skonfrontuje z niepokojem, na przykład z dzieciństwa. Ludzie, którzy wychowywali się w domach, gdzie dominował chaos i nieprzewidywalność, na spokój i stabilizację często reagują lękiem. Bo jest to coś nieznanego lub też, bo spokój w ich wczesnym doświadczeniu był pełną napięcia ciszą przed burzą. 

Z drugiej strony, jeśli pojawia się zmiana i chaos, a my się mu przeciwstawiamy, opieramy, to możemy doprowadzić to sytuacji, w której rzeczy się nam przydarzają i przejmują kontrolę nad życiem. Czego chce zmiana, po co się pojawia, dlaczego tak intensywnie zaburza nasz cenny spokój? Czy nie byliśmy zbyt długo w stagnacji? Może potrzeba przekroczyć jakieś swoje ograniczenia i progi.

Warto zastanowić się czego bardziej potrzebujemy w danej chwili, aby była równowaga i obie potrzeby zostały zauważone i wspierane.

 

chaos myśli

Kiedy życie przynosi zamęt

Jestem przekonana o tym, że życie jest dla nas wspaniałą możliwością do rozwoju i nauki. Niektórzy idą nawet dalej, mówiąc, że życie to jedna wielka lekcja. Inni, jak Neal Walsh, uważają, że wręcz przeciwnie, życie wcale nie jest lekcją, którą mamy odrabiać, za to jest świetną okazją do poznania naszej prawdziwej natury. Jeszcze inni twierdzą, że życie jest tym, czym chcemy, żeby było. Jeśli spodziewamy się lekcji, dostaniemy lekcje, jeśli spodziewamy się miłej i przyjemnej ziemskiej podróży,  to też otrzymamy.

Nasze życiowe doświadczenia przybierają przeróżne formy, czasem są wyzwaniami stawianymi wprost, czasem życie delikatnie nas popycha w jakimś kierunku, a czasem…czasem wszystko trzęsie się, zmienia, wymyka spod kontroli i poddajemy w wątpliwość jakąkolwiek sensowność danych wydarzeń. Mamy poczucie, że to zbyt wiele jak na jednego człowieka, pojawia się lęk. Pema Cziendryn pisze:

Lęk jest powszechnym doświadczeniem, doznają go nawet najmniejsze istoty. Miękkie ciała morskich stworzeń pozostające na morskim brzegu po odpływie instynktownie kurczą się pod dotknięciem naszych palców. Wszystko, co żyje, podobnie reaguje na zagrożenie. Odczuwać lęk w obliczu nieznanego nie jest zatem rzeczą niezwykłą. To nieodłączny aspekt życia czujących istot, wspólny nam wszystkim. Lękiem reagujemy na samotność, śmierć lub utratę poczucia bezpieczeństwa. Lęk jest naturalną reakcją, gdy zbliżamy się do prawdy.

(Pema Cziendryn, „Kiedy życie nas przerasta”)

Niektórzy z kręgów rozwoju osobistego twierdzą, że zawsze dostajemy tyle, ile jesteśmy w stanie unieść. Potencjalnie. Nie znaczy, że zawsze to uniesiemy, raczej to, że nadszedł odpowiedni moment na jakąś przemianę.

Nauczyłam się z pokorą podchodzić do takich burzliwych okresów. Nie oznacza to, że znoszę je ze stoickim spokojem, absolutnie nie. Miewam momenty paniki (Wtedy najczęściej panicznie krzyczę: „Ratunku!”, co jest niegłupim wyjściem, jak się okazuje, bo wtedy pomoc naprawdę przychodzi), nachodzi mnie zwątpienie („Jeśli tak ma wyglądać rozwój, to ja już bardzo dziękuję. Dziękuję, nie.”), bywam spięta, co odbija się w przykry sposób na moim organizmie i generalnie bywam dość niespokojna. Ale gdzieś w środku, bardzo głęboko tkwi głos, który szepcze (a czasem traci cierpliwość i wrzeszczy), że to wszystko ma sens, jest ważne i potrzebne. Czasem głos dochodzi od jakiejś mądrej i życzliwej osoby, która mówi „Dasz radę i przejdziesz przez to”.

Zauważyłam też, że stopień zamieszania wewnętrznego jest wprost proporcjonalny do wielkości „tematu”, z którym mamy do czynienia. Im większa sprawa, im głębszych warstw psychiki dotykamy, tym większy szok dla systemu. Jeśli doświadczenie życiowe jest wyzwaniem dla naszych starych i zasiedziałych wzorców, na które w końcu przyszedł czas, to konfuzja będzie wręcz spektakularna. Cóż, żeby coś wytrząsnąć, trzeba porządnie potrząsnąć. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, jeśli sygnał jest niewielki (miewam lekkie bóle głowy) to istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że go weźmiemy pod uwagę i jeszcze coś z tym zrobimy, niż gdy sygnał jest poważniejszy (zapadam na poważną chorobę). Może gdybyśmy słuchali mniej intensywnych informacji, nie byłyby potrzebne życiowe katastrofy? A może w naszej naturze leży lubowanie się w katastrofach?

Typowym symptomem, że zachodzą ważne przemiany wewnątrz nas, lub że takie przemiany są potrzebne, jest pojawienie się sytuacji, które w jakiś sposób znamy, ale tym razem nie udaje się tak łatwo, jak dotychczas, uciec. Pewne schematy zachowań, reagowania czy sposobów wchodzenia w relacje powtarzają się w naszym życiu. Możemy traktować je jako normalne, bo innych nie znamy. Możemy traktować je jako zło konieczne, bo nie potrafimy inaczej (choć wiemy już, że można). Aż przychodzi moment, w którym okazuje się, że jeśli nie zmienimy swoich schematów to a) nastąpi koniec świata b) stracimy coś bardzo ważnego c) nie wytrzymamy tego dłużej (lista ta bynajmniej nie wyczerpuje wszystkich możliwości). Oczywiście, nawet z takich sytuacji można uciec, nie ucząc się niczego nowego i powielając stare wzorce. W końcu to nasza wolna wola, co zrobimy, wszechświat może chcieć dla nas jak najlepiej, ale to my dokonujemy zmian lub przynajmniej na nie przyzwalamy.

Wracając do symptomów. Ariel, autor bloga You are Truly Loved, ukuł określenie „confusionism” odnoszące się do stanu emocji i umysłu w czasie intensywnych transformacji. Pisze on, że przechodzimy przez cykle jasności i pomieszania; dochodzimy do zrozumienia, a później znów coś się mgli. Gdy przychodzą zmiany, umysł (nasze nawyki, przyzwyczajenia) trzyma się tego, co zna, a rzeczywistość pokazuje, że potrzeba czegoś innego, to już nie zdaje egzaminu. Nie wiadomo wtedy co zrobić. Przychodzi zwątpienie, zdezorientowanie, zagubienie.

Co z tym zrobić?

Przede wszystkim zaakceptować, że okres zamętu jest elementem całego procesu zmiany i wzrastania. To normalne, że gdy wszystko się zmienia, nie możemy się w tym połapać. Normalne jest też, że miewamy kryzysy i zaczynamy wątpić w sensowność wspomnianego procesu. Kto czasem nie tęskni za stabilizacją i świętym spokojem? Pocieszeniem może być jedynie świadomość, że czas spokoju również przychodzi, na zmianę z czasem zamętu, taka natura naszego świata – cykliczność przeciwstawnych energii.

Gdy przychodzi zamęt, staramy się często zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Ariel pisze, że należy się raczej w takim momencie poddać mgle, nie analizując ani nie szukając racjonalnych wyjaśnień. Ze swojego doświadczenia wiem z kolei, że zrozumienie często pomaga w ukojeniu nerwów. Pewnie nie każdy potrafi tak z zaufaniem zapaść się w odmęty nieznanego i normalne jest, że szukamy jakiegoś punktu zaczepienia. Myślę, że szukanie wyjaśnień ma sens, o ile nie zafiksujemy się na tym i nie odłączymy tego, co faktycznie jest tu i teraz. Intelektualizowanie bowiem jest fantastycznym narzędziem odłączającym nas od rzeczywistości, więc trzeba uważać by się paradoksalnie jeszcze bardziej nie zagubić i nie zamotać szukając wyjaśnień. Czasem faktycznie lepiej jest poddać się swoim odczuciom, zagłębić w emocje i poczuć ich prawdziwą energię.

Kiedy nasz świat się rozpada i nagle stajemy w obliczu niewiadomego, jest to moment próby. Należy wówczas zatrzymać się, nie usiłując niczego definiować. Istotą podróży duchowej nie jest szukanie nieba czy jakiejś krainy szczęśliwości.

(Pema Cziendryn, „Kiedy życie nas przerasta”)

Gdy już uda się nam przetrwać ten trudny okres, gdy dotrze do naszych zakutych łebków co trzeba zmienić i zrobimy to, przychodzi nagroda. Nagrodą jest poczucie jasności i przejrzystości oraz poczucie „przepracowania” kolejnego trudnego życiowego i psychicznego kawałka (jest to ulotne i chwilowe, ale to zawsze coś…). I nic dziwnego, że często ludzie odczuwają zmęczenie (psychiczne i fizyczne), jakby przerzucili tonę węgla, w końcu przekształcenie wzorców myślenia i reagowania to wymagające zadanie. Teraz należy dać sobie przestrzeń, by zmiany okrzepły, warto zadbać o siebie i swoje samopoczucie. Jednak nie ma co się oszukiwać, kolejny kawałek już stoi w kolejce – a jak go nie dostrzeżemy, to będzie się dobijać…do skutku. Jego czas przyjdzie za rok, miesiąc lub za tydzień… a potem kolejny i kolejny. Ale to tylko znaczy, że odrzucamy kolejne warstwy niepotrzebnych już elementów i mamy coraz czystszy dostęp do tego, kim naprawdę jesteśmy, do naszej pięknej i prawdziwej natury.

rsz_dawid-zawila-zb2vbahyb2i-unsplash

Oczywistości, założenia i zmienność życia.

Czy zdarza się Wam z zaskoczeniem stwierdzać, że coś jest inne niż się Wam wydawało? Albo, że zakładaliście jedno, a rzeczywistość pokazała coś innego? A może z drugiej strony: ktoś miał jakieś założenia na Wasz temat i byliście zaskoczeni jak dalekie były od prawdy? Ostatnio sporo zastanawiam się właśnie nad fenomenem dotyczącym tego, jak bardzo lubimy uznawać różne rzeczy za oczywiste i jak mało bierzemy pod uwagę zmienność życia. Continue Reading

jak podejmować ryzyko

Jak podejmować ryzyko i otworzyć się na świat.

Podejmowanie ryzyka jest nieodłączną częścią życia, choć czasem się próbujemy przed tym bronić. Potrzeba zmian i rozwoju oraz potrzeba bezpieczeństwa ciągną nas w dwie różne strony. Jak podejmować ryzyko z szacunkiem do wszystkich swoich potrzeb?

Ostatnio natrafiłam na następujący cytat Leo F. Buscagli (tłumaczenie własne):

Śmiech to ryzyko wyjścia na głupka.
Płacz to ryzyko okazania się sentymentalnym.
Wyjście do innych to ryzyko zaangażowania.
Okazanie swoich uczuć to ryzyko ujawnienia swojej prawdziwej natury.
Przedstawienie swoich pomysłów i marzeń publicznie to ryzyko ich utraty.
Kochanie to ryzyko nieodwzajemnionej miłości.
Życie to ryzyko śmierci.
Nadzieja to ryzyko rozpaczy.
Próbowanie to ryzyko porażki. Continue Reading

window

Po co i jak opuścić swoją strefę komfortu?

windowBadania psychologii społecznej pokazują, że lubimy to, co jest nam znane (do tego stopnia, że lubimy coś bardziej tylko dlatego, że to widzieliśmy – tzw. efekt ekspozycji). W konsekwencji budujemy tzw. strefę komfortu, czyli psychologiczną przestrzeń bezpieczeństwa. Co się na nią składa? Przede wszystkim nasze przyzwyczajenia, nawyki i przekonania, które są dla nas czymś znanym i oczywistym. I o ile posiadanie takiej przestrzeni bywa potrzebne dla utrzymania naszego dobrego samopoczucia, to warto ją poszerzać. A aby to zrobić, trzeba najpierw ją opuścić. Continue Reading

fot. (C) Getty Images

Zamki na piasku – jak dać odejść staremu

fot. (C) Getty ImagesZamki na piasku to bardzo ciekawe budowle. Dzięki wysiłkowi i żmudnej pracy stają się pięknie, ciesząc oczy nad brzegiem morza. Ale w każdej chwili może nadejść gwałtowniejsza fala i w ciągu paru chwil je zmyć. Smutne…? Kiedyś bym powiedziała, że owszem, smutne. Dziś wiem, że czasem warto wybrać się w najciemniejszy kąt siebie, spojrzeć w twarz swoim lękom i zburzyć piękny zamek. A gdy to nastąpi, wszystko się odmieni… Może na lepsze?
Continue Reading