Nie ma złotych recept

Dlaczego nie ma złotych recept na życie, a żeby coś osiągnąć, trzeba w to włożyć wysiłek?

Dlaczego nie ma złotych recept na życie, a żeby coś osiągnąć, trzeba w to włożyć wysiłek?

Mój post sprzed paru tygodni na temat ciągłego odwlekania przyniósł bardzo skrajne komentarze. Dla jednych było to jedno z najciekawszych podejść do tematu, a inni narzekali (nie szczędząc klikania w jedną gwiazdke pod artykułem), że właściwie to nadal nie wiedzą co robić ze swoim odwlekaniem. I maja całkowitą rację czując swoje niezadowolenie czy frustrację. Nie było w nim przejrzystych recept w podpunktach, z opisem – zrób to, i to, i tamto, a przestaniesz odwlekać.

Choć może nie, może są pewne zasady, których można się trzymać. Tyle, że problem jest jeden – rzeczy, które ty masz zrobić, nie zrobi nikt inny. Nie pomoże czytanie książek, nie pomoże czytanie blogów, nie pomogą listy zadań, jeśli nie ruszysz tyłka i nie zrobisz czegoś z tym. Jest mnóstwo sposobów na rozwiązywanie różnych problemów, przy niektórych wystarczy delikatne pokazanie kierunku, przy innych trzeba przeorać siebie samego wszerz i wzdłuż. Ale nic, absolutnie nic nie zastąpi tych czterech kroków – wstań, zacznij coś robić, rób aż będzie skończone, powtarzaj do skutku. Nawet Pani Krysia z poprzedniego postu musiała ruszyć się i pójść na terapię, a wnoszenie w życie doświadczeń i wniosków z pracy na niej, musi sama konsekwentnie realizować.

Problem leży w tym, że lubimy się oszukiwać. Niby chcielibyśmy coś zmienić, ale tak naprawdę stan aktualny wcale nie jest taki zły. Weźmy wspomniane odkładanie. Odkładasz ważne rzeczy, ale jak cię przyciśnie, to zrobisz niezbędne minimum. Co będzie jeśli przestaniesz odwlekać? Będziesz musiał zacząć się wysilać, będziesz musiał mierzyć się ze swoimi ograniczeniami, lękiem, dyskomfortem, porażkami, dylematami. Stracisz wygodę, strefę bezpieczeństwa, twoje życie się zmieni, a zmiany są źródłem stresu. Trzeba będzie sie dostosować, działać, zastanawiać. Może wcale nie chcesz. To nic złego. Masz absolutne prawo czegoś nie chcieć i woleć pozostać w swojej strefie komfortu, mówię to bez ironii. Męczysz się tylko chcąc robić coś innego, a z drugiej strony wcale nie chcąc. Może trzeba odpuścić wizje, wymagania, nadmierne standardy, które może w ogóle nie są twoje. Może oszczędzisz sobie i innym frustracji?

Myślę, że jest parę zasad, których trzymanie się daje jakieś prawdopodobieństwo „spełnienia” czy „sukcesu” (dajmy sobie na razie spokój z definicjami).

1. Określ co jest dla ciebie ważne – szczerze!

Może chciałbyś żeby cos było dla ciebie ważne, bo to fajnie brzmi, bo jest modne, bo by znaczyło, że jesteś kimś z ideałami i pięknymi wartościami. Ale może to nie są wcale twoje wartości i aspiracje? Wcale nie musisz być nieprzeciętny i wyjątkowy, większość z nas nie jest (tak, tak, jednocześnie wszyscy jesteśmy wyjątkowi w trochę innym sensie, to taki paradoks). Większość z nas jest przeciętną większością. Może wcale wyjątkowość nie musi określać naszej wartości, w świecie, w którym „oryginalność” wypiera „porządną robotę”. Może możemy być wystarczająco dobrzy i zajmować się ważnymi dla nas sprawami – a to i tak będzie bardzo dużo.

2. Rób rzeczy, które będą zgodne z powyższymi wartościami.

Rób oznacza ni mniej ni więcej, tylko: rusz się, idź tam, gdzie się to robi, i rób. Jak pisał ostatnio Zbyszek Ryżak – nie czekaj aż ci sie zachce, aż będziesz mieć nastrój, aż przestaniesz odczuwać lęk, aż będziesz pewny siebie. Rób. Popełniaj błędy. Przełykaj porażki. Czasem nie wyjdzie. Czasem się nie dowleczesz. Momentami może być trudno, może też boleć. Ale musisz coś zrobić, żeby coś mogło zostać zrobione, nie ma skrótów. Satysfakcja płynąca z bycia w zgodzie z tym, co ważne będzie nagrodą za wszelkie trudy. Nie, nie osiągniesz przez to wiecznej szczęśliwości.

I tyle.

Nie no, oczywiście, że można by pisać o wielu innych sprawach. O uważności, o obecności, o dawaniu rzeczy ważnych światu, o dbaniu o siebie i innych, o akceptacji, o współczuciu, o poszukiwaniach głębszego sensu, o tworzeniu odpowiedniej struktury, o równowadze. Ale to są pewne idee i pewne środki. Pytanie – po co. Po co do diabła masz to wszystko robić? Po co się wysilać? Po co robić trudne rzeczy, po co podejmować wysiłek? Jeśli nie wiesz po co, to przeczytasz kolejną listę dobrych rad na temat tego w jaki sposób organizować sobie czas czy być produktywnym, a i tak niewiele zrobisz. Bo nie będziesz mieć napędu.

A na koniec powiedzenie zen: Przed oświeceniem: rąb drewno, noś wodę. Po oświeceniu: rąb drewno, noś wodę.

Acha, prawie zapomniałam o pytaniu postawionym w tytule. Nie ma złotych recept, bo nic nie zrobi się samo. Najlepsze recepty, to recepty proste, ale realizowane. Z drugiej strony, tak bardzo jak nasze życia rządzą się pewnymi uniwersalnymi zasadami, tak samo mocno życie każdego z nas jest inne. I to, co zadziała u jednego, u drugiego o tzw. kant dupy będzie można rozbić. Jeden potrzebuje wzmocnić swoją część, która bierze się do roboty, a drugi potrzebuje więcej miejsca dla tej, która leniuchuje i dba o komfort, bo inaczej niewiele z niego zostanie. Jeden jest świetny w strukturyzowaniu i dlatego go tak bardzo pociągają struktury, ale dlatego też potrzebuje więcej przestrzeni na luz, spontaniczność, zaufanie intuicji, itd. A drugi fantastycznie buja w obłokach i potrzebowałby trochę więcej oparcia na ziemi. I tak dalej. Mimo wszystko, moim zdaniem, przynajmniej jak teraz o tym myślę, dwa powyższe punkty są w miarę uniwersalne.

Rzeka

Jak długo trwa terapia?

Jednym z najczęściej zadawanych przez klientów pytań jest „Jak długo trwa terapia”?

Na poziome uzgodnionej rzeczywistości* jest to pytanie oczywiste – lubimy wiedzieć jakie będą ramy czasowe czegoś, w co się angażujemy. Trzeba też zorganizować sobie czas i budżet. W niektórych szkołach terapeutycznych określenie ram czasowych to jeden z podstawowych elementów kontraktu terapeutycznego. W przypadku niektórych placówek publicznych sprawa ma jeszcze inne oblicze – możliwe jest finansowanie tylko określonej liczby sesji terapeutycznych, więc długość terapii jest z góry określona.

Kto ma wiedzieć jak długo trwa terapia?

To jednak jest bardzo trudne pytanie. Trudne, bo kim jestem terapeuta, by wiedzieć w jakim tempie będą zachodzić zmiany, jak klient będzie reagował na pracę, jakie przeszkody staną na drodze i co po drodze zostanie wspólnie odkryte? Nurt tak zwanych terapii udokumentowanych empirycznie (evidence based therapy), z terapią poznawczo-behawioralną na czele, każe myśleć o terapii, jak o procesie możliwym do totalnego kontrolowania i przewidzenia. Zupełnie jakby klient nie był jedynym w swoim rodzaju, żywym, reagującym ogranizmem, będącym w interakcji z terapeutą.

Zazwyczaj więc odpowiadam: „nie wiem, ale spróbujmy popracować przez tyle to a tyle, a potem wspólnie zobaczymy gdzie jesteśmy”. „Tyle a tyle” najczęściej oznacza trzy miesiące. Czasem jestem w stanie wyczuć, że jakiś proces wymaga czasu, choć zdarzyło mi się też być bardzo zaskoczoną tempem zachodzących zmian.

Terapia to nie naprawa auta u mechanika

Pytanie „jak długo trwa terapia” bywa również przejawem mechanicystycznego podejścia do ludzkiej psychiki. Gdy oddajesz samochód do mechanika, zazwyczaj (zazwyczaj!) potrafi on powiedzieć ile czasu zajmie mu praca – bo samochód jest w miarę prostym (w porównaniu z człowiekiem) zestawem urządzeń, które w znany i określony sposób funkcjonują i od siebie zależą. Nasze doświadczenie mówi, że nawet z samochodem często sprawy nie są tak oczywiste.

Ludzka psychika to nie maszyna. Istnieją pewne zasady, można ich szukać i opisywać, ale ilość czynników, które mają wpływ na to, jak dany człowiek przeżywa życie jest ogromna. Rzadko wystarczy przykręcić jakąś jedną „psychiczną śrubkę”. Nie mówiąc o tym, że podejście w rodzaju „coś jest zepsute” często utrudnia, a nie wspomaga pracę. Niezależnie od tego, co się w życiu danego człowieka dzieje, to na poziomie fundamentalnym jest on „w porządku”. Zmiany są potrzebne, ale jako efekt naturalnych procesów przemian, potrzeby dostosowania się do zmienności świata i natury samej w sobie, a nie tego, że ktoś jest „nie taki jak trzeba”.

I wreszcie, niektóre osoby zadające pytanie „ile to potrwa”, często mają trudność w cierpliwym akceptowaniu tempa zmian, pewnego naturalnego rytmu, w którym ich życie chce się żyć – mają swój pomysł, forsują go, i zdarza się, że właśnie ta nierównowaga jest źródłem problemów.

Trzy fazy zmiany

Tomek Teodorczyk, mój nauczyciel pracy z procesem, wykorzystał ostatnio pewną ciekawą koncepcję antropologiczną do opisu procesu zmian, które w nas zachodzą (tutaj można przeczytać cały artykuł na ten temat). Możemy go podzielić na trzy fazy:

1. Pozbycie się starej tożsamości

Zostawienie tego, co jest już nieużyteczne, czy też co zmienia się w naturalny sposób na przykład w wyniku dorastania;

2. Przejście w fazę bez statusu

Okres w którym już nie jestem tym starym, ale jeszcze nie jestem tym nowym;

3. Wejście w nową tożsamość

Przyjęcie tego co nowe, włączenie do życia nowych sposobów działania, nowych reakcji, zachowań, itd.

Już nie tu, jeszcze nie tam

Najtrudniejszy do wytrzymania jest czas w fazie drugiej. To moment, w którym bardzo łatwo o frustrację, bo chciałoby się już być tam, a jeszcze nie wystarcza odwagi, wiedzy, umiejętności, czy po prostu brakuje gotowości. W tym okresie ludzie robią różne, czasem dziwne rzeczy – albo po to, by zdobyć w końcu zasoby umożliwiające przejście do fazy trzeciej, albo po to, by uciszyć dyskomfort i frustrację związaną z byciem w tej fazie.

Przykładem może być proces rozstawania się z partnerem/partnerką. Już nie jestem w starym związku i udało mi się puścić rzeczy z nim związane, także to jaka w nim byłam, ale jeszcze nie wiem jaka mam być ta nowa i z kim nowym, jeśli w ogóle. Pokusa, by rzucić się w wir czegoś, co pomoże znieść poczucie niepewności, czy nawet pustki, jest ogromna. Zdarza się też swoisty taniec w przód i w tył, pomiędzy fazami, który dodatkowo może wzbudzać zniechęcenie i samokrytykę.

Daleko jeszcze?

Najgorsze, szczególnie z punktu widzenia klienta, jest to, że nie da się określić ile ta środkowa faza będzie trwała. To zależy od wielu czynników, między innymi od:

  • gotowości wewnętrznej
  • dostępności zasobów (wewnętrznych i praktycznych)
  • naturalnego tempa uczenia się
  • otwartości na doświadczenie niepewności (im większy opór, tym gorzej to idzie)
  • umiejętności pozwolenia sobie na doświadczenie czegoś nowego

Rolą terapeuty jest podtrzymywać nadzieję, że da się przez tę fazę przejść i pokazywać zachodzące zmiany, bo w tym momencie często wydaje się, że nic nie idzie do przodu, ciągle to samo. Trzeba też wspierać budowanie zasobów potrzebych do przejścia do ostatniej fazy, ale nie dopuszczać do utknięcia w tym miejscu. Pomysły terapeuty na to, ile ma trwać ten etap, mogą stać się przeszkodą w owocnym jej przejściu.

Oczywiście można forsować zmiany. Można je popychać, można nawet wyuczyć się tego, co ma być w ostatniej fazie. Jednak przeskoczenie przez czas głębokich przemian skutkuje w zmianach jedynie powierzchownych. I to, co potrzebowało czasu, a go nie dostało, ujawni się prędzej czy później w tym samym obszarze albo w innym. Dlatego warto szanować naturalne tempo przemian.

* Uzgodniona rzeczywistość (pojęcie pracy z procesem) to poziom patrzenia na nasze życie z perspektywy tego, co wspólne w naszym doświadczeniu – jeśli ja i ty patrzymy na krzesło, to oboje zgadzamy się, że jest to krzesło. Jeśli jednak śni mi się krzesło, przestaje ono należeć do uzgodnionej rzeczywistości, bo np. we śnie będę go doświadczać na swój indywidualny sposób. Moje emocje czy fantazje związane z krzesłem, na które patrzymy, również nie należą do UR, bo twoje mogą być inne.

psychologia zorientowana na proces

Co to jest psychologia zorientowana na proces

Ostatnio zadzwonił do mnie pewien mężczyzna zainteresowany uczestnictwem w rocznym kursie psychologii zorientowanej na proces. Jego pierwsze pytanie brzmiało: psychologia zorientowana na proces… ale czego? Bo to takie niedokończone jakieś. Gdy opowiadam ludziom o tym, czym się zajmuję, bardzo często pada pytanie – ale co to jest ten proces? Postanowiłam więc przybliżyć tutaj idee POP, bo jest to jeszcze w małym stopniu znana, a prężnie rozwijająca się szkoła psychoterapii. Continue Reading