próg i zmiana

Trudności ze zmianą czyli progi, o które się potykamy

W psychologii procesu „progiem” (ang. „edge”, co można tłumaczyć również jako „krawędź”) nazywamy granicę oddzielającą to, co znane, to z czym się utożsamiamy, od tego co jest mniej znane i od naszego poczucia „ja” dalsze. Próg może dotyczyć zachowań, doświadczeń, działań i blokuje niejako przepływ naturalnego procesu rozwoju czy „dziania się” spraw.

Za progiem jest przestrzeń zmiany, przed nim jest przestrzeń dotychczasowego działania, nawyku, stanu rzeczy. Można mówić też o tożsamości – to, z czym się utożsamiamy jest przed progiem. To, co znamy, tacy jesteśmy, takimi siebie widzimy. Tam, gdzieś tam, jest to czego pragniemy (lub/i boimy się), kim nie jesteśmy, a chcielibyśmy (w przypadku zmian inicjowanych intencjonalnie) lub/i boimy się (częste w zmianach „wymuszanych” przez życie) być.

Tomek Teodorczyk tak pisze o procesie zmian i blokadach z tym związanych:

„Przemijanie nie oznacza zasadniczo nic więcej jak tylko przechodzenie z jednego stanu do drugiego, odnosi się więc do procesu zmiany, a ta z kolei określa dla psychoterapeuty rozwój psychiczny człowieka. Problem oczywiście tkwi w tym, że człowiek pewne zmiany spostrzega jako pozytywne, korzystne dla siebie i związane z rozwojem a inne dokładnie odwrotnie. Psychologia procesu, która jest współczesną wersją filozofii taoistycznej ma w tym względzie inne podejście – to szczególnie zmiany niechciane, pilotowane przez wydarzenia, które nam się przytrafiają, niosą szczególnie cenną informację o kierunku naszego rozwoju.

Tak więc każda zmiana będzie przez nas rozumiana jako nośnik rozwoju, jeżeli będziemy w stanie odczytać jej właściwy kontekst i kierunek oraz jeżeli będziemy zdolni do bardziej elastycznego podejścia niż tylko takie, które z uporem godnym lepszej sprawy broni drogocennego staus quo.

Abraham Maslow, jeden z twórców psychologii transpersonalnej, mówił, że życiem psychicznym człowieka rządzą dwie najważniejsze tendencje – do obrony i do rozwoju.

Psychologia procesu mówi, że nasza tożsamość określa bezpieczny i znany obszar naszego funkcjonowania, jednak nie jest ona zdolna do rozwiązania żadnego z naszych istotnych problemów życiowych ani też nie ma w sobie rozwojowego potencjału. Dodatkowo broni się ona jak tylko może przed dopuszczeniem do głosu innych aspektów naszej psychiki, które mogłyby ją rozwinąć i poszerzyć.

Z tego względu przemijanie, niejako „odpadanie” naszej starej tożsamości jest koniecznym elementem przechodzenia do jej nowego, szerszego, bardziej rozwojowego wariantu.

Jednak wszyscy boimy się zmian, gdyż zwykle oznaczają one wejście w coś, czego nie znamy, nie rozumiemy a na dodatek bardzo często niesie ze sobą poważne wyzwanie związane z konfrontacją nowego „ja” z relacyjnym i społecznym otoczeniem, które, podobnie jak my, nie lubi zmian albo też mniej lub bardziej jasno określa ich akceptowalny zakres.”

To, co nieznane… czasem fascynuje, czasem przeraża, a nierzadko wywołuje jedno i drugie naraz. Największe progi związane są z głębokimi zmianami na poziomie tożsamości. Po przekroczeniu progu stajemy się w pewnym sensie kimś innym, niektóre stare zachowania przestają być potrzebne, pojawiają się nowe. To piękne, ale też trudne doświadczenie. Dodatkowo, szczególnie w przypadku głębokich procesów, próg jest bardziej przestrzenią niż ostrą, pojedynczą linią. W przestrzeni tej nie jesteśmy już „tamtym starym”, ale nie jesteśmy też jeszcze „tym nowym”. Jakbyśmy stali za zakrętem, nie wiedząc do końca co nas tam spotka, nie umiejąc się jeszcze zachować. Ta przestrzeń pomiędzy bywa pełna przerażenia i nierzadko strachu. Wspomniany już Tomek Teodorczyk odnosi przechodzenie przez próg do rytuałów przejścia, polecam jego artykuł na ten temat.

Jak rozpoznać próg

Próg może się przejawiać na różne sposoby. Mogę czuć, że nie umiem, nie mogę, nie dam rady, to nie dla mnie. Mogę czuć, że „coś” mi nie pozwala, coś jakby poza moją kontrolą. Ściana, mur, wewnętrzny sabotażysta. Czasem próg jest tak duży, że nawet nie chcę patrzeć czy myśleć o tym, co jest inne. Próg przejawia się też w opiniach i ocenach, że coś jest głupie, bez sensu albo „jak tak można” – jeśli inni to robią. Zdarza się, że próg jest odczuwalny wręcz fizycznie – blokadą w ciele, odpychaniem, czy chęcią ucieczki. Odległy próg może istnieć poza świadomością, przejawiając się niezauważaniem konieczności zmiany, mimo pojawiających się sygnałów ją sugerujących lub nawet gdy zmiana dzieje się „bez pytania”.

W trakcie terapii możemy się spodziewać pewnych konkretnych sygnałów, które mówią, że klient „jest na progu”. Zmienia temat, nie chce się zajmować czymś, o czym przed chwilą żywo mówił, ziewa, czuje, że nie może, nie potrafi albo wstydzi się bardzo. W życiu codziennym też możemy zauważyć takie momenty wycofania się lub zatrzymania. Chcesz coś powiedzieć, ale nie możesz, chcesz coś zrobić, ale się boisz. Myślisz o czymś, a potem to umyka. Planujesz coś zrobić, ale zapominasz o tym, kolejny raz z rzędu. Obserwujesz kogoś, kto robi coś inaczej niż ty i masz burzę mieszanych uczuć – chcesz, ale się boisz; nie chcesz, nie podoba ci się, ale nie możesz przestać o tym myśleć. Można też mieć fizyczne objawy różnego rodzaju: bóle w ciele, bóle głowy, zawroty głowy, odczucie pustki w umyśle, jakieś dziwne odczucia w ciele – szczególnie w momentach kiedy masz zrobić coś dla siebie trudnego, zabierasz się za to lub myślisz o tym. Ponieważ odczucia te są niezbyt przyjemne, odruchowo uciekamy od tych sytuacji. A tu trzeba mimo wszystko zatrzymać się i zobaczyć o co chodzi. Jakie przekonania, doświadczenia, obawy, „figury progowe” nie pozwalają na zmianę? Dopiero wtedy można zacząć jakąś pracę na ten temat. (Polecam wrócić do poprzedniego artykułu, w którym co prawda nie używam jeszcze pojęcia progu, ale opisuję, mechanizmy, które go tworzą).

A czasem na progu wyglądamy tak:

.


W przestrzeni progu siedzą przeróżni strażnicy – przekonania, czy wręcz całe systemy przekonań: osobistych, rodzinnych, społecznych, kulturowych. Mówią one o tym, że czegoś nie można, nie wolno, nie wypada, nie da się. Czasem przekonania te wypowiada dana osoba, jako swoje własne, często pozornie bardzo racjonalne, przekonania. Mogą też w tej roli zostać obsadzeni inni ludzie – rodzina, bliscy, przedstawiciele społeczeństwa czy jacyś bliżej nieokreśleni „oni”. Strażnicy pilnują status quo, trzeba ich przekonać, przechytrzyć albo zignorować.

Duże progi, małe prożki

Próg może być niewielki, niemal nieznaczący, wystarczy lekka zachęta, delikatnie popchnięcie siebie samego czy z pomocą kogoś innego, by zrobić coś nowego. To nowe już się właściwie dzieje, trzeba tylko to dostrzec i wzmocnić.

Ale bywają progi średnie i wielkie, takie życiowe, z którymi mierzymy się od nowa i od nowa. Koronkowa robota, kawałek po kawałeczku pozwala posunąć się bliżej rzeczywistości po drugiej stronie. Progi długoterminowe mogą się przejawiać w przekonaniach czy sprawach, które regularnie nie wychodzą albo powracają – podobne relacje, podobne konflikty, podobne postanowienia, których nie sposób wypełnić.

Jeśli próg jest duży, nie warto go forsować na siłę. Może i uda się go przeskoczyć, ale najczęściej tylko na chwilę, później następuje bolesny powrót któremu towarzyszy bardzo, bardzo nieprzyjemne uczucie. Pewne sytuacje sprzyjają spontanicznemu przekroczeniu progu – na przykład stan zakochania powoduje, że wydaje się nam, że możemy przenosić góry. I przenosimy je. Robimy rzeczy, których byśmy w innej sytuacji nie robili. A potem dodatkowe paliwo się kończy. Niektóre szkolenia czy „eventy” szkoleniowe mają podobne działanie. Ogromna energia, którą serwują, pomaga przekraczać swoje progi, ale niestety po jakimś czasie często sprężynka wraca na swoje miejsce.

Pchanie kogoś (albo siebie!), mówiąc „dla chcącego nic trudnego”, „jeśli Ci nie idzie, to znaczy, że się niewystarczająco starasz” czy „trzeba się wziąć garść i zmusić” jest przemocą i wchodzeniem w koalicję z krytykiem, który przy okazji progów bardzo ochoczo się pojawia.

Jak zrobić hop przez próg

Praca nad progiem jest zazwyczaj bardziej energo- i czasochłonna niż namiętne czytanie o sposobach na zrobienie czegoś i fantazjowanie na temat tego, jak to będzie świetnie, jak już się uda. Warto jednak włożyć ten wysiłek, by faktycznie podążać za nurtem zmian.

Na marginesie, do wszystkich Wewnętrznych Krytyków, którzy lubią suszyć głowę o sam fakt bycia na progu: Próg jest normalnym zjawiskiem. Wszyscy mają takie doświadczenia. Próg jako taki nie jest niczym złym, jest informacją o naszej wewnętrznej strukturze a nie słabością. Pokazuje nam w którym miejscu „utknęliśmy”, więc można go świetnie wykorzystać.

Na progu jest wiele różnych przekonań, które blokują zmianę. Przekazy kulturowe, społeczne, pokoleniowe. Tego nie wolno, tamtego tym bardziej, to nie wypada a tak się nie robi. Często na progu pojawia się dobitne „tak nie można”, ale gdy podrążymy głębiej, popytamy tych strażników progu dlaczego, jak to, ale czy naprawdę, okaże się, że argumenty bywają irracjonalne. Czasem próg potrzeba docenić, bo kiedyś chronił, ale dziś jest już nieaktualny. W innych przypadkach trzeba znaleźć w sobie siłę lub/i wewnętrznego sprzymierzeńca, by ostro się przeciwstawić na przykład pewnym sztywnym czy nieaktualnym zasadom.

Potrzeba często też dobrego, akceptowalnego modelu nowego zachowania. Dlaczego akceptowalnego? Wyobraźmy sobie, że ktoś potrzebuje być bardziej stanowczy i mocny w swoich przekonaniach i działaniach. Sęk w tym, że taki sposób bycia kojarzy mu się z ojcem, który bywał agresywny i nadużywający. Osoba ta potrzebuje innego, mądrzejszego przykładu, w jaki sposób można być stanowczym i szanować innych ludzi.

Czy to próg, czy to proces?

W trakcie nauki pracy z procesem poznałam bardzo ważne pytanie, które należy zadać, gdy pojawia się jakaś trudność związana z wprowadzaniem zmian: czy to jest próg, czy to jest proces?

Różnica jest istotna, bo w subiektywnym odczuciu w obu przypadkach doświadcza się trudności we wprowadzeniu jakiegoś rodzaju zmiany w swoim podejściu czy zachowaniu.

Niech następujący przykład zilustruje co mam na myśli, mówiąc, że coś jest procesem a nie progiem. Pracowałam kiedyś z kobietą, która uważała, że potrzebuje być bardziej spokojna i zrelaksowana, ale nie wychodzi jej to, bo jest ciągle nerwowa. W toku pracy okazało się, że to czego potrzebuje to raczej lepszy kontakt ze swoją siłą, używanie jej i bycie bardziej ekspresyjną. Nie potrzebowała pracy z progiem na bycie spokojną a rozwinięcia innych sposobów bycia i działania. Gdyby usilnie starała się być spokojniejsza, tkwiłaby w martwym punkcie (i nadal śniłyby się jej bójki i kłótnie, co było jednym z sygnałów informujących nas o kierunku pracy).

Z progiem zaś mamy do czynienia, kiedy kierunek jest dobry, ale przekonania, brak umiejętności czy inne przeszkody utrudniają wprowadzenie zmiany. Mogę na przykład uważać, że nie mogę być delikatna i spokojna, bo to oznaka słabości. Albo różnego rodzaju doświadczenia (sny, spotykane osoby, spontanicznie pojawiające się stany) mogą kierować mnie ku medytacji, ale nie będę wiedziała jak za to się zabrać lub będę się bała, że wtedy stanę się np. zbyt leniwa.

To rozróżnienie jest ważne, bo czasem wpadamy w pułapkę zajmowania się nie tą sprawą, co trzeba. Nie raz spotykałam się z frustracją, bo ktoś nie może stać się „bardziej jakiś”, a okazuje się, że potrzebuje tak naprawdę „być bardziej” pod zupełnie innym względem. Aby dokonać tego rozróżnienia, trzeba zazwyczaj włożyć sporo wysiłku w refleksję nad sobą, bo nie zawsze jest to oczywiste.

Zmiana ma swój czas

Co powoduje zmianę? Chcielibyśmy w swych fantazjach o omnipotencji, pchani przekonaniem o byciu kowalem własnego losu myśleć, że my sami. Chcieć to móc, i tak dalej. Nie zawsze tak jednak jest. Czasem zmiana musi dojrzeć… czasem potrzebne jest „jeszcze coś” i nie wiadomo do końca co to jest, póki się nie objawi. Najlepsze techniki, najbardziej wytężona praca nad problemem, najwspanialszy terapeuta nie przeskoczą czynnika gotowości do zmiany. I to wcale nie jest smutne, moim zdaniem to jest nawet uwalniające. Pewne rzeczy po prostu się dzieją i już. W jednym momencie życia coś może być nie do przeskoczenia, a w innym zadzieje się niemal bez wysiłku.

Zmiana bywa też procesem drobnych przyrostów, niewidzialnych w danym momencie. Mam w takich przypadkach następujący obraz, którym się często dzielę: wyobraź sobie dno morza. Na dnie ktoś zbudował schody na powierzchnię, a ty po nich wchodzisz, stopień za stopniem. Cały czas jesteś pod wodą, więc nie czujesz zmiany (dla dobra metafory zostawmy kwestię ciśnienia). Dopiero przy ostatnim stopniu nagle, w niesamowity sposób wynurzasz się i coś się zmienia!

Ile osób traci nadzieję w połowie drogi, ile osób niecierpliwi się, że nic się nie zmienia – mimo, że idą po tych schodach, może i powoli, ale konsekwentnie…

A na koniec refleksja na temat tego czym jest próg w szerszym wymiarze, nie tylko rozumiany jako denerwująca przeszkoda, ale jako coś istotnego w naszym rozwoju:

„Progi ujawniają najgłębsze przekonania na temat życia, śmierci i zmiany, prowokują nas do zadawania sobie pytań, takich jak: „Jak odnoszę się do nieznanych aspektów istniejących we mnie oraz w innych osobach?” lub: „Czego dowiaduję się o sobie samym w sytuacji pokonywania jakiejś przeszkody lub przezwyciężania lęku?”. (…) istotą pracy z progiem jest nawiązanie relacji ze swoim przeznaczeniem lub tym, co przekracza wymiar jednostki.”

– Julie Diamond, Droga powstaje, gdy idziesz.

jak się zmienić?

Między starym a nowym, czyli dlaczego nie mogę się zmienić

Od Nowego Roku minął już prawie miesiąc, wiele osób zrobiło postanowienia – część pozostała tylko w notesie, część może udaje się jeszcze siłą rozpędu utrzymać. Z internetu dosłownie wylewają się porady, triki, metody, sposoby, mniej lub bardziej złote recepty na to, jak się zmienić. W każdym obszarze – odżywania, finansów, relacji, rozwoju osobistego, nawyków, uprawiania sportu – znajdziemy ekspertów, którzy powiedzą nam co i jak robić, żeby było lepiej. Obietnica jest wspaniała, nowa wizja siebie, lepszego siebie, lepszego życia, egzystencji w niezachwianej szczęśliwości. Z sukcesem, koniecznie z sukcesem.

Czytamy te porady, budując świetlaną wizję przyszłości, uzbrajamy się w niezawodne techniki, czasem wydając przy okazji niemałe pieniądze i czekamy na efekty. Te, niestety, nie zawsze chcą przyjść. Obiecana zmiana nie nadchodzi. W zależności od osobowości, albo psioczymy na „eksperta” (i szukamy dalej lepszych sposobów) albo chowamy się w poczuciu, że „nawet do tego się nie nadaję”, „nic mi jak zwykle nie wychodzi” czy „jestem leniem”.

„Dobrymi radami” częstuje nas też otoczenie, mówiąc, że „po prostu musisz zrobić to”, „rób mniej tego”, „rób więcej tamtego”, i tak dalej. Frustracja narasta. Czasem rzeczywiście jedyne, czego nam potrzeba, to dobra technika czy odrobinę więcej samodyscypliny. Zazwyczaj jednak doskonale wiemy co „powinniśmy” robić a czego nie, jaki sposób zastosować, ale jest to nadal trudne. Powodów, dla których zmiana jest trudna może być wiele i wykraczają poza „lenistwo” czy brak narzędzi. Warto rozważyć różne aspekty i lepiej zrozumieć złożoność wprowadzania zmian.

Z jakiego powodu chcesz coś zmienić?

Jest kilka możliwości:

1. stare przestaje się sprawdzać i widać, że coś nie działa,

2. jakieś przyczyny (okoliczności, choroby, problemy, relacje) stawiają przed potrzebą zmiany,

3. czujemy „potrzebę zmiany” wewnętrznie, coś nas gniecie, pcha, jakby coś dojrzało,

4. jakaś wewnętrzna część nas ma „pomysł” na zmianę i chce ją na siłę forsować nie uwzględniając innych aspektów (na przykład Wewnętrzny Krytyk oczekuje, że będziemy idealni albo mamy przekonanie, że szczęście da nam coś, co zupełnie nie leży w naszej naturze),

5. słuchamy innych (bliskich, rodziców, media, ekspertów, społecznych przekonań, mody), nie słuchając i nie uwzględniając siebie.

Punkty 1-3: można przejść dalej, zmiana jest potrzebna, trzeba się skupić na tym jak to zrobić i co może stać na przeszkodzie. Punkt 4 i 5: nasza motywacja potrzebuje rewizji i szczerego zastanowienia się czemu ma służyć ta zmiana.

Chcę robić doktorat, bo temat mnie fascynuje, bo spełniam się jako badacz czy dlatego, że czuję, że moi rodzice tego oczekują albo dlatego, że mam nadzieję, że w końcu mnie docenią? Chcę medytować, bo mam wewnętrzne poczucie, że to coś dobrego dla mnie czy dlatego, że wszędzie piszą, że to „dobre lekarstwo na wszystko”? Chcę schudnąć, bo wtedy lepiej mi się funkcjonuje czy dlatego, że nie mogę patrzeć na siebie w lustrze…?

Odpowiedzi na te pytania rzadko są od razu jasne i jednoznaczne, często motywacje są złożone, ale bez dotarcia do ich istoty może być trudno o zdrową zmianę.

Kto we mnie chce zmiany?

Zacznijmy od tego, że nie jesteśmy psychicznie jednorodnym bytem. Każdy z nas zna poczucie tzw konfliktu wewnętrznego – z jednej strony chcę/czuję jedno, z drugiej – coś zupełnie innego. To naturalne. Nasza osobowość składa się z sub-osobowości, różnych aspektów naszej psychiki, które są ze sobą na wzajem w różnych relacjach. Zazwyczaj jest też tak, że jedne lubimy bardziej niż inne, jedne bardziej dostrzegamy, a inne wypychamy na margines. Dlatego rzadko też i chęć zmiany w nas jest jednorodna. Sprzeczne motywacje, wizje, chęci mogą blokować działanie. Jeśli zmiany jednogłośnie chcą wszystkie aspekty naszej osobowości, to raczej ze zmianą nie ma problemu (albo problem jest natury czysto praktycznej, zewnętrznej czy obiektywnej).

Przydatne są następujące pytania:

1. Kto we mnie chce zmiany? Dlaczego ta część chce zmiany (motywacja)?

2. Jakie inne części mnie są zaangażowane w tę sytuację? Jakie są między nimi relacje?

Dlaczego tak komplikować? Krótka odpowiedź brzmi – jeśli nie weźmiesz pod uwagę wszystkich części siebie, to te nie uznane i niezauważone będą skutecznie sabotować Twoje wysiłki. Przez chwilę może i uda się zarządzać żelazną ręką (tzw. siłą woli, źle pojmowaną dyscypliną czy sztuczkami i technikami), ale prędzej czy później wybuchnie Ci to wszystko w twarz. Często porównuję to do trzymania naciągniętej gumki – jak jesteś w dobrej formie i masz dużo energii, to możesz ją sobie potrzymać i jeszcze robić inne rzeczy. Prędzej czy później gumka pęknie albo trzymanie jej przestanie być już zabawne i mimo szczerych chęci, stan wyjściowy wróci. Energię tę lepiej zainwestować w przyjrzenie się temu, co jest prawdziwą przyczyną trudności, choć czasem wymaga to odwagi lub/i czasu.

Na przykład moja ambitna część chce realizować jakiś projekt, ale istnieje inna część, która potrzebuje odpoczynku i zajmowania się pasjami. Dodatkowo obawia się popadnięcia w pracoholizm, bo ma takie doświadczenia i zna takie wzorce z najbliższego otoczenia. Nie jest jednak brana pod uwagę, mam jej niewielką świadomość, więc jest słusznie zaniepokojona, że na nią i jej potrzeby nie będzie już miejsca, dlatego zaczyna sabotować wszelkie działania. Na zewnątrz wygląda to tak, że im bardziej ją odpycham i staram się siłą woli zabierać za pracę, tym bardziej „nie chce mi się” i odwlekam. Rozwiązanie ma szansę pojawić się dopiero wtedy gdy punkty widzenia i potrzeby obu „stron” zostaną wysłuchane i uwzględnione.

Zmiana zarządzana przez Krytyka to zły pomysł

Zmianę może wymuszać też Wewnętrzny Krytyk, dając złudną nadzieję, że przestanie męczyć i dręczyć, jeśli tylko jego oczekiwania zostaną spełnione. Nie dajmy się wpuścić w taki kanał. Wysokie wymagania napędzają jeszcze większe wymagania. Gdy w końcu uda się zrobić to, do czego zmusza Krytyk, pochwała starcza na bardzo krótko. Po chwili znów trzeba pracować na jego akceptację. To gonitwa bez końca, ściganie uciekającego horyzontu.

Jeśli zmiana ma być tylko zaspokajaniem Krytyka, to serio, naprawdę nie warto – lepiej zająć się samym Krytykiem. Można wtedy odkryć co jest z jego strony tylko złośliwym wyżywaniem się, a co nawet sensownymi postulatami wyrażanymi w głupi sposób. Wtedy robi się przestrzeń na zmianę. Wbrew treningowi, przez który w szkole przeszła większość z nas – krytyczna postawa nie wspiera ani procesu nauki ani procesu zmiany. Krytyk zazwyczaj gra pierwsze skrzypce przy tematach związanych ze zdrowiem, wyglądem, odchudzaniem się, a także często przy „ambicjonalnych” projektach.

Wyciągnięcie na światło dzienne, przyjrzenie się i wysłuchanie argumentów wszystkich stron pozwala zrobić miejsce na znalezienie twórczych rozwiązań. To rodzaj wewnętrznych negocjacji, w których z taką samą uwagą i szacunkiem traktuje się wszystkie strony. Już samo takie podejście jest ogromnym procesem rozwojowym, ponieważ w naturalny sposób mamy tendencję do lubienia pewnych aspektów siebie i odpychania innych, tych, które wydają się głupie, niepotrzebne albo utrudniające życie. Podobnie jak w relacjach z innymi ludźmi – jeśli czujemy się wysłuchani, zobaczeni, uznani w całości z naszymi potrzebami, to od razu jest więcej przestrzeni na dochodzenie do rozwiązań.

Rozmowy na temat zmiany nie mogą obyć się (przynajmniej u „procesowca”) bez rozważenia dodatkowo tego, czym jest tzw. próg. Próg jest psychologiczną barierą, która utrudnia przedostanie się z tego co znane (status quo) do tego, co nowe (gdy zajdzie już zmiana). Jak go rozpoznać, czym się przejawia i co zrobić, żeby go pokonać – w drugiej części artykułu, już wkrótce.

p.s. Jeśli nie chcesz przegapić drugiej części, ani w ogóle niczego związanego z tą stroną i moimi działaniami, zapisz się do newsletterapolub moją stronę na facebook’u.

blog psychologiczny - zmiana nawyków

Przechytrzanie nawyków

Wprowadzanie nowego zwyczaju jest o wiele prostsze niż pozbywanie się jakiegoś starego. Świetnie pisze o tym Julie Diamond. Łatwiej jest się czegoś nauczyć niż oduczyć. To zła i dobra wiadomość w jednym. Zła, bo trzeba włożyć sporo pracy w wykorzenianie starych przyzwyczajeń, a dobra, bo oznacza to, że jak już się nowy nawyk utrwali, to będzie się mocno trzymał.

Dlaczego pozbywanie się przyzwyczajeń jest bardziej skomplikowane? Przede wszystkim dlatego, że stary nawyk czemuś służy. Ale jak to, zapytasz, przecież obgryzanie paznokci czy picie pięciu puszek coli dziennie niczemu nie służy… Z naszego codziennego „racjonalnego” punktu widzenia nie służy to niczemu „dobremu”. Nie służy zdrowiu czy estetyce. Jeśli jednak odłożymy ten aspekt na chwilę na bok i przyjmiemy założenie, że wszystko (albo większość) co się dzieje w naszej psychice ma jakiś cel, okaże się, że owszem, nawet picie coli i obgryzanie paznokci posiada swoją funkcję. Najbardziej oczywiste wyjaśnienie obgryzania to rozładowanie napięcia, ale równie dobrze może to być sposób na zastępcze sprawowanie kontroli, remedium na nudę lub przejaw nie wykorzystanej energii. Zachęcam do rozpatrywania każdego przypadku indywidualnie, bo często funkcje nie są tak oczywiste, jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Dobrze jest zrozumieć i poznać prawdziwą naturę danego przyzwyczajenia. Dzięki temu można łatwiej go przechytrzyć lub skłonić do współpracy.

Kiedyś zauważyłam u siebie, że czytając książkę nerwowo ruszam ciałem – „chodziły” mi stopy albo podskakiwało kolano. Zaczęłam się temu przyglądać, wczułam się w ten ruch i poczułam, że jest w tym mnóstwo energii. Zupełnie tak, jakby część zasobów szła w czytanie, a reszta, niewykorzystana, musiała ujść gdzieś bokiem. Gdy intencjonalnie powstrzymałam te ruchy (bez nadmiernego napinania się i chęci pozbycia się tego, a raczej z myślą o wykorzystaniu tej energii), okazało się, że natychmiast zaczęłam czytać o wiele, wiele szybciej i byłam bardziej skupiona na sensie tekstu. Jak widać coś, co na pierwszy rzut oka mogło wydawać się przejawem zdenerwowania, przy zwróceniu życzliwej uwagi okazało się sprzymierzeńcem w zadaniu.

zmiana nawykówPo co sprawdzać funkcję jakiegoś nawyku? Z bardzo prostej przyczyny. Jeśli zapewnia on coś ważnego, to będzie bardzo trudno się go pozbyć. Ewentualnie dojdzie do podmiany. Jedna z uczestniczek 30 dni chciała odstawić kawę. Udało się jej to, ale w zamian zaczęła jeść ogromne ilości słodyczy. Coś nadal jest niezaspokojone. Dlatego podmianę taką warto robić intencjonalnie, szukając czegoś, co przyniesie podobną jakość, energię, odczucie, a będzie w zgodzie z innymi wartościami. Ja na przykład mam słabość do coli w puszce (ale nie, nie piję pięciu puszek dziennie…). Lubię jej chłód w ręku, lubię jak pstryka przy otwieraniu, lubię pierwsze orzeźwiające łyki. Sprawę pogarsza fakt, że jest ona bardzo dobrze dostępna, np. w kiosku pod budynkiem, w którym mam gabinet. I spiesząc się na spotkanie, gdy chce mi się pić, najprościej jest kupić colę. Oczywiście to niezła wymówka, bo po drodze jest też sklepik z innymi napojami. Podobną jakość picia ma woda gazowana (nie jest to ideał zdrowego napoju, ale już jest lepiej), jednak musi być bardzo bardzo zimna. Nie jest to ten sam chłód puszki i smak, ale odkrycie to pozwoliło mi przynajmniej zredukować ilość wypitej coli.

Tego rodzaju podejście można również zastosować przy wprowadzaniu nawyku. Zapytaj co daje Ci sytuacja, w której nie robisz czegoś. Dobrym przykładem jest wczesne wstawanie. Co daje Ci późne wstawanie? Nie odpowiadaj od razu, że nic Ci nie daje, tylko stracony czas. To jest myśl z pozycji strony, która chce coś zmieniać (a może nawet z pozycji Krytyka). Jest też strona, która nie chce nic zmieniać, bo korzyści ze status quo są całkiem istotne. Może Twój wewnętrzny Śpioch lubi jak jest ciepło, bo kojarzy mu się to z dzieciństwem i daje poczucie bezpieczeństwa. Albo lubi śnić tajemnicze sny. Albo boi się, że nie podoła zadaniom codzienności i w ten sposób protestuje lub woła o pomoc. Możliwości tyle, ile osób. Jeśli jakaś wewnętrzna część sabotuje działania innej, to zazwyczaj sama zmiana nastawienia do niej pozwala trochę rozluźnić wewnętrzne napięcia. Czasem wystarczy wysłuchać stron. Czasem trzeba się nieźle napocić, by odnaleźć rozwiązanie pozwalające wyjść poza konflikt. Jednak walką i wykorzenianiem czegoś na siłę nie zawsze da się uzyskać trwałe efekty, a jeśli nawet się pozornie uda, to potem „wywali bokiem”. Nie mówiąc już o tym, że przynajmniej dla mnie, traktowanie swoich wewnętrznych potrzeb z szacunkiem jest wartością samą w sobie.

Czasem niektóre nawyki są symptomami innych. Julie przytacza przykład swojej koleżanki, która miała problem z objadaniem się. Codziennie po południu bezrefleksyjnie coś podjadała. Po głębszym rozpoznaniu okazało się, że sedno problemu nie leży wcale w objadaniu się. Podjadanie służyło podniesieniu energii, która gwałtownie spadała po południu. Okazało się, że to, co jest potrzebne, to częstsze i lepsze posiłki w ciągu dnia. Energia przestała spadać i podjadanie skończyło się. Zamiast przestać jeść, musiała ona jeść więcej. A podjadanie było formą zadbania o siebie. Bez zastanowienia się i dobrego poznania swojego nawyku, zanim będziemy z nim „walczyć”, można zmagać się tylko z objawami, a nie z przyczyną.

Podsumowując, gdy chcemy pozbyć się jakiegoś nawyku, warto rozważyć następujące kwestie:

1. Jaką funkcję spełnia dany nawyk? Co Ci daje? Spróbuj przyjąć postawę zakładającą, że zawsze ukryta gdzieś jest pozytywna intencja.
2. Jakiego rodzaju energię ma to zachowanie/substancja? Spróbuj się z nią wczuć – oddać ruchem, wyobrazić jako postać, narysować, zatańczyć. Po co Ci ona? Gdzie indziej możesz znaleźć podobną jakość lub zmodyfikować nawyk tak, by ta jakość pozostała bez dotychczasowej szkodliwości?
3. Czy chodzi o to, by zlikwidować ten nawyk, czy może zacząć robić coś innego i zniknie on naturalnie? (np. zamiast walczyć ze spaniem do późna, można po prostu zacząć wcześniej chodzić spać – banalne, ale często okazuje się, że działa)

Creative Commons License photo credit: dongga BS

Pierwszy dzień reszty Twojego życia

To pierwszy dzień reszty Twojego życia. Dość utarty frazes, prawda? Ale jak często zdarza się nam zastanowić nad głębią jego znaczenia? Mi osobiście – nieszczególnie często. Mam wrażenie, że czasem pewnych słów, zdań, dotykamy jedynie po werbalnej powierzchni, opierając się na szczątkowej pamięci ich znaczenia, nie docierając głębszych warstw. Nie przenosząc znaczeń w sferę doświadczania i doświadczeń.

Pozwolę więc sobie na niezbyt obszerne rozważania na temat tego, co może oznaczać, że każdy dzień jest pierwszym dniem reszty Twojego/mojego/naszego życia, ale z zastrzeżeniem, że można siedzieć i rozmyślać, ale póki nie dotkniemy tego miejsca wewnątrz nas, które wywołuje działanie, to niewiele się zmieni. Ciągle muszę sobie to przypominać.

No to co z tym pierwszym dniem?

Po pierwsze, wszystko można zacząć właśnie w tej chwili. Nie ma co planować, że coś zacznę robić czy zmieniać od jutra, od poniedziałku czy od przyszłego miesiąca. Nie ma co wyczekiwać na magiczne daty, Nowy Rok, i temu podobne. Pewnie, że niektóre sprawy można wykonać tylko w określonym momencie, ale mentalne nastawienie nie potrzebuje zewnętrznych okoliczności, tylko wewnętrznej decyzji. Zawsze można zrobić nawet najmniejszy krok już teraz. Bo nie ma na co czekać. Każdy moment jest dobry, każde teraz jest świeże. A jeśli teraz nie podejmujesz decyzji o zmianie, to albo w głębi tak naprawdę jej nie potrzebujesz, nie jesteś na nią gotowy, nie chcesz jej wcale albo większe korzyści osiągasz utrzymując status quo.

Druga rzecz, to kwestia mijającego czasu. Nie ma co czekać, bo nie wiadomo ile czasu jeszcze nam  pozostało, a każdy kolejny dzień mija bezpowrotnie. Na co dzień nie myślimy o tym, nie zdajemy sobie z tego sprawy. Pewna młoda kobieta powiedziała mi niedawno, że bardzo długo czekała na moment, kiedy w końcu będzie mogła być szczęśliwa, snuła marzenia o robieniu różnych rzeczy, ale odkładała działania na potem, na później, na kiedyś. Aż któregoś dnia okazało się, że jest poważnie chora i pewnych rzeczy już nigdy nie będzie mogła zrobić. Trudno jest jej pożegnać się z pewnymi marzeniami, ale zaczyna zdawać sobie sprawę, że odkładanie na później właśnie tak się kończy i może czas zacząć żyć, tak jak by chciała, z tym, co jeszcze jej pozostało.
Dziś jest pierwszym dniem reszty Twojego życia. Masz ten dzień i nie wiesz ile jeszcze ich zostało. I nigdy nie jest za późno, by cokolwiek zacząć.

Gdy te słowa pozostają tylko na powierzchni intelektualnej, mogą brzmieć jak puste frazesy. Na co dzień i tak wygrywają z nimi nawyki, słabości, drobiazgi walczące o uwagę, poczucie niemocy, demony bezsensu, bezrefleksyjny autopilot czy wciągające ciemne myśli. Jednak, gdy dopuścimy tę myśl głębiej, nie pozwolimy jej ulecieć przy najlżejszym podmuchu codzienności, to może przełoży się to na lepsze zajęcie się swoim życiem. Ja osobiście mam ogromną potrzebę zapamiętać to sobie raz na zawsze i traktować każdy nowy dzień jak świeżutki początek, z którym mogę zrobić bardzo wiele. Do tego jeszcze trzeba wiedzieć *co* sensownego i znaczącego z tymi dniami robić, ale to już bajka na inny dzień…

Creative Commons License photo credit: kabils

harmonia i rozwój

Między harmonią a rozwojem

Jestem osobą, która harmonię i poczucie jedności ceni sobie bardzo wysoko. Bardzo możliwe, że właśnie dlatego tak bliskie są mi różnego rodzaju metody, pomysły, systemy, w których dominuje dążenie do realizacji tychże. Mimo wszystko mam coraz mniejszą zgodę na podejście, które posiada ukryte założenie, że dobre jest wszystko (i tylko!) to, co jest „dobre” i prowadzi do harmonii.

Przykłady takich założeń i przekonań:

Najważniejsze to czuć się dobrze, należy dążyć do tego, by przez okrągłą dobę odczuwać dobrostan (dzięki któremu jesteśmy w stanie w magiczny sposób kreować naszą rzeczywistość taką, jaką tylko sobie wyśnimy), inaczej sprowadzamy na siebie nieszczęście.

Należy z akceptacją podchodzić do swoich negatywnych emocji, bo tylko dzięki akceptację jesteśmy w stanie je rozpuścić/przetransformować/pozbyć się ich. Akceptacja funkcjonuje jako przykrywka i narzędzie do osiągania jedynie słusznego (dobro)stanu.

Trudne emocje są potrzebne do rozwoju, który prowadzi do ostatecznej harmonii, nieograniczonej niczym radości i jedności z absolutem. Taka akceptacja, to akceptacja warunkowa, czyli żadna.

Emocje po prostu są i nie należy ich oceniać. Jeśli oceniasz swoje emocje jesteś mało rozwinięty, brak oceniania jest „lepszy”.

Bezpieczeństwo czy rozwój?

W człowieku ścierają się dwa dążenia – do rozwoju i do poczucia bezpieczeństwa, czyli stabilizacji. Z jednej strony pragniemy świętego spokoju i dobrego samopoczucia, z drugiej coś ciągle nas pcha do przodu (albo i nie pcha). 

Z pewnością jest tak, że ludzie różnią się między sobą siłą tych potrzeb i kosztami jakie ponoszą, gdy są one niezaspokojone. Ci o delikatniejszym układzie nerwowym, cenią sobie stabilność i bezpieczeństwo, ci o większym zapotrzebowaniu na stymulację łatwiej tolerują niepewność, za to są głodni ciągłych zmian. To oczywiście spore uproszczenie, bo działa jeszcze wiele innych czynników, które wpływają na to czy przechylamy się w stronę harmonii czy zmian.

Z drugiej strony, zmiany mogą zachodzić też w różny sposób, bo ktoś może być wrażliwy na zbyt silne bodźce, ale dążyć mimo wszystko do rozwoju – więc potrzebuje, by ten proces zachodził w miarę łagodnie. Warto zdawać sobie sprawę z tego jakim typem jesteśmy, bo może się okazać, że rzucamy się na główkę w wir intensywnych zmian, których koszty okazują się wysokie.

Wydaje mi się, że często wpadam w taką pułapkę. Uwielbiam zmiany, jednocześnie boję się ich i kosztują mnie bardzo wiele, co często prowadzi do przemęczenia i frustracji. Dążę wtedy do stabilizacji, a gdy już ją osiągam… szlag mnie trafia, bo nie lubię mieć poczucia stania w miejscu.

Jak akceptować swoje doświadczenia

Świat jest tak bogatym miejscem, że nie ma co uciekać od doświadczeń, które przynosi. I wcale nie chodzi o to, by ze stoickim spokojem znosić wszystko albo godzić się na rzeczy, które nas krzywdzą czy ranią. Niezgoda jest ważnym elementem naszego istnienia i dobrze jest mieć ją w swoim repertuarze reakcji.

Akceptacja nie oznacza bierności. Oznacza zgodę na spojrzenie na rzeczywistość i zobaczenie jej taką, jaka jest. Pozwalam tej rzeczywistości być, ale daję sobie prawo na przykład do wyjścia z sytuacji, która mnie rani lub w jakiś sposób narusza moje dobro. Jednak nie oczekuję, że świat się sam zmieni lub nie tkwię w marzeniu, że coś będzie inne niż jest. Jeśli mogę podjąć jakieś działanie i mam na nie ochotę, to robię to zamiast siedzieć i narzekać.

Z drugiej strony nawet narzekanie, nawet irytacja, czy ostatecznie brak zgody na świat takim, jaki jest, również zawiera się w smakach życia. I tylko od mojego wyboru zależy czy chcę się w tym rozsmakować, czy też wypluć i wypłukać usta czymś smaczniejszym lub pożywniejszym, cokolwiek by to nie było.

Miejsce jest na wszystko. I na harmonię i na chaos. Urzekł mnie ostatnio znaleziony gdzieś cytat Anthonego de Mello: „Gdzie jest miłość, panuje nieporządek. Doskonały porządek uczyniłby ze świata cmentarz„.

Pozwolić potrzebom współistnieć

Czy przypadkiem ja sama nie utożsamiłam w pewnym momencie harmonii ze stabilizacją, dającą poczucie bezpieczeństwa? Może harmonię można osiągnąć w stanie dynamicznej zmienności i odczuwać jedność doświadczając zmiany. Gdy odkryje się wewnątrz siebie spokojne miejsce, które samo z siebie daje podstawowe poczucie bezpieczeństwa, to może wtedy antynomia stabilizacja-rozwój przestaje mieć aż takie znaczenie?

Moja przyjaciółka zapytała ostatnio „Jak pogodzić potrzebę poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji z potrzebą zmiany?”. Może nie trzeba ich godzić, może one mogą sobie współistnieć i każda z nich zadba o inny aspekt procesu życia? Taka dynamiczna równowaga, w której raz jedna część przeważa i doprowadza do przekształcenia systemu, a potem druga zaczyna dominować i przychodzi czas na regenerację sił. Ciągły taniec.

Co jest aktualnie potrzebne – zmiana czy stabilizacja?

A w praktyce ważne jest by słuchać tych potrzeb i sprawdzić co jest ich źródłem. Wyobrażam sobie, że zarówno potrzeba stabilizacji jak i zmiany może być podszyta lękiem. Ten pierwszy wynika ze strachu przed czymś nowym, nieznanym, przed brakiem komfortu lub przed jakiegoś rodzaju porażką. W drugim przypadku ciągły pęd ku nowemu, ku zmianom, nieustanne burzenie struktur, które powstają może być kompulsywną ucieczką. Przed czym? Przed zatrzymaniem się i skonfrontowaniem z rzeczywistością, z sobą samym, przed ciszą, która jest w środku, przed pustką, którą można tam napotkać.

Z drugiej strony, stabilizacja pozwala na zbudowanie fundamentów, na których można rosnąć dalej. A rosnąć można dynamicznie, zmiennie, dając ponieść się duchowi zmian i przemian. Sprzeczność coraz bardziej wydaje mi się pozorna, a ujawnia się bogactwo komplementarności.

Potrzebny jest szacunek dla obu obu biegunów. Jeśli widzimy potrzebę stabilizacji jako przeszkodę w rozwoju, to walcząc z nią tylko wzmacniamy jej siłę i opór. O czym ta potrzeba mówi? Jaka postać w nas jest przerażona zmianą, jak można ją wesprzeć, czego potrzebuje? Jaka jest jej pierwotna intencja?

Możliwe też, że dla kogoś stabilizacja jest trudna, bo jej nie zna. Zaangażowanie się i zapuszczenie korzeni wymaga jakiejś umiejętności, której potrzebuje się nauczyć. Albo skonfrontuje z niepokojem, na przykład z dzieciństwa. Ludzie, którzy wychowywali się w domach, gdzie dominował chaos i nieprzewidywalność, na spokój i stabilizację często reagują lękiem. Bo jest to coś nieznanego lub też, bo spokój w ich wczesnym doświadczeniu był pełną napięcia ciszą przed burzą. 

Z drugiej strony, jeśli pojawia się zmiana i chaos, a my się mu przeciwstawiamy, opieramy, to możemy doprowadzić to sytuacji, w której rzeczy się nam przydarzają i przejmują kontrolę nad życiem. Czego chce zmiana, po co się pojawia, dlaczego tak intensywnie zaburza nasz cenny spokój? Czy nie byliśmy zbyt długo w stagnacji? Może potrzeba przekroczyć jakieś swoje ograniczenia i progi.

Warto zastanowić się czego bardziej potrzebujemy w danej chwili, aby była równowaga i obie potrzeby zostały zauważone i wspierane.

 

fot. (C) Getty Images

Zamki na piasku – jak dać odejść staremu

fot. (C) Getty ImagesZamki na piasku to bardzo ciekawe budowle. Dzięki wysiłkowi i żmudnej pracy stają się pięknie, ciesząc oczy nad brzegiem morza. Ale w każdej chwili może nadejść gwałtowniejsza fala i w ciągu paru chwil je zmyć. Smutne…? Kiedyś bym powiedziała, że owszem, smutne. Dziś wiem, że czasem warto wybrać się w najciemniejszy kąt siebie, spojrzeć w twarz swoim lękom i zburzyć piękny zamek. A gdy to nastąpi, wszystko się odmieni… Może na lepsze?
Continue Reading