Rzeka

Jak długo trwa terapia?

Jednym z najczęściej zadawanych przez klientów pytań jest „Jak długo trwa terapia”?

Na poziome uzgodnionej rzeczywistości* jest to pytanie oczywiste – lubimy wiedzieć jakie będą ramy czasowe czegoś, w co się angażujemy. Trzeba też zorganizować sobie czas i budżet. W niektórych szkołach terapeutycznych określenie ram czasowych to jeden z podstawowych elementów kontraktu terapeutycznego. W przypadku niektórych placówek publicznych sprawa ma jeszcze inne oblicze – możliwe jest finansowanie tylko określonej liczby sesji terapeutycznych, więc długość terapii jest z góry określona.

Kto ma wiedzieć jak długo trwa terapia?

To jednak jest bardzo trudne pytanie. Trudne, bo kim jestem terapeuta, by wiedzieć w jakim tempie będą zachodzić zmiany, jak klient będzie reagował na pracę, jakie przeszkody staną na drodze i co po drodze zostanie wspólnie odkryte? Nurt tak zwanych terapii udokumentowanych empirycznie (evidence based therapy), z terapią poznawczo-behawioralną na czele, każe myśleć o terapii, jak o procesie możliwym do totalnego kontrolowania i przewidzenia. Zupełnie jakby klient nie był jedynym w swoim rodzaju, żywym, reagującym ogranizmem, będącym w interakcji z terapeutą.

Zazwyczaj więc odpowiadam: „nie wiem, ale spróbujmy popracować przez tyle to a tyle, a potem wspólnie zobaczymy gdzie jesteśmy”. „Tyle a tyle” najczęściej oznacza trzy miesiące. Czasem jestem w stanie wyczuć, że jakiś proces wymaga czasu, choć zdarzyło mi się też być bardzo zaskoczoną tempem zachodzących zmian.

Terapia to nie naprawa auta u mechanika

Pytanie „jak długo trwa terapia” bywa również przejawem mechanicystycznego podejścia do ludzkiej psychiki. Gdy oddajesz samochód do mechanika, zazwyczaj (zazwyczaj!) potrafi on powiedzieć ile czasu zajmie mu praca – bo samochód jest w miarę prostym (w porównaniu z człowiekiem) zestawem urządzeń, które w znany i określony sposób funkcjonują i od siebie zależą. Nasze doświadczenie mówi, że nawet z samochodem często sprawy nie są tak oczywiste.

Ludzka psychika to nie maszyna. Istnieją pewne zasady, można ich szukać i opisywać, ale ilość czynników, które mają wpływ na to, jak dany człowiek przeżywa życie jest ogromna. Rzadko wystarczy przykręcić jakąś jedną „psychiczną śrubkę”. Nie mówiąc o tym, że podejście w rodzaju „coś jest zepsute” często utrudnia, a nie wspomaga pracę. Niezależnie od tego, co się w życiu danego człowieka dzieje, to na poziomie fundamentalnym jest on „w porządku”. Zmiany są potrzebne, ale jako efekt naturalnych procesów przemian, potrzeby dostosowania się do zmienności świata i natury samej w sobie, a nie tego, że ktoś jest „nie taki jak trzeba”.

I wreszcie, niektóre osoby zadające pytanie „ile to potrwa”, często mają trudność w cierpliwym akceptowaniu tempa zmian, pewnego naturalnego rytmu, w którym ich życie chce się żyć – mają swój pomysł, forsują go, i zdarza się, że właśnie ta nierównowaga jest źródłem problemów.

Trzy fazy zmiany

Tomek Teodorczyk, mój nauczyciel pracy z procesem, wykorzystał ostatnio pewną ciekawą koncepcję antropologiczną do opisu procesu zmian, które w nas zachodzą (tutaj można przeczytać cały artykuł na ten temat). Możemy go podzielić na trzy fazy:

1. Pozbycie się starej tożsamości

Zostawienie tego, co jest już nieużyteczne, czy też co zmienia się w naturalny sposób na przykład w wyniku dorastania;

2. Przejście w fazę bez statusu

Okres w którym już nie jestem tym starym, ale jeszcze nie jestem tym nowym;

3. Wejście w nową tożsamość

Przyjęcie tego co nowe, włączenie do życia nowych sposobów działania, nowych reakcji, zachowań, itd.

Już nie tu, jeszcze nie tam

Najtrudniejszy do wytrzymania jest czas w fazie drugiej. To moment, w którym bardzo łatwo o frustrację, bo chciałoby się już być tam, a jeszcze nie wystarcza odwagi, wiedzy, umiejętności, czy po prostu brakuje gotowości. W tym okresie ludzie robią różne, czasem dziwne rzeczy – albo po to, by zdobyć w końcu zasoby umożliwiające przejście do fazy trzeciej, albo po to, by uciszyć dyskomfort i frustrację związaną z byciem w tej fazie.

Przykładem może być proces rozstawania się z partnerem/partnerką. Już nie jestem w starym związku i udało mi się puścić rzeczy z nim związane, także to jaka w nim byłam, ale jeszcze nie wiem jaka mam być ta nowa i z kim nowym, jeśli w ogóle. Pokusa, by rzucić się w wir czegoś, co pomoże znieść poczucie niepewności, czy nawet pustki, jest ogromna. Zdarza się też swoisty taniec w przód i w tył, pomiędzy fazami, który dodatkowo może wzbudzać zniechęcenie i samokrytykę.

Daleko jeszcze?

Najgorsze, szczególnie z punktu widzenia klienta, jest to, że nie da się określić ile ta środkowa faza będzie trwała. To zależy od wielu czynników, między innymi od:

  • gotowości wewnętrznej
  • dostępności zasobów (wewnętrznych i praktycznych)
  • naturalnego tempa uczenia się
  • otwartości na doświadczenie niepewności (im większy opór, tym gorzej to idzie)
  • umiejętności pozwolenia sobie na doświadczenie czegoś nowego

Rolą terapeuty jest podtrzymywać nadzieję, że da się przez tę fazę przejść i pokazywać zachodzące zmiany, bo w tym momencie często wydaje się, że nic nie idzie do przodu, ciągle to samo. Trzeba też wspierać budowanie zasobów potrzebych do przejścia do ostatniej fazy, ale nie dopuszczać do utknięcia w tym miejscu. Pomysły terapeuty na to, ile ma trwać ten etap, mogą stać się przeszkodą w owocnym jej przejściu.

Oczywiście można forsować zmiany. Można je popychać, można nawet wyuczyć się tego, co ma być w ostatniej fazie. Jednak przeskoczenie przez czas głębokich przemian skutkuje w zmianach jedynie powierzchownych. I to, co potrzebowało czasu, a go nie dostało, ujawni się prędzej czy później w tym samym obszarze albo w innym. Dlatego warto szanować naturalne tempo przemian.

* Uzgodniona rzeczywistość (pojęcie pracy z procesem) to poziom patrzenia na nasze życie z perspektywy tego, co wspólne w naszym doświadczeniu – jeśli ja i ty patrzymy na krzesło, to oboje zgadzamy się, że jest to krzesło. Jeśli jednak śni mi się krzesło, przestaje ono należeć do uzgodnionej rzeczywistości, bo np. we śnie będę go doświadczać na swój indywidualny sposób. Moje emocje czy fantazje związane z krzesłem, na które patrzymy, również nie należą do UR, bo twoje mogą być inne.

"The Dark Side Of The Moon"

Praca nad sobą to nie spacer pachnącą łąką w słoneczny dzień

Praca nad sobą to nie spacer pachnącą łąką w słoneczny dzień. Prawdziwa praca nad sobą jest raczej jak grzebanie po łokcie, pachy, szyję, a czasem nawet uszy w gównie. Tak, wewnętrzny rozwój wcale nie jest tylko i wyłącznie przyjemnością, jak to próbują niektórzy sprzedawać. Każdy z nas ma swoją ciemną stronę i nie ma wyjścia, trzeba jej dotknąć, powąchać, posmakować, żeby ruszyć w życiu z miejsca.

I nie, wcale nie będę tu od razu pocieszać, że to, co „ciemne” tylko wydaje się ciemne, bo tak naprawdę szybko okazuje się, że jest długo poszukiwanym skarbem. Owszem, skarby się zdarzają, ale trzeba odwalić kawał roboty, by się do nich dostać – i często nie wystarczy tylko zmiana perspektywy. Czasem sednem jest dotarcie do tego, co ciemne, nieprzyjemne, przeszkadzające i doświadczenie tego, takim, jakie jest. Można tam też utknąć na kawałek czasu.

Trudy terapii

Mam przyjaciela, który od 3 lat bierze udział w terapii dla dorosłych dzieci alkoholików. Przeszedł grupową terapię podstawową, teraz jest na pogłębionej, ma też spotkania indywidualne z terapeutą. Chłopak ciężko haruje nad sobą, zderza się co rusz z jakimiś wewnętrznymi przeszkodami. Odkurza zakamarki przeszłości, pokrywa się tym kurzem, kicha i drapie się od niego, tylko niekiedy odczuwając ulgę. Uczy się obserwować siebie, zyskując zabójczą dla samopoczucia samoświadomość, dzięki której dostrzega swoje własne oszustwa, manipulacje i mechanizmy obronne.

Zaczyna trzeźwo patrzeć na siebie i swoje życie. I odkąd poszedł na terapię, nie jest okazem tylko radości i szczęśliwości. Gdy coś odkryje, czuje się przez jakiś czas zdołowany, a do tego konfrontuje się z lękiem przed ujawnieniem niezbyt sympatycznych rzeczy na swój temat przed grupą. Ale idzie do przodu. Zaczyna zmieniać rzeczy w swoim życiu. Ma więcej odwagi i próbuje nowych sposobów radzenia sobie i załatwiania spraw. Nie żałuje pójścia na terapię, mimo, że są momenty zwątpienia, kiedy to myśli, że terapia jest głupia, bez sensu i nic mu nie daje. Jednak wierzy i ufa, że wysiłek się opłaci, bo życie w iluzji daje tylko pozorny spokój i zadowolenie.

Moi klienci zazwyczaj są dość niecierpliwi. Może to kwestia czasów, w których żyjemy – wszystko musi być szybko, natychmiastowo, ekspresowo.  Choć raczej nikt nie deklaruje wprost chęci uzyskania recepty na lepsze życie, to nieświadomie takie oczekiwania są. Człowiek chce, by było mu lepiej i to jest naturalne. Jednak prawdziwa zmiana wymaga dwóch (między innymi) rzeczy: zaangażowania i wyrozumiałości, zarówno ze strony klienta jak i terapeuty.

Żeby było lepiej, czasem musi być gorzej

Usłyszałam niedawno na wykładzie dr Katarzyny Guzińskiej, że etyka profesjonalna wymaga, by uprzedzić pacjenta o możliwości pogorszenia samopoczucia czy wzmocnienia się symptomów w trakcie terapii. Z moich doświadczeń wynika, że po pierwszej uldze związanej z „wygadaniem się”, przychodzą (i odchodzą, i przychodzą) trudne momenty.

To, z czym przychodzi klient, przeszkadza mu w dobrym funkcjonowaniu, ale jednocześnie jest elementem złożonego mechanizmu „pokrywającego” problem. Wiele symptomów pojawia się w wyniku schowania czegoś (np. wspomnień, emocji, realnej oceny sytuacji), zamrożenia, odsunięcia ze świadomości. Gdy zaczyna się „grzebać” w problemie, to, co miało zapewnić bezpieczne status quo, jest zagrożone i ostatkiem sił stara sie utrzymać oblężoną twierdzę. Możemy mówić o mechanizmach obronnych, oporze czy progu, wszystko jedno. W efekcie, gdy zaczynasz się czymś zajmować, może się nagle zrobić gorzej.

Dlaczego więc zaangażowanie i wyrozumiałość?

Gdy staje się oko w oko z kupą gówna, albo przynajmniej czegoś, co jak gówno wygląda, odwagi wymaga włożenie tam ręki i pogmeranie. Co ja mówię, wkładanie ręki. Najpierw trzeba w ogóle zebrać się na odwagę, by tę kupę zobaczyć i do niej podejść. Wzbudza ona lęk, realny i czasem bardzo trudny do opanowania. Nie pachnie zbyt ładnie. Trzeba być nienormalnym, by chcieć w tym grzebać! Normalne jest, że człowiek nie chce w to wchodzić, że lepiej jest z tym, co znajome, bezpieczne, nawet jeśli niezbyt komfortowe. A jednak, przychodzi moment, w którym robi się decydujący ruch. Tym, co wspomaga taką decyzję jest właśnie zaangażowanie.

Nikt jednak nie gwarantuje powodzenia. Można dotknąć kupy i nie stanie się początkowo nic. Można znaleźć w niej diament, a szybko okaże się, że to był całkiem sympatyczny, ale tylko kamyczek. Innym razem lęk będzie tak silny, zmęczenie i zniechęcenie tak duże, że nawet nie będzie się chciało o kupie gadać. Spadek energii, znużenie kręceniem się wciąż wokół tego samego, z szaleństwem graniczące ciągłe odbijanie się od własnych oporów, słabości, wewnętrznych krytyków, nawykowych reakcji i uzależnień – można mieć dość. I do tych odczuć należy odnosić się z wyrozumiałością. Nawet wobec swojej niechęci wobec wyrozumiałości w stosunku do samego siebie.

Nie raz słyszę w gabinecie „ja już nie mogę”, „ja już mam dość”, „nic się nie posuwa do przodu”, „ciągle to samo”. Tak, masz prawo być zmęczony. Ale wcale nie stoisz w miejscu. Każdy kroczek się liczy, każdy przebłysk, każda malutka zmiana to zwycięstwo które należy świętować. Są chwile wzruszające i poruszające, są momenty zrozumienia i jasności. Udaje się zrobić coś inaczej, każde małe zwycięstwo zawsze z klientem świętujemy.

Nie uciekać od doświadczenia

Moje rozważania dotyczą nie tylko formalnej terapii. Osoby, które samodzielnie pracują nad sobą też doświadczają czegoś podobnego. Bardzo inspirującą postacią w tej kwestii jest Pema Chodron. Jest ona amerykańską mniszką buddyjską w tradycji Szambali, która niestrudzenie uczy ludzi zachodu medytacji. Medytacji, która jest żywa, niemal organiczna. Nie odrzuca żadnych emocji, nie każe odpływać w krainę wiecznej szczęśliwości, nie przywiązuje do stanów, w których jesteśmy pływającym po niebie obłoczkiem.

Oferuje za to żywy kontakt ze sobą, ze swoją nędzą, bólem, smutkiem, ekstazą, radością, miłością, trudem, zmęczeniem i tym wszystkim co nas na ludzkiej drodze spotyka. Pema uczy jak nie uciekać od tych doświadczeń, angażując się w ten proces, każdego dnia od nowa, mając jednocześnie dla siebie miłującą dobroć, dzięki której możemy z wyrozumiałym uśmiechem spojrzeć na swoją szarpaninę.

Widzę, ale znów „to” robię

Słuchałam wczoraj nagrania z weekendowego odosobnienia „Miejsca, które budzą lęk”, prowadzonego przez Pemę. Mówiła ona o sytuacji, którą doskonale znam z własnego doświadczenia, jak i z relacji moich klientów. Wyobraź sobie, że masz jakieś nawykowe, uwarunkowane zachowanie. To może być coś prostego, jak sięganie po słodycze w stresie. Albo coś bardziej złożonego: wycofywanie się z kontaktu z drugim człowiekiem, gdy poczujesz lęk, subtelne manipulowanie, by zdobyć akceptację i uznanie bliskiej osoby czy reagowanie nadmierną złością, gdy czujesz zagrożenie.  Przez lata funkcjonujesz z tym schematem. Nie widzisz jak to działa, po prostu „dzieje się”, jakby ktoś wcisnął przycisk. Widzisz ewentualnie konsekwencje, choć czasem jesteś zupełnie nieświadomy. To jest pierwszy poziom świadomości.

W pewnym momencie zauważasz swój schemat, czy to dzięki samoobserwacji, uwagom innych, medytacji czy terapii. Nagle w całej okazałości ukazuje Ci się Twój mechanizm działania. Widzisz jak to się dzieje, dostrzegasz, że „to” robisz. Najpierw orientujesz się po fakcie. O kurcze, znowu to samo. Znowu wpadłam w szał, gdy matka zachowała się „tak, jak zawsze”. Znowu uciekłem z kontaktu zamykając się w sobie, bo wystraszyłam się otwarcia i zranienia.

Wiem już, że to nie było związane z tą osobą, a z moimi wcześniejszymi doświadczeniami. Zaczynam wnikać w mechanizm, rozumieć go. Czas między „odpaleniem się” a zauważeniem jest coraz krótszy. W końcu widzę swoje emocje, widzę swoje reakcje i… to się nadal dzieje. Cholera. Myślałam, że jak już widzę i wiem o co chodzi, to nic, tylko przestać. A ja nie mogę, to się i tak dzieje. Bez sensu, jestem do niczego, nic do mnie nie dociera… Łatwo przeskoczyć do takiego myślenia, prawda?

Ale przecież, mówi Pema, Ty już jesteś na drugim poziomie świadomości! Ciesz się z tego, doceń swoją pracę, uznaj, że jednak coś się zmienia. Bądź dla siebie dobra i wyrozumiała. Świadomość tego, co się dzieje w danym momencie otwiera furtkę do podjęcia działania innego niż dotychczasowy schemat, więc jest nadzieja. Ale na zmianę potrzeba wewnętrznej gotowości, mocy i siły. Raz Ci się uda, a pięć razy nie. Ten raz jest ważniejszy. Doceń swoją ogromną odwagę, odpocznij chwilkę i idź dalej.

Demony potrafią zmęczyć, idź mimo to dalej

Prawdziwy rozwój więc, to nie karmienie się iluzjami pozytywnego myślenia, choć uważność na to, co się dzieje w głowie jest istotna, a i zdrowy optymizm przydaje się. Nie jest też odrzucaniem tego, co „brzydkie”, również pod płaszczykiem traktowania wszystkiego jako „dobrej lekcji”, bo to też może być ucieczka przed doświadczeniem. To zmierzenie się z wewnętrznymi demonami, które potrafią zadać całkiem realny ból. I proszę mi nie gadać, że ból jest tylko iluzją.

Droga rozwoju to droga trudna i wyboista, ale przynosząca mnóstwo satysfakcji. I jeśli coś Ci się na niej nie udaje, to wcale oznacza, że jesteś słaby, miękki, czy mało zdolny. Może potrzebujesz wolniejszego tempa. Może jutro będziesz mieć więcej energii. Nie zapominaj o swojej drodze, ale też nie katuj się. Frustracja jest normalnym przeżyciem.

odtwarzanie przeszłości

Odtwarzanie starych taśm

Odtwarzanie starych taśm - psychologiaNasze codzienne funkcjonowanie z innymi ludźmi zazwyczaj opiera się na pewnych przewidywaniach. Zakładamy, że ludzie zachowują się raczej racjonalnie, że dokonując wyborów analizują straty i zyski oraz, że słyszą to, co mówimy, reagując na to, co zostało faktycznie powiedziane (i na dodatek rozumieją, co mamy naprawdę na myśli). Psychologia społeczna od lat rozprawia się z przekonaniem, że działamy racjonalnie – i nic dziwnego, gdybyśmy mieli świadomie wszystko analizować, nie mielibyśmy czasu ani energii na nic innego. Jednak mnie ostatnio zaciekawiło to, jak często w danej chwili nie reagujemy na to, co jest, a na to, co już kiedyś było. Continue Reading

książki o psychologii zorientowanej na proces

Książki o pracy z procesem, które warto przeczytać

Wiele osób pyta się mnie co warto przeczytać z literatury dotyczącej psychologii zorientowanej na proces, a co lepiej odpuścić. Ponieważ pozycji na ten temat jest całkiem sporo, a do tego różnią się poziomem, napisałam subiektywny przewodnik po literaturze procesowej. Nie jest to lista wyczerpująca, i dominują pozycje wydane po polsku (po angielsku jest ich znacznie więcej), ale jest z czego wybierać na dobry początek.

Psychologia procesu. Teoria i praktyka., red. Bogna Szymkiewicz – Moim zdaniem najlepsze wprowadzenie w zagadnienia psychologii zorientowanej na proces. Są tam artykuły, wywiady i rozmowy, zarówno polskich jak i zagranicznych psychologów. Teksty dotyczą przeróżnych aspektów POPu, prezentując jego szerokie spektrum, zachęcając jednocześnie do dalszego zgłębiania tematu. Jest to nowe wydanie, poprawione i poszerzone książki, która wcześniej nosiła tytuł „Po drugiej stronie kłopotów”.

Droga powstaje, gdy idziesz. Psychologia procesu w praktyce. Julie Diamond, Lee Spark-Jones. Bardzo systematyczne i uporządkowane przedstawienie podstawowych koncepcji pracy z procesem. Zawiera praktyczne przykłady oraz ćwiczenia, które pomagają w zastosowaniu metody. Można powiedzieć, że książka ta funkcjonuje jako podręcznik dla studentów pracy z procesem, ale będzie to też przystępna pozycja dla każdej osoby ciekawej tej metody i jej konkretnych zastosowań.  

Tyłem do przodu, Arnold Mindell – pozycja ciekawa przede wszystkim dlatego, że jest wprost wypełniona opisami praktycznych sposobów pracy z procesem. Jest to zapis kilkudniowego seminarium, które prowadzili Arnie i Amy Mindell. Opisane i „przećwiczone” są różne aspekty pracy takie jak praca wewnętrzna, praca z ruchem czy praca z symptomami fizycznymi. Wszystkie elementy posiadają krótkie wprowadzenie, a techniki są omawiane i podsumowane. Najlepsza pozycja dla tych, którzy chcą zobaczyć „o co chodzi” w tej całej pracy z procesem z bardzo praktycznej perspektywy.

pracy ze śniącym ciałem, Arnold Mindell – jedna z pierwszych książek autora. Od tamtego czasu terminologia się wielokrotnie zmieniała i niektóre koncepcje się rozwinęły, jednak nadal jest to bardzo dobry wstęp do teorii i praktyki pracy z procesem napisanych przez twórcę metody.

Zranione stany świadomości, Bogna Szymkiewicz – Jest to bardzo bogata praca dotycząca tak zwanych trudnych emocji pojawiających się na skutek zranienia. Autorka przedstawia wewnętrzną dynamikę emocji i postaci, które wpływają na nasze zachowania, odczucia i relacje, pozwalając głębiej je zrozumieć.

Moc. Podręcznik użytkownika. Julie Diamond. Autorka czerpie ze swojego wieloletniego doświadczenia pracy z biznesie i łączy je z koncepcjami psychologii procesu. Efektem jest książka, która w wyczerpujący sposób tłumaczy dynamikę władzy, różnych zjawisk w relacjach międzyludzkich i uczy jak czerpać ze swojej wewnętrznej mocy w dobry sposób.

Metaumiejętności. O sztuce psychoterapii., Amy Mindell – ta pozycja opisuje procesowe podejście do pracy terapeutycznej. Metaumiejętności, są to takie cechy i sposoby działania psychoterapeuty, które nie są związane z umiejętnością posługiwania się poszczególnymi technikami. Można powiedzieć, że jest to sposób traktowania klientów, ich problemów i tego co się wydarza w trakcie pracy. Nie jest to jednak książka tylko dla psychoterapeutów, ale dla wszystkich, którzy pracują z ludźmi i z samym sobą – pokazuje bowiem, jakiego rodzaju postawy pozwalają w twórczy sposób odkrywać nasze życiowe procesy.

Śpiączka – klucz do przebudzenia, Arnold Mindell – Książka ta dotyczy bardzo specyficznej i wąskiej dziedziny POPu – pracy z osobami, z którymi pozornie nie ma już żadnego kontaktu. Mimo to, Mindell opisuje swoją pracę z osobami w śpiączce, dzieląc się jednocześnie technikami i sposobami nawiązywania tego rodzaju kontaktu.

Cienie miasta, Arnold Mindell – jak dla mnie jedna z bardziej fascynujących książek, ponieważ dotyczy pracy z osobami w odmiennych stanach świadomości oraz oznaczonych etykietą „patologia”. Mindell opowiada o tych wszystkich, którzy zostali wyrzuceni poza nawias społeczeństwa, ponieważ nadużywają substancji, mają zaburzenia psychiczne czy też są nastawieni antyspołecznie. Stara się pokazać w jaki sposób można z takimi osobami pracować, a także jakie znaczenie dla nas, jako dla społeczeństwa, mają te osoby i w jaki sposób możemy wziąć kawałek odpowiedzialności za proces ich marginalizacji.

Radical Intercourse, Joseph Goodbread – moim marzeniem jest zobaczyć polski przekład tej książki, jest bowiem bardzo wyczerpującym opisem tego co dzieje się w relacji między klientem a terapeutą. Jednak nie jest to książka jedynie dla terapeutów, bowiem podobne wzorce pojawiają się również w innych, bardziej „codziennych” relacjach między ludźmi. Często trudno jest zrozumieć co faktycznie dzieje się w relacji, Goodbread w świetny sposób odkrywa przed nami te tajemnice.

Befriending conflict. Joe Goodbread. Kolejna książka, którą bym chętnie zobaczyła w polskim wydaniu.

psychologia zorientowana na proces

Co to jest psychologia zorientowana na proces

Ostatnio zadzwonił do mnie pewien mężczyzna zainteresowany uczestnictwem w rocznym kursie psychologii zorientowanej na proces. Jego pierwsze pytanie brzmiało: psychologia zorientowana na proces… ale czego? Bo to takie niedokończone jakieś. Gdy opowiadam ludziom o tym, czym się zajmuję, bardzo często pada pytanie – ale co to jest ten proces? Postanowiłam więc przybliżyć tutaj idee POP, bo jest to jeszcze w małym stopniu znana, a prężnie rozwijająca się szkoła psychoterapii. Continue Reading

Na kozetce

Prawdy i mity o psychologach

Na kozetceOdkąd zaczęłam studia psychologiczne, aż do dziś, dość często spotykam się z przeróżnymi stereotypami dotyczącymi psychologów. Czasem wychodzą z tego śmieszne sytuacje, szczególnie na gruncie towarzyskim, ale czasem nie chce mi się za bardzo śmiać, tylko ręce, że tak powiem, opadają…
Przedstawiam więc najpopularniejsze przekonania na temat psychologów i jak one wyglądają od „drugiej strony”.
Continue Reading