"The Dark Side Of The Moon"

Praca nad sobą to nie spacer pachnącą łąką w słoneczny dzień

Praca nad sobą to nie spacer pachnącą łąką w słoneczny dzień. Prawdziwa praca nad sobą jest raczej jak grzebanie po łokcie, pachy, szyję, a czasem nawet uszy w gównie. Tak, wewnętrzny rozwój wcale nie jest tylko i wyłącznie przyjemnością, jak to próbują niektórzy sprzedawać. Każdy z nas ma swoją ciemną stronę i nie ma wyjścia, trzeba jej dotknąć, powąchać, posmakować, żeby ruszyć w życiu z miejsca.

I nie, wcale nie będę tu od razu pocieszać, że to, co „ciemne” tylko wydaje się ciemne, bo tak naprawdę szybko okazuje się, że jest długo poszukiwanym skarbem. Owszem, skarby się zdarzają, ale trzeba odwalić kawał roboty, by się do nich dostać – i często nie wystarczy tylko zmiana perspektywy. Czasem sednem jest dotarcie do tego, co ciemne, nieprzyjemne, przeszkadzające i doświadczenie tego, takim, jakie jest. Można tam też utknąć na kawałek czasu.

Trudy terapii

Mam przyjaciela, który od 3 lat bierze udział w terapii dla dorosłych dzieci alkoholików. Przeszedł grupową terapię podstawową, teraz jest na pogłębionej, ma też spotkania indywidualne z terapeutą. Chłopak ciężko haruje nad sobą, zderza się co rusz z jakimiś wewnętrznymi przeszkodami. Odkurza zakamarki przeszłości, pokrywa się tym kurzem, kicha i drapie się od niego, tylko niekiedy odczuwając ulgę. Uczy się obserwować siebie, zyskując zabójczą dla samopoczucia samoświadomość, dzięki której dostrzega swoje własne oszustwa, manipulacje i mechanizmy obronne.

Zaczyna trzeźwo patrzeć na siebie i swoje życie. I odkąd poszedł na terapię, nie jest okazem tylko radości i szczęśliwości. Gdy coś odkryje, czuje się przez jakiś czas zdołowany, a do tego konfrontuje się z lękiem przed ujawnieniem niezbyt sympatycznych rzeczy na swój temat przed grupą. Ale idzie do przodu. Zaczyna zmieniać rzeczy w swoim życiu. Ma więcej odwagi i próbuje nowych sposobów radzenia sobie i załatwiania spraw. Nie żałuje pójścia na terapię, mimo, że są momenty zwątpienia, kiedy to myśli, że terapia jest głupia, bez sensu i nic mu nie daje. Jednak wierzy i ufa, że wysiłek się opłaci, bo życie w iluzji daje tylko pozorny spokój i zadowolenie.

Moi klienci zazwyczaj są dość niecierpliwi. Może to kwestia czasów, w których żyjemy – wszystko musi być szybko, natychmiastowo, ekspresowo.  Choć raczej nikt nie deklaruje wprost chęci uzyskania recepty na lepsze życie, to nieświadomie takie oczekiwania są. Człowiek chce, by było mu lepiej i to jest naturalne. Jednak prawdziwa zmiana wymaga dwóch (między innymi) rzeczy: zaangażowania i wyrozumiałości, zarówno ze strony klienta jak i terapeuty.

Żeby było lepiej, czasem musi być gorzej

Usłyszałam niedawno na wykładzie dr Katarzyny Guzińskiej, że etyka profesjonalna wymaga, by uprzedzić pacjenta o możliwości pogorszenia samopoczucia czy wzmocnienia się symptomów w trakcie terapii. Z moich doświadczeń wynika, że po pierwszej uldze związanej z „wygadaniem się”, przychodzą (i odchodzą, i przychodzą) trudne momenty.

To, z czym przychodzi klient, przeszkadza mu w dobrym funkcjonowaniu, ale jednocześnie jest elementem złożonego mechanizmu „pokrywającego” problem. Wiele symptomów pojawia się w wyniku schowania czegoś (np. wspomnień, emocji, realnej oceny sytuacji), zamrożenia, odsunięcia ze świadomości. Gdy zaczyna się „grzebać” w problemie, to, co miało zapewnić bezpieczne status quo, jest zagrożone i ostatkiem sił stara sie utrzymać oblężoną twierdzę. Możemy mówić o mechanizmach obronnych, oporze czy progu, wszystko jedno. W efekcie, gdy zaczynasz się czymś zajmować, może się nagle zrobić gorzej.

Dlaczego więc zaangażowanie i wyrozumiałość?

Gdy staje się oko w oko z kupą gówna, albo przynajmniej czegoś, co jak gówno wygląda, odwagi wymaga włożenie tam ręki i pogmeranie. Co ja mówię, wkładanie ręki. Najpierw trzeba w ogóle zebrać się na odwagę, by tę kupę zobaczyć i do niej podejść. Wzbudza ona lęk, realny i czasem bardzo trudny do opanowania. Nie pachnie zbyt ładnie. Trzeba być nienormalnym, by chcieć w tym grzebać! Normalne jest, że człowiek nie chce w to wchodzić, że lepiej jest z tym, co znajome, bezpieczne, nawet jeśli niezbyt komfortowe. A jednak, przychodzi moment, w którym robi się decydujący ruch. Tym, co wspomaga taką decyzję jest właśnie zaangażowanie.

Nikt jednak nie gwarantuje powodzenia. Można dotknąć kupy i nie stanie się początkowo nic. Można znaleźć w niej diament, a szybko okaże się, że to był całkiem sympatyczny, ale tylko kamyczek. Innym razem lęk będzie tak silny, zmęczenie i zniechęcenie tak duże, że nawet nie będzie się chciało o kupie gadać. Spadek energii, znużenie kręceniem się wciąż wokół tego samego, z szaleństwem graniczące ciągłe odbijanie się od własnych oporów, słabości, wewnętrznych krytyków, nawykowych reakcji i uzależnień – można mieć dość. I do tych odczuć należy odnosić się z wyrozumiałością. Nawet wobec swojej niechęci wobec wyrozumiałości w stosunku do samego siebie.

Nie raz słyszę w gabinecie „ja już nie mogę”, „ja już mam dość”, „nic się nie posuwa do przodu”, „ciągle to samo”. Tak, masz prawo być zmęczony. Ale wcale nie stoisz w miejscu. Każdy kroczek się liczy, każdy przebłysk, każda malutka zmiana to zwycięstwo które należy świętować. Są chwile wzruszające i poruszające, są momenty zrozumienia i jasności. Udaje się zrobić coś inaczej, każde małe zwycięstwo zawsze z klientem świętujemy.

Nie uciekać od doświadczenia

Moje rozważania dotyczą nie tylko formalnej terapii. Osoby, które samodzielnie pracują nad sobą też doświadczają czegoś podobnego. Bardzo inspirującą postacią w tej kwestii jest Pema Chodron. Jest ona amerykańską mniszką buddyjską w tradycji Szambali, która niestrudzenie uczy ludzi zachodu medytacji. Medytacji, która jest żywa, niemal organiczna. Nie odrzuca żadnych emocji, nie każe odpływać w krainę wiecznej szczęśliwości, nie przywiązuje do stanów, w których jesteśmy pływającym po niebie obłoczkiem.

Oferuje za to żywy kontakt ze sobą, ze swoją nędzą, bólem, smutkiem, ekstazą, radością, miłością, trudem, zmęczeniem i tym wszystkim co nas na ludzkiej drodze spotyka. Pema uczy jak nie uciekać od tych doświadczeń, angażując się w ten proces, każdego dnia od nowa, mając jednocześnie dla siebie miłującą dobroć, dzięki której możemy z wyrozumiałym uśmiechem spojrzeć na swoją szarpaninę.

Widzę, ale znów „to” robię

Słuchałam wczoraj nagrania z weekendowego odosobnienia „Miejsca, które budzą lęk”, prowadzonego przez Pemę. Mówiła ona o sytuacji, którą doskonale znam z własnego doświadczenia, jak i z relacji moich klientów. Wyobraź sobie, że masz jakieś nawykowe, uwarunkowane zachowanie. To może być coś prostego, jak sięganie po słodycze w stresie. Albo coś bardziej złożonego: wycofywanie się z kontaktu z drugim człowiekiem, gdy poczujesz lęk, subtelne manipulowanie, by zdobyć akceptację i uznanie bliskiej osoby czy reagowanie nadmierną złością, gdy czujesz zagrożenie.  Przez lata funkcjonujesz z tym schematem. Nie widzisz jak to działa, po prostu „dzieje się”, jakby ktoś wcisnął przycisk. Widzisz ewentualnie konsekwencje, choć czasem jesteś zupełnie nieświadomy. To jest pierwszy poziom świadomości.

W pewnym momencie zauważasz swój schemat, czy to dzięki samoobserwacji, uwagom innych, medytacji czy terapii. Nagle w całej okazałości ukazuje Ci się Twój mechanizm działania. Widzisz jak to się dzieje, dostrzegasz, że „to” robisz. Najpierw orientujesz się po fakcie. O kurcze, znowu to samo. Znowu wpadłam w szał, gdy matka zachowała się „tak, jak zawsze”. Znowu uciekłem z kontaktu zamykając się w sobie, bo wystraszyłam się otwarcia i zranienia.

Wiem już, że to nie było związane z tą osobą, a z moimi wcześniejszymi doświadczeniami. Zaczynam wnikać w mechanizm, rozumieć go. Czas między „odpaleniem się” a zauważeniem jest coraz krótszy. W końcu widzę swoje emocje, widzę swoje reakcje i… to się nadal dzieje. Cholera. Myślałam, że jak już widzę i wiem o co chodzi, to nic, tylko przestać. A ja nie mogę, to się i tak dzieje. Bez sensu, jestem do niczego, nic do mnie nie dociera… Łatwo przeskoczyć do takiego myślenia, prawda?

Ale przecież, mówi Pema, Ty już jesteś na drugim poziomie świadomości! Ciesz się z tego, doceń swoją pracę, uznaj, że jednak coś się zmienia. Bądź dla siebie dobra i wyrozumiała. Świadomość tego, co się dzieje w danym momencie otwiera furtkę do podjęcia działania innego niż dotychczasowy schemat, więc jest nadzieja. Ale na zmianę potrzeba wewnętrznej gotowości, mocy i siły. Raz Ci się uda, a pięć razy nie. Ten raz jest ważniejszy. Doceń swoją ogromną odwagę, odpocznij chwilkę i idź dalej.

Demony potrafią zmęczyć, idź mimo to dalej

Prawdziwy rozwój więc, to nie karmienie się iluzjami pozytywnego myślenia, choć uważność na to, co się dzieje w głowie jest istotna, a i zdrowy optymizm przydaje się. Nie jest też odrzucaniem tego, co „brzydkie”, również pod płaszczykiem traktowania wszystkiego jako „dobrej lekcji”, bo to też może być ucieczka przed doświadczeniem. To zmierzenie się z wewnętrznymi demonami, które potrafią zadać całkiem realny ból. I proszę mi nie gadać, że ból jest tylko iluzją.

Droga rozwoju to droga trudna i wyboista, ale przynosząca mnóstwo satysfakcji. I jeśli coś Ci się na niej nie udaje, to wcale oznacza, że jesteś słaby, miękki, czy mało zdolny. Może potrzebujesz wolniejszego tempa. Może jutro będziesz mieć więcej energii. Nie zapominaj o swojej drodze, ale też nie katuj się. Frustracja jest normalnym przeżyciem.

jak znaleźć szczęście?

Gdzie to szczęście?

Ostatnio sporo o szczęściu wokół słyszę i czytam. W Sopocie co jakiś czas odbywają się „rozmowy o szczęściu”, wydana została książka na ten temat, ciągle gdzieś coś to szczęście się przewija. Myślą, która niedawno najbardziej do mnie trafiła jest coś, co powiedział profesor Wojciszke na jednym ze spotkań: ludzie, którzy zastanawiają się nad tym czy są szczęśliwi, szukają sposobów na szczęście, i tak dalej, raczej stwierdzają, że szczęśliwi nie są. Szczęście to raczej coś, co przychodzi po drodze, jest efektem robienia rzeczy ważnych, sprawiających satysfakcję, efektem odnajdywania swojego miejsca w świecie. Odnajdywania, bo nikt nie mówi, że miejsce w świecie (też to metaforyczne) musi być jedno.

Skupianie się na pytaniu „czy jestem szczęśliwy/a?” automatycznie powoduje nastawienie się na wyszukiwanie brak, luk, niezaspokojonych potrzeb i trudno wtedy o zadowolenie.  Co prawda pracuję w dobrej firmie, ale moja pozycja mogłaby być lepsza. Co prawda mam wspaniałego partnera, ale wciąż napotykamy jakieś trudności, a gdyby zastanowić się lepiej, to on chyba mnie nie rozumie. Jeśli mnie nie rozumie, to czy ten związek ma sens? Czy ja nie potrzebuję więcej zrozumienia? I tak dalej. Szukanie szczęścia to jak pogoń za horyzontem. A przy okazji człowiek przestaje patrzeć pod nogi i wkoło siebie. Jasne, warto zdawać sobie sprawę ze swoich potrzeb, mieć marzenia i dążyć do osiągania celów. Nie chodzi o to, by stać w miejscu. Ale mam wrażenie, że gonitwa za wyśnionym i wymarzonym „szczęściem”, za tym, by zawsze i wszędzie było dobrze, miło i przyjemnie jest jakąś ogromną pułapką. Nie dajmy się zwariować. Skutki odsuwania od siebie spraw nieprzyjemnych i tzw. negatywnych emocji mogą być opłakane.

Zaciekawiła mnie jeszcze jedna informacja, również z wykładu prof. Wojciszke. Stwierdził on mianowicie (podsumowując wiele badań na ten temat), że poczucie szczęścia w 50% zależy od naszej konstytucji, od tego jacy się urodziliśmy. Można to wiązać wrodzonym optymizmem czy pesymizmem, nastawieniem na wyszukiwanie informacji zgodnych lub wyszukiwanie błędów, temperamentalną skłonnością do przeżywania emocji pozytywnych czy negatywnych albo innych psychologicznych koncepcji. Tak czy inaczej, taka myśl może choć odrobinę nas odciążać z tego „obowiązku” bycia szczęśliwym, który się coraz bardziej panoszy wkoło. Patrząc na niektóre osoby, będące zawsze w świetnym humorze, zawsze zadowolone z życia, łatwo zacząć im zazdrościć i tym bardziej szukać recepty na szczęście. Do tego wszechobecne dążenie do szczęścia, szukanie go, wymyślanie coraz to lepszych sposobów na dobre samopoczucie… A może lepiej jest zaakceptować siebie i swój sposób patrzenia na świat? Może prawdziwe poczucie szczęścia i ukojenia może płynąć ze zgody na to jakim się jest?

Z drugiej strony, pozostałe 50% poczucia szczęścia wynika z tego, co robimy ze swoim życiem, czym się zajmujemy – a przede wszystkim, czy robimy, to co lubimy / lubimy to, co robimy. A na to, w przeciwieństwie do cech swojego układu nerwowego, mamy o wiele większy wpływ. Nie można też zapomnieć o kontaktach międzyludzkich. Profesor Skarżyńska, która w Polsce przeprowadza sporo badań na temat szczęścia, twierdzi (polecam wywiad), że jest to niezbędny element bycia szczęśliwym. Bez drugiego człowieka, bez zaufania do ludzi, bez wsparcia innych, trudno o poczucie szczęścia. Takie to jesteśmy zwierzaki społeczne.

Znalazłam przy okazji taki oto tekścik, mający w sobie wiele mądrości. Jest odpowiedzią na pytanie jak być szczęśliwym.

Przykazania Leszka Kołakowskiego

Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:

Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

Creative Commons License photo credit: h.koppdelaney

wrażliwość

Życie wrażliwca

Chodzą po tej pięknej Ziemi istoty, które możemy nazwać sobie „wrażliwcami”. Wrażliwca wcale nie jest tak łatwo od razu zidentyfikować, bo często dobrze się kamufluje. Niektóre wrażliwce wydają się spokojne i opanowane, mają wręcz kojący wpływ na otoczenie, bo mało co wyprowadza je z równowagi. Czasem w kąciku popłaczą sobie, ale raczej nie ujawniają swoich emocji zbyt wylewnie. Uważny obserwator może jednak zauważyć, że w trudniejszych sytuacjach wrażliwiec cichnie, wycofuje się, wręcz spowalnia. Chowa się do swojej skorupki.
Wrażliwiec jest jak antena zbierająca wszelkiego rodzaju negatywne emocje z zewnątrz, a co gorsza, często zdarza się, że odnosi je do siebie. Niekoniecznie musi z tego wynikać, że wrażliwiec uważa, że jest pępkiem świata… choć takie okazy też zdarzają się dość często. To raczej nadmierne wyczulenie w służbie ochrony siebie.

Każde emocjonalne zawirowanie dotyka wrażliwca do żywego, również dosłownie – bo wrażliwiec bardzo często dokonuje tak zwanej somatyzacji, czyli wszystko co w psyche bardzo łatwo i intensywnie przenosi się na doznania cielesne. Wystarczy, że ktoś w otoczeniu wrażliwca podniesie głos, a ten już czuje ostrzegawcze kłucie w żołądku. Taki system alarmowy jest potrzebny, by w porę uniknąć zbyt dużej ilości silnych bodźców, które dla wrażliwca są trudne do zniesienia i wymagają ponoszenia dużych kosztów. Jednak system ten bywa przewrażliwiony i nie jest łatwo odpowiednio go skalibrować, szczególnie jeśli ustawienia zostały zaprogramowane we wczesnym okresie rozwoju – reakcje automatyczne są o wiele szybsze niż racjonalna analiza faktycznego zagrożenia.

Życie wrażliwca bywa pełne paradoksów. Jednym z nich jest niewrażliwość wrażliwca, która może pojawić się w wyniku ekstremalnych doświadczeń w rodzaju przemocy, traumy, czy silnie raniących stanów emocjonalnych. System włącza wtedy blokadę awaryjną, która nie dopuszcza do przegrzania obwodów, które byłoby nie do zniesienia. Stan wyjątkowy powoduje odcięcie od przeżyć, które są zbyt bolesne i stwarzają zagrożenie dla poczucia istnienia wrażliwca.  Ten mechanizm może pojawić się oczywiście również u niewrażliwców, jednak u wrażliwców próg intensywności przeżyć potrzebnych do jego uruchomienia jest o wiele niższy, a szyba zza której zaczynają obserwować świat staje się wyjątkowo uporczywa. Wrażliwcy szybko się warunkują, czyli wyuczają reakcji na bodźce, szczególnie jeśli sytuacji towarzyszy lęk. Innymi słowy, gdy wrażliwiec raz doświadczy silnego lęku w jakiejś sytuacji (na przykład ktoś podniesie na niego głos, rozgniewa się z jakiegoś powodu), to kolejna taka sytuacja prawie na pewno wywoła znów lęk – często niewspółmiernie duży. I nawet gdy podobna sytuacja za kolejnym razem nie będzie już zagrażająca, lęk nadal będzie się pojawiał – reakcje są trudne do wygaszenia. Czasem samo wyobrażenie sobie, że dana sytuacja mogłaby się powtórzyć, wywołuje u wrażliwca paniczny strach i chęć uniknięcia tej sytuacji za wszelką cenę – co może spowodować nadmierną ostrożność, uważanie by nie zrobić „fałszywego” kroku, unikanie pewnych tematów, osób, sytuacji, zamrożenie spontanicznego działania czy nieustające poczucie wewnętrznego niepokoju.

Pojęcie „wrażliwiec” jest bardzo pojemne, bo i wrażliwcy różni są. Możemy odnosić się do różnych pojęć i konstruktów psychologicznych takich jak wysoka reaktywność układu nerwowego, neurotyzm czy introwersja. Jednak należy pamiętać, że za każdą etykietką jest wyjątkowy człowiek, ze swoimi unikalnymi wzorcami. Mój opis do niektórych będzie pasował lepiej, do innych gorzej, ale bardziej chodzi mi o to, by ogólnie pokazać funkcjonowanie osób nadwrażliwych, które czasem cierpią na brak zrozumienia ze strony otoczenia. „Nie przejmuj się”, „Przestań się bać”, „To nie koniec świata” to rady całkiem niezłe, problem w tym, że często są dla wrażliwca trudne do zrealizowania z powodu jego wewnętrznej konstytucji i doświadczeń, które go ukształtowały. W pewnych sytuacjach trudno jest siebie samego przeskoczyć.

Z pewnością każdemu wrażliwcowi przyda się praca nad dystansowaniem się do pewnych spraw, opanowywaniem irracjonalnego strachu (choć z wewnętrznego punktu widzenia on nie dość, że nie jest irracjonalny, to jeszcze jest dotkliwie realny i przejmujący), praca nad treningiem by nie brać wszystkiego osobiście i uodpornić się trochę, czy nad umiejętnością relaksowania się i rozluźniania. Bycie wrażliwcem nie może stawać się wygodną wymówką, dzięki której uniknie się trudów życia. Nie wszystko jest jednak kwestią „po prostu” zrobienia czegoś inaczej – przynajmniej nie od razu, nie natychmiast i nie na zawołanie. Wrażliwiec powinien też sam szanować i doceniać swoją wrażliwą naturę, choć bywa ona przekleństwem.

Jest też druga strona medalu, mianowicie taka, że o ile wrażliwiec może postrzegać świat jako brutalny i nieczuły, to świat może odbierać go jak wydelikaconego „francuskiego pieska”, któremu nic nie można powiedzieć, bo się obrazi, na nic zwrócić uwagi, bo cierpiąc zamknie się w sobie, który zapatrzony jest głównie w siebie i swoje emocje, a drżąc o nie, na potrzeby innych nie zwraca już uwagi. Życie z takim wrażliwcem może być prawdziwą męczarnią… Delikatność i wrażliwość są pięknymi cechami, ale mogą równie dobrze stać się narzędziem terroru interpersonalnego.

O ile sama wrażliwość nerwowa jest ukonstytuowana biologicznie i ciężko ją zmienić, operować organizmem z wysokim poziomem wrażliwości można na różne sposoby – do wrażliwców należy znalezienie tego optymalnego, pozwalającego na dobre funkcjonowanie społeczne, przy jednoczesnym dbaniu o swoje samopoczucie i zdrowie.

A jakie są wasze doświadczenia z byciem wrażliwcem albo byciem z wrażliwcem?

jak być szczęśliwym?

Jak rozwiązać problemy (i osiągnąć szczęście)?

Nie wiem.

I nie wiem czy będę kiedykolwiek wiedzieć.

Terapeuta w pewnym sensie strzela sobie samobója mówiąc, że nie wie jak rozwiązywać ludzkie problemy. A przynajmniej w potocznym podejściu – takie mam poczucie.

A jednak, mam coraz częściej wrażenie, że nie ma czegoś takiego jak jedynie słuszne rozwiązania. Owszem, są pewne sytuacje, bardzo konkretne, w których trzeba coś zrobić według jakiegoś przepisu. Jak kupić mieszkanie. Jak zbudować dom. Jak ugotować rosół. Choć przepisów też można znaleźć wiele, a do tego w zależności od stopnia dostosowania pomiędzy sytuacją, stylem pracy i działania zainteresowanego oraz dobrym/złym humorem wszechświata, wyjdzie lepiej lub gorzej. Continue Reading

zobaczyć drugiego człowieka

Zobaczyć drugiego człowieka

Gdy dwie osoby spotykają się i zakochują w sobie nastaje piękny i szalony czas w ich życiu. Każdy, kto to przeżył, wie o czym mówię – zdecydowanie jest to coś, czego warto posmakować, bo wnosi wiele radości, inspiruje i dodaje skrzydeł. Jednak mimo wszystko, prawdziwa relacja dwojga ludzi zaczyna się w momencie, gdy największe zauroczenie przemija.

Zastanawiam się czy „prawdziwy/nieprawdziwy” to dobre określenie, bo przecież emocje i uniesienie z początkowego okresu są jak najbardziej prawdziwe. Nie chcę też wartościować żadnego aspektu relacji, bo każdy jest na swój sposób ważny. Mam raczej na myśli fakt, że gdy jesteśmy zakochani, to zazwyczaj obraz drugiej osoby jest mocno wybiórczy, czasem trochę zniekształcony i dość jednostronnie interpretowany. Continue Reading

jak poradzić sobie z przeszłością

Jak poradzić sobie z błędami z przeszłości

Pod moim poprzednim tekstem na temat bezwarunkowej radości padło pytanie o to, w jaki sposób czerpać radość ze swojej przeszłości. Moja pierwsza odruchowa odpowiedź brzmiała – ale po co? Jeśli możesz znaleźć radość tu i teraz, to korzystaj z tego. Jednak po pewnej refleksji dotarło do mnie, że wiele osób czuje się przytłoczonych swoją pełną błędów przeszłością, nawet jeśli są już w zupełnie innym, lepszym, miejscu. Zastanawiają się wtedy jak poradzić sobie z przeszłością. Continue Reading

Wewnętrzny Krytyk

Wewnętrzny Krytyk – tyran czy zbawiciel?

 

Wewnętrzny Krytyk to temat. który już podejmowałam, ale nadal nie przestaje mnie on fascynować, może ze względu na moją osobistą relację z tym osobnikiem… Czytając trochę na ten temat, znalazłam ciekawe spostrzeżenie na temat tego, jak działa Krytyk. Hal i Sidra Stone piszą mianowicie, że nasz Wewnętrzny Krytyk może stać się ekspertem w dziedzinie samodoskonalenia i rozwoju. Ponieważ jest niezmiernie inteligentną i przebiegłą bestyjką (spróbuj pokonać Krytyka na argumenty, a  poznasz jego zdolności), z wielką chęcią przyswaja sobie całą wiedzę jaką my zdobywamy. Każda przeczytana przez nas książka, każde seminarium i każdy warsztat może stać się orężem w ręku Krytyka. Jak tylko dowiesz się, że medytacja jest dobrym sposobem na redukowanie stresu, Krytyk będzie Cię gnębił, że nie medytujesz godziny dziennie, dla Twojego własnego dobra, oczywiście.

Wewnętrzny Krytyk menadżerem zdrowego życia

Jeśli zaś medytujesz godzinę, to i tak lepiej będzie robić to dwie godziny albo rozpoczynać serią ćwiczeń Qi Gong lub Tai Chi. A tylko spróbuj się zapomnieć i odpuścić jeden raz. Oczywiście odżywiać się też musisz odpowiednio, najlepiej zgodnie z kuchnią pięciu przemian/makrobiotyczną/wegetariańską/wegańską… No i przede wszystkim, musisz mocno pracować nad tym, by rozpuszczać swoje ego i pracować nad wewnętrzną krytyką, bo to są największe przeszkody stojące na drodze do pełnego szczęścia. Tak, tak, Wewnętrzny Krytyk dręczy nas i męczy także za to, że mu się poddajemy. Z jednej strony próbuje nas sprowadzić do parteru, z drugiej nienawidzi naszej słabości.

Nie wiem jak wy, ale ja swoje wysłuchałam na temat tego co i jak powinnam, ile czego, które ćwiczenia, jakie idee wprowadzać w życie, jakie zachowania w sobie zwalczać… A pożywką dla mojego Krytyka bardzo często były różne mądre książki i wypowiedzi światłych ludzi. Najlepsze jest to, że Krytyk jest tak otwarty, że łapie się każdej nowej możliwości, każdego pomysłu na nowe, lepsze życie. Oczywiste jest, że trzeba byłoby być cyborgiem, by zrealizować jego wyśrubowany program doskonalenia, zresztą nawet wtedy nie byłby zadowolony, nie leży to w jego naturze. Zawsze będzie cisnął, aby mieć więcej, lepiej, bardziej, doskonalej…

Z drugiej strony… tak, jak się domyślacie, zawsze jest jakaś druga strona, nawet w przypadku Krytyka.

Siła i moc Wewnętrznego Krytyka

Z punktu widzenia pracy z procesem (POP), Krytyk jest jedną z ważniejszych postaci wewnętrznych, nie tylko dlatego, że w większym lub mniejszym stopniu, każdy z nas ma z nim do czynienia. Krytyk bardzo często niesie istotne dla nas informacje, robiąc to niestety w bolesny sposób, jak spora część wtórnych postaci. To, co wtórne, czyli dalekie od naszej tożsamości, bywa niezrozumiałe, a czasem wręcz zagrażające.

Konflikt z Wewnętrznym Krytykiem może przyjmować poważne rozmiary, prowadząc do swoistej przemocy psychicznej. A jednak, ostatecznie, jego pojawienie się coś znaczy. Czasem Krytyk niesie ważny przekaz poprzez to, co do nas mówi. Jeśli jest uparty i upierdliwy w kwestii odżywiania się, to może faktycznie potrzebujemy bardziej zająć się sobą i swoim zdrowiem – choć niekoniecznie ściśle według tabel kuchni pięciu przemian.

Czasem to, co jest dla nas ważne, kryje się w sile Krytyka, w tym w jaki sposób się do nas odnosi i jak potrafi postawić na swoim. Ilu z nas przydałoby się mieć taki dar przekonywania i wewnętrzne poczucie racji, jak Wewnętrzny Krytyk, który jeździ po nas jak po łysej kobyle? Praca procesowa polega na przejęciu tej jego siły i energii i świadomym wykorzystaniu jej w codziennym życiu.

Objęcie siły Krytyka

Oczywiście cały trik polega na tym, że nikt z nas z początku nie chce być taki jak ten wstrętny Krytyk… mierzymy się ze swoim Cieniem, jak ująłby to Jung, a ten nigdy nie wygląda przyjaźnie. Jednak jego siła jest w nas, w nikim innym, nigdzie na zewnątrz, a wewnątrz naszej psychiki. Wystarczy sięgnąć… Zdarza się, że siły tej doświadczamy dopiero mierząc się (czasem dosłownie, w fizycznej konfrontacji) z Krytykiem i pokonując go jego własną bronią.

Sonia Straub, terapeutka pracy z procesem, w swojej pracy dyplomowej na temat Krytyka opisuje przypadek, w którym klientka, miła i sympatyczna kobieta, doświadczała swojego Krytyka jako niezbyt przyjemnego typka, który bardzo niekulturalnie się do niej odnosił. Zintegrowała jego siłę dopiero wtedy, gdy sama go uraczyła soczystą wiązanką i stanęła w obronie swoich granic.

Krytyk jest często postacią, która zmusza nas do przekraczania naszych własnych ograniczeń (progów, jak to nazywamy w POPie), więc patrząc z tej perspektywy, możemy dzięki niemu wzrastać. Niestety nie każdy z nas ma na tyle siły, by samemu stanąć do tej konfrontacji, szczególnie jeśli Krytyk hasa od wielu lat i posiada silną osobowość.

O co mu naprawdę chodzi?

Moje własne doświadczenia z Krytykiem, a miałam ich ostatnio sporo, pokazały mi, że generalnie chce on zadbać o moje bezpieczeństwo, honor i dobre imię. Pilnuje mnie mocno, żebym przypadkiem nie powiedziała czy zrobiła czegoś, co mogłoby zaszkodzić moim relacjom z innymi. Jednak przekonałam się, że ma on bardzo ograniczony ogląd świata i rzadko kiedy widzi rzeczywistość taką, jaka faktycznie w chwili obecnej jest. Bardziej skupia się na przeszłych negatywnych doświadczeniach i chce za wszelką cenę uniknąć ich powtórzenia.

Oczywiście posiada on też aspekt związany z rozwojem i robieniem więcej, lepiej, szybciej. Czasem jego uwagi są bardzo przydatne, szczególnie gdy mnie ogarnia lenistwo, a są sprawy do załatwienia. Często okazuje się, że jest ich mniej, niż twierdził spanikowany Krytyk, ale jestem mu wdzięczna za czujność. Żeby tylko potrafił uspokoić swą lekko neurotyczną naturę wtedy, gdy ja potrzebuję odpocząć…

Jak widzicie, Krytyk potrafi być wrednym tyranem, ale jaki by nie był, można skorzystać z jego obecności. Warto przyglądać się jego motywacji i czasem zadać sobie pytanie – czy to, co robię, robię z własnej woli, czy może też Krytyk mnie terroryzuje? Dzięki temu możemy zaoszczędzić sobie sporo frustracji spowodowanej nie robieniem kolejnej fantastycznej rzeczy, która pozwoli nam żyć 200 lat w stanie permanentnego uniesienia 🙂