jak się zmienić?

Między starym a nowym, czyli dlaczego nie mogę się zmienić

Od Nowego Roku minął już prawie miesiąc, wiele osób zrobiło postanowienia – część pozostała tylko w notesie, część może udaje się jeszcze siłą rozpędu utrzymać. Z internetu dosłownie wylewają się porady, triki, metody, sposoby, mniej lub bardziej złote recepty na to, jak się zmienić. W każdym obszarze – odżywania, finansów, relacji, rozwoju osobistego, nawyków, uprawiania sportu – znajdziemy ekspertów, którzy powiedzą nam co i jak robić, żeby było lepiej. Obietnica jest wspaniała, nowa wizja siebie, lepszego siebie, lepszego życia, egzystencji w niezachwianej szczęśliwości. Z sukcesem, koniecznie z sukcesem.

Czytamy te porady, budując świetlaną wizję przyszłości, uzbrajamy się w niezawodne techniki, czasem wydając przy okazji niemałe pieniądze i czekamy na efekty. Te, niestety, nie zawsze chcą przyjść. Obiecana zmiana nie nadchodzi. W zależności od osobowości, albo psioczymy na „eksperta” (i szukamy dalej lepszych sposobów) albo chowamy się w poczuciu, że „nawet do tego się nie nadaję”, „nic mi jak zwykle nie wychodzi” czy „jestem leniem”.

„Dobrymi radami” częstuje nas też otoczenie, mówiąc, że „po prostu musisz zrobić to”, „rób mniej tego”, „rób więcej tamtego”, i tak dalej. Frustracja narasta. Czasem rzeczywiście jedyne, czego nam potrzeba, to dobra technika czy odrobinę więcej samodyscypliny. Zazwyczaj jednak doskonale wiemy co „powinniśmy” robić a czego nie, jaki sposób zastosować, ale jest to nadal trudne. Powodów, dla których zmiana jest trudna może być wiele i wykraczają poza „lenistwo” czy brak narzędzi. Warto rozważyć różne aspekty i lepiej zrozumieć złożoność wprowadzania zmian.

Z jakiego powodu chcesz coś zmienić?

Jest kilka możliwości:

1. stare przestaje się sprawdzać i widać, że coś nie działa,

2. jakieś przyczyny (okoliczności, choroby, problemy, relacje) stawiają przed potrzebą zmiany,

3. czujemy „potrzebę zmiany” wewnętrznie, coś nas gniecie, pcha, jakby coś dojrzało,

4. jakaś wewnętrzna część nas ma „pomysł” na zmianę i chce ją na siłę forsować nie uwzględniając innych aspektów (na przykład Wewnętrzny Krytyk oczekuje, że będziemy idealni albo mamy przekonanie, że szczęście da nam coś, co zupełnie nie leży w naszej naturze),

5. słuchamy innych (bliskich, rodziców, media, ekspertów, społecznych przekonań, mody), nie słuchając i nie uwzględniając siebie.

Punkty 1-3: można przejść dalej, zmiana jest potrzebna, trzeba się skupić na tym jak to zrobić i co może stać na przeszkodzie. Punkt 4 i 5: nasza motywacja potrzebuje rewizji i szczerego zastanowienia się czemu ma służyć ta zmiana.

Chcę robić doktorat, bo temat mnie fascynuje, bo spełniam się jako badacz czy dlatego, że czuję, że moi rodzice tego oczekują albo dlatego, że mam nadzieję, że w końcu mnie docenią? Chcę medytować, bo mam wewnętrzne poczucie, że to coś dobrego dla mnie czy dlatego, że wszędzie piszą, że to „dobre lekarstwo na wszystko”? Chcę schudnąć, bo wtedy lepiej mi się funkcjonuje czy dlatego, że nie mogę patrzeć na siebie w lustrze…?

Odpowiedzi na te pytania rzadko są od razu jasne i jednoznaczne, często motywacje są złożone, ale bez dotarcia do ich istoty może być trudno o zdrową zmianę.

Kto we mnie chce zmiany?

Zacznijmy od tego, że nie jesteśmy psychicznie jednorodnym bytem. Każdy z nas zna poczucie tzw konfliktu wewnętrznego – z jednej strony chcę/czuję jedno, z drugiej – coś zupełnie innego. To naturalne. Nasza osobowość składa się z sub-osobowości, różnych aspektów naszej psychiki, które są ze sobą na wzajem w różnych relacjach. Zazwyczaj jest też tak, że jedne lubimy bardziej niż inne, jedne bardziej dostrzegamy, a inne wypychamy na margines. Dlatego rzadko też i chęć zmiany w nas jest jednorodna. Sprzeczne motywacje, wizje, chęci mogą blokować działanie. Jeśli zmiany jednogłośnie chcą wszystkie aspekty naszej osobowości, to raczej ze zmianą nie ma problemu (albo problem jest natury czysto praktycznej, zewnętrznej czy obiektywnej).

Przydatne są następujące pytania:

1. Kto we mnie chce zmiany? Dlaczego ta część chce zmiany (motywacja)?

2. Jakie inne części mnie są zaangażowane w tę sytuację? Jakie są między nimi relacje?

Dlaczego tak komplikować? Krótka odpowiedź brzmi – jeśli nie weźmiesz pod uwagę wszystkich części siebie, to te nie uznane i niezauważone będą skutecznie sabotować Twoje wysiłki. Przez chwilę może i uda się zarządzać żelazną ręką (tzw. siłą woli, źle pojmowaną dyscypliną czy sztuczkami i technikami), ale prędzej czy później wybuchnie Ci to wszystko w twarz. Często porównuję to do trzymania naciągniętej gumki – jak jesteś w dobrej formie i masz dużo energii, to możesz ją sobie potrzymać i jeszcze robić inne rzeczy. Prędzej czy później gumka pęknie albo trzymanie jej przestanie być już zabawne i mimo szczerych chęci, stan wyjściowy wróci. Energię tę lepiej zainwestować w przyjrzenie się temu, co jest prawdziwą przyczyną trudności, choć czasem wymaga to odwagi lub/i czasu.

Na przykład moja ambitna część chce realizować jakiś projekt, ale istnieje inna część, która potrzebuje odpoczynku i zajmowania się pasjami. Dodatkowo obawia się popadnięcia w pracoholizm, bo ma takie doświadczenia i zna takie wzorce z najbliższego otoczenia. Nie jest jednak brana pod uwagę, mam jej niewielką świadomość, więc jest słusznie zaniepokojona, że na nią i jej potrzeby nie będzie już miejsca, dlatego zaczyna sabotować wszelkie działania. Na zewnątrz wygląda to tak, że im bardziej ją odpycham i staram się siłą woli zabierać za pracę, tym bardziej „nie chce mi się” i odwlekam. Rozwiązanie ma szansę pojawić się dopiero wtedy gdy punkty widzenia i potrzeby obu „stron” zostaną wysłuchane i uwzględnione.

Zmiana zarządzana przez Krytyka to zły pomysł

Zmianę może wymuszać też Wewnętrzny Krytyk, dając złudną nadzieję, że przestanie męczyć i dręczyć, jeśli tylko jego oczekiwania zostaną spełnione. Nie dajmy się wpuścić w taki kanał. Wysokie wymagania napędzają jeszcze większe wymagania. Gdy w końcu uda się zrobić to, do czego zmusza Krytyk, pochwała starcza na bardzo krótko. Po chwili znów trzeba pracować na jego akceptację. To gonitwa bez końca, ściganie uciekającego horyzontu.

Jeśli zmiana ma być tylko zaspokajaniem Krytyka, to serio, naprawdę nie warto – lepiej zająć się samym Krytykiem. Można wtedy odkryć co jest z jego strony tylko złośliwym wyżywaniem się, a co nawet sensownymi postulatami wyrażanymi w głupi sposób. Wtedy robi się przestrzeń na zmianę. Wbrew treningowi, przez który w szkole przeszła większość z nas – krytyczna postawa nie wspiera ani procesu nauki ani procesu zmiany. Krytyk zazwyczaj gra pierwsze skrzypce przy tematach związanych ze zdrowiem, wyglądem, odchudzaniem się, a także często przy „ambicjonalnych” projektach.

Wyciągnięcie na światło dzienne, przyjrzenie się i wysłuchanie argumentów wszystkich stron pozwala zrobić miejsce na znalezienie twórczych rozwiązań. To rodzaj wewnętrznych negocjacji, w których z taką samą uwagą i szacunkiem traktuje się wszystkie strony. Już samo takie podejście jest ogromnym procesem rozwojowym, ponieważ w naturalny sposób mamy tendencję do lubienia pewnych aspektów siebie i odpychania innych, tych, które wydają się głupie, niepotrzebne albo utrudniające życie. Podobnie jak w relacjach z innymi ludźmi – jeśli czujemy się wysłuchani, zobaczeni, uznani w całości z naszymi potrzebami, to od razu jest więcej przestrzeni na dochodzenie do rozwiązań.

Rozmowy na temat zmiany nie mogą obyć się (przynajmniej u „procesowca”) bez rozważenia dodatkowo tego, czym jest tzw. próg. Próg jest psychologiczną barierą, która utrudnia przedostanie się z tego co znane (status quo) do tego, co nowe (gdy zajdzie już zmiana). Jak go rozpoznać, czym się przejawia i co zrobić, żeby go pokonać – w drugiej części artykułu, już wkrótce.

p.s. Jeśli nie chcesz przegapić drugiej części, ani w ogóle niczego związanego z tą stroną i moimi działaniami, zapisz się do newsletterapolub moją stronę na facebook’u.

odkładanie na później

Czy Ty też odkładasz wszystko na później?

[dropcap type=”square” round=”yes” color=”#f5f5f5″ background_color=”#4583b3″ ]D[/dropcap]oskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że powinieneś daną rzecz zrobić. Jest ważna, bardzo ważna, to też dobrze wiesz. Bardzo możliwe, że jeśli jej nie zrobisz, konsekwencje nie będą zbyt przyjemne, choć zazwyczaj nie natychmiastowe. Im bardziej wiesz, że trzeba to zrobić, tym bardziej tego nie robisz, mówisz – zrobię to jutro, przecież nic się nie stanie, jak zrobię to jutro. A dziś zajmujesz się czymś innym. Zazwyczaj czymś o wiele, wiele mniej ważnym. A jutro? Jutro znów odkładasz na kolejne jutro, bo w końcu nie zbawi cię te paręnaście godzin, a teraz przynajmniej możesz odsunąć od siebie nieprzyjemne napięcie. Znacie to?

Lenistwo, brak silnej woli, nieodpowiedzialność czy jeszcze coś innego?

Zjawisko to otrzymało trudną do wymówienia nazwę: prokrastynacja, choć oficjalnie w języku polskim takiego słowa (jeszcze?) nie ma. Jest za to swojskie „odwlekanie”. Prokrastynacja jest kalką z angielskiego pojęcia „procrastination”, które stało się w ostatnich latach bardzo modne, szczególnie we wszelkiego rodzaju internetowych poradnikach dotyczących produktywności (też modne). Możemy więc w sieci znaleźć sto jeden sposobów na „walkę z prokrastynacją”. Zrób sobie listę zadań. Dziel zadania na mniejsze części. Nagradzaj się za postępy. Wysil wolę i po prostu zrób tę natrudniejszą rzecz od razu, jako pierwsze zadanie z rana. Przestań odkładać. No po prostu przestań odkładać, odkładanie nie jest dobre! Nadal odwlekasz? Chyba za mało się starasz…

Mogłoby się wydawać, że odkładanie spraw na później dotyczy tylko nieprzyjemnych obowiązków. Ale od wielu osób słyszę, że jak już się zabiorą za dane zdanie, to leci, można się przyjemnie „wkręcić” czy nawet doświadczyć stanu „przepływu” (ang. flow – stan, w którym osoba zatraca się w wykonywaniu danej czynności, często tracąc poczucie czasu). Są też pewne zadania, które same w sobie nie są szczególnie przyjemne, za to wiadomo, że przyczynią się znacznie do poprawy naszego dobrobytu, pomogą spełnić ważne plany i wpisują się mocno w nasz system wartości. No to w takim razie o co chodzi, dlaczego tak trudno jest się za nie zabrać? Brak czasu? Nieumiejętność zorganizowania się? Lenistwo? Oczywiście, możemy tłumaczyć to sobie lenistwem i brakiem tzw. silnej woli i walczyć z tym brakiem odwołując się do bycia odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem, który wie, że pewne rzeczy po prostu trzeba zrobić. Czasem to pomaga. Ale czasem wręcz pogłębia problem.

Prokrastynuj jeszcze więcej, czyli podejście procesowe

Zanim spróbujemy przeróżnych technicznych sztuczek (nie mówię, że są zupełnie nieskuteczne, mi przypadły do gustu szczególnie dwie, które opiszę na końcu), warto zastanowić się o co tak naprawdę chodzi? Chciałabym zilustrować to przykładem z pracy procesowej (opisany przykład ma tylko funkcję ilustracyjną, nie jest ani dokładnym opisem konkretnej sesji, ani nie służy dokładnemu przedstawieniu technik pracy z procesem), której tematem było właśnie odkładanie ważnych spraw na później. Wyobraźmy sobie panią Krysię, która w znany nam już sposób mówi o swoim problemie:

[blockquote indent=”yes” ]”Ciągle odkładam ważne rzeczy na później. Od paru miesięcy miałam zapisać się na ważny dla mnie kurs, potrzebuję właściwie tylko wypełnić formularz zgłoszeniowy i go wysłać. Jestem na studiach podyplomowych i podobnie jest z uczeniem się. Lubię się uczyć, jak już usiądę, to jest to przyjemne, szukanie informacji, robienie notatek i czytanie ciekawych rzeczy. Ale i tak robię to wszystko na ostatnią chwilę. Wiem, że muszę to robić, że to ważne, ale odpycham to od siebie, ciągle odpycham [robi w tym miejscu intensywny gest odpychania].”[/blockquote]

Póki co mamy dwa elementy – część, która mówi o tym, że te sprawy są ważne oraz coś, co odpycha od siebie te sprawy. Ta pierwsza jest bardzo racjonalna, znana i „na wierzchu”, a ta druga jest bardziej tajemnicza i ciekawa, a do tego się rusza (procesowcy uwielbiają, jak klient się rusza 😉 ).

Proszę Panią Krysię, by pokazała, jakby to było, gdyby odpychała te sprawy jeszcze bardziej. Ona odpycha i odpycha, a po chwili mówi: „Odepchnęłam wszystko daleko i mam wokół siebie mnóstwo przestrzeni, czuję się wolna, niczym nieograniczona, to wspaniałe uczucie”. Zajmujemy się przez chwilę tym doświadczeniem, zachęcam ją, by pogłębiała je tak, jak potrafi, by całą sobą odczuła tę wolność. Widać, że sprawia jej to ogromną przyjemność i działa kojąco, na zwykle spiętą panią Krysię. Pytam się na ile ma miejsce w swoim codziennym życiu na takiego rodzaju doświadczenie. Opowiada, że czasem jej się zdarza to odczuwać, szczególnie w kontakcie z przyrodą, ale rzadko sobie na coś takiego pozwala. Trudno się dziwić, jeśli na co dzień jest tak mocno zaplątana w konflikt między robieniem a nierobieniem ważnych spraw. To jest coś, co nazywamy niedopełnionym procesem, bo ani jedna ani druga strona konfliktu nie może się zrealizować. Ani ważne rzeczy nie są robione, ani ich nierobienie nie jest przyjemne i dające przestrzeń – bo myśl o tym, że i tak trzeba coś robić nie daje spokoju. W związku z tym często następuje ucieczka od napięcia – pozorna, bo ostatecznie też męcząca.

Wracając do naszej pracy z procesem pani Krysi, okazało się, że odpowiednio głębokie wejście w tzw. proces wtórny (odpychanie) pomogło znaleźć odpowiedź na pytanie czemu ma służyć „nie robienie” ważnych rzeczy. Poszukałyśmy sposobów na to, by zrobić więcej miejsca w jej życiu na tego rodzaju doświadczenia.

Integracja wewnętrznego konfliktu

No dobrze, a co z drugą stroną konfliktu? W innych przypadkach pewnie można by było poprzestać na tym, ale tutaj część mówiąca „musisz to zrobić” była bardzo krytyczna, mocna, napierająca, prezentująca myślenie zero-jedynkowe: wszystko albo nic. To sposób podejścia szczególnie destrukcyjny w przypadku odkładających wszystko na potem perfekcjonistów, którzy chcąc, by coś zostało zrobione idealnie i w 100% w efekcie nie robią nic. Wyobraźcie sobie rodzica, który jest ostry i krytyczny, choć intencje wobec swojego dziecka ma dobre, nie chce jego krzywdy. Zależy mu na jego rozwoju, ale działa w sposób, który jest destrukcyjny w skutkach. Ojciec chce na przykład, by jego syn umiał żeglować, bo uważa, że to bardzo rozwijająca aktywność. Zapisuje go więc na kurs, nie pytając w ogóle syna, czy ten tego chce. To dla jego dobra, więc musi się podporządkować. Syn nie ma wyjścia, jedzie, ale czując presję buntuje się, nic mu nie wychodzi i nie czerpie z żeglowania żadnej przyjemności. A mógłoby to zupełnie inaczej wyglądać. Mógłby zostać zachęcony i zrobić coś, co będzie rozwijające czy inspirujące, ale dlatego, że sam też ma taką chęć, a nie tylko „musi, bo tak będzie dobrze”. Przymuszająca wewnętrzna część pani Krysi ma cechy takiego właśnie rodzica. Ale pamiętajmy o tym, że ten „wewnętrzny rodzic” ma sensowne intencje – bo w końcu ważne rzeczy są ważne i zrobienie ich wyjdzie (przynajmniej w założeniu) pani Krysi ostatecznie na dobre.

Poprosiłam więc panią Krysię o to, by w jedną rękę wzięła swoją część, która dba o zrobienie ważnych spraw, a w drugą tę, która potrzebuje przestrzeni. To, co się stało odbyło się poza racjonalną dyskusją. Chodziło o to, by z te dwie przeciwstawne energie mogły zacząć współpracować, współgrać, tworząc nowe, trzecie rozwiązanie. I to trzecie rozwiązanie ukazało się w symboliczny, ale dla klientki doskonale zrozumiały sposób. Okazało się, że można wnieść ważną sprawę w przestrzeń i ją zintegrować, tak, że nie będzie niczym zagrażającym.

Opisałam ten przykład, by pokazać jak ważne jest uwzględnianie wszystkich stron konfliktu. [highlight style=”yellow” ]Gdybyśmy pracowały tylko nad technikami i sposobami mającymi na celu nie odkładanie spraw na później, uznanie otrzymałaby tylko część „zmuszająca”, otrzymując siłę i energię do dalszego wywierania presji, kontynuując wewnętrzne nadużycia.[/highlight] Przez chwilę można by było się pewnie zmusić do czegoś, ale ani nie byłoby to przyjemne, ani na dłuższą metę skuteczne, bo energia stojąca za „odkładaniem” i tak dążyłaby do ujawniania się. Oczywiście u każdej osoby proces będzie wyglądać inaczej. W niektórych przypadkach trzeba dokładnie przyjrzeć się krytyczno-zmuszającej stronie, która bywa zjadliwa i destrukcyjna, a następnie różnymi sposobami łagodzić ją oraz korygować sposoby działania. Za odkładaniem może kryć się niedopełniona potrzeba odpoczynku, część chroniąca przed przepracowywaniem się (bo np. ktoś w dzieciństwie był świadkiem pracoholizmu któregoś z rodziców) albo medytacyjny stan, który dopełniony pomaga w podjęciu potrzebnych działań z precyzją i lekkością. Dlatego zajmowanie się tą stroną choć z początku może się wydawać wbrew zdrowemu rozsądkowi, daje bardzo wartościowe rezultaty.

Sprytne sztuczki w walce z odwlekaniem

A co z technikami i technologiami pokonywania prokrastynacji? Jako dodatek polecam [highlight style=”yellow” ]uważne zatrzymanie się w momencie, gdy pojawia się napięcie związane z wykonaniem zadania[/highlight]. Jak wspomniałam wcześniej, mamy często tendencję do uciekania przed tym napięciem, a warto w nim na chwilę zostać. Czasem ten moment, zanim zabierzemy się za robienie „czegoś innego”, pozwala odblokować się i zrobić to, co trzeba. Czasem pozwala na przyjrzenie się swoim realnym potrzebom – czy faktycznie potrzebuję odpocząć, czy może potrzeba mi jeszcze czegoś innego, by móc podjąć działanie, na przykład sięgnąć do swojego doświadczenia wewnętrznej przestrzeni, jak pani Krysia.

Drugi sposób (autorstwa prof. Johna Perry z Uniwersytetu Stanforda) znalazłam ostatnio na stronie 99u.com, i spodobał mi się, bo jest w pewnym stopniu procesowy – nie próbuje na siłę zmieniać mechanizmu odwlekania, a korzysta z jego własnej energii. Jak w aikido. Powiedzmy, że masz do zrobienia Bardzo Ważne Zadanie. Oczywiście odwlekasz jego zrobienie i zamiast tego, zazwyczaj, robisz cokolwiek innego. Coś co jest pod ręką, coś dostępnego, coś przyjemnego. Ale zauważ, że energię do robienia czegoś cały czas masz, jedynym problemem jest jej wykorzystanie na BWŻ. A co by było, gdyby ten napęd wykorzystać do zrobienia Mniej Ważnego Zadania, ale nadal istotnego i pożytecznego? W końcu zawsze jest coś do zrobienia. Prędzej czy później na miejsce BWŻ pojawi się coś nowego, a poprzednie straci ten straszny ładunek rzeczy-która-wisi-nad-głową. Tym, co się przydaje, by móc wykorzystać ten sposób, jest lista rzeczy do zrobienia, do której można szybko zajrzeć w krytycznym momencie odkładania ważnej sprawy na potem. Nie, tego nie zrobię teraz, może potem, ale zamiast tego… Brzmi interesująco, prawda?

Jestem ciekawa jak to jest u Was z odkładaniem na później, czy macie jakieś skuteczne sposoby i jakie macie na ten temat obserwacje?

liść na lodzie

Jesienno-zimowe dołki

Jesteśmy w szczytowym okresie krótkich, zazwyczaj szarych, dni i braku naturalnego światła przez większość czasu naszej aktywności. Niektórzy wstają jak jest jeszcze ciemno i wracają do domu, gdy już jest ciemno. Do tego gołe drzewa, obciążenie grubymi ubraniami i hasające wirusy atakujące nasze zdrowie. Świąteczne dekoracje i wszędobylskie pop-kolędy niektórym nastrój poprawiają, a innych dodatkowo irytują.

Nic dziwnego, że w tym okresie często doświadczamy sezonowego dołka w nastroju i pogorszonego samopoczucia. Producenci farmaceutyków najchętniej mówią od razu o depresji sezonowej, proponując nam tabletkę taką lub inną, by pozbyć się niechcianego stanu ducha. Jak nie tabletka, to chociaż pozytywne myślenie i robienie różnych innych rzeczy, by pozbyć się smutku. Pewnie, warto zadbać o siebie, zatroszczyć się również o to, by doświadczać radości, przyjemności, bliskości i innych pozytywnych stanów.

Ale zbyt łatwo chcemy się czegokolwiek pozbywać. Zbyt szybko dochodzimy do wniosku, że melancholijny nastrój, a nawet dołek to coś, co trzeba natychmiast wyciąć, stłumić, zamienić na coś innego. Zainspirował mnie dziś Arnold Mindell, przypominając o tym, że czas jesienno-zimowy w swej naturze polega na spowolnieniu, czy wręcz zatrzymaniu – choć nie znaczy to, że życie przestaje istnieć, raczej schodzi do podziemi, pod ziemię. Jest częścią cyklu przemian, ciemne-jasne-ciemne-jasne, i tak dalej. Podobnie nasza aktywność w swej naturalnej postaci podlega tego rodzaju fluktuacjom. Mamy okresy, gdy energii jest dużo, świeci słońce, chęć do działania płynie naturalnie. Mamy też czas wolniejszy, któremu czasem warto się poddać, posłuchać swojej melancholii, spokojniejszego tempa, zadbać o miejsce na chwilę refleksji i odpoczynku. Może ten zimowy „dołek” jest zaproszeniem do przyłączenia się do naturalnego cyklu? Smutek jest emocją, która skłania do zatrzymania, informuje o tym, co ważne (a na przykład zostało utracone), a także powoduje wycofanie z aktywności między innymi w celu odbudowania zasobów i przemyślenia dotychczasowych działań.

Współczesna tendencja do faworyzowania pozytywnych stanów może się kończyć nieumiejętnością tolerowania stanów mniej przyjemnych, ale będących normalną częścią naszej ludzkiej egzystencji. To ta nietolerancja bardziej niż same niekomfortowe stany staje się przyczyną cierpienia. Do tego dokłada się niestety nacisk na bycie produktywnym i efektywnym bez względu na wszystko, nie pozwalając na zmiany w aktywności.

Może moglibyśmy spróbować wczuć się w jakość tego zimowego, zatrzymanego, stanu, poczuć go w sobie i odkryć jego mądrość? Zakopując się pod koc z książka, w pewnym sensie to robimy…

Oczywiście, jak zauważył też Mindell, nie wszystko działa na wszystkich, nie wszystko dotyczy wszystkich. Może się zdarzyć, że przeżywany smutek jest bardzo silny, zaczyna zakłócać codzienne funkcjonowanie, a do tego towarzyszą mu silnie negatywne myśli. Jeśli dodatkowo pojawiają się objawy takie jak zaburzenia snu czy jedzenia – wtedy zdecydowanie warto skonsultować swój stan ze specjalistą, np. psychoterapeutą.

Approaching the Blue Lagoon

Trzęsienia ziemi w świecie i w nas

Approaching the Blue Lagoon

Możemy potraktować to, co dzieje się z Ziemią jako element naszego życiowego procesu.

Przyznam, że od jakiegoś czasu nieszczególnie wytrwale śledzę wiadomości, wychodząc z założenia, że to, co serwują nam media to i tak w większości niewiele znacząca papka. Wychodzę też z założenia, że jak coś jest ważne to i tak prędzej czy później dotrze do mnie informacja. Tak właśnie było z wieściami na temat trzęsienia ziemi na Haiti. Ale właściwie to nie o moich zwyczajach chciałam napisać, a o pewnej idei, która przy tej okazji do mnie powróciła.

Idea jest prosta, acz konsekwencje niesie dalekie: my i świat to jedno. W jakimś sensie i na jakimś poziomie, oczywiście. W pracy z procesem rozróżnia się kilka sposobów ujawniania się informacji (procesu), mówimy o kanałach prostych: słuchowym, wzrokowym, propriocepcji i ruchu. Istnieją też dwa szczególne kanały złożone: relacji i świata. Chciałabym skupić się na tym ostatnim, nie wchodząc (na razie) jakoś specjalnie w teorię dotyczącą samych kanałów i sygnałów przez nie przepływających. Continue Reading

głęboka demokracja praca z procesem tolerancja

Głęboka demokracja i tolerancja

W tzw. zachodniej kulturze najbardziej rozpowszechnionym oraz cenionym ustrojem jest demokracja, rozumiana jako rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości. Oczywiście z wykonywaniem tego ideału jest różnie i pewnie można by dyskutować gdzie faktycznie panuje demokracja, jednak ja chciałabym się skupić na bardziej psychologicznym niż politycznym aspekcie sprawy.

Idea demokracji, czyli dokonywania wyborów głosem większości, to nie tylko partie polityczne i głosowania w Sejmie. Dość często na co dzień, choćby w grupie przyjaciół, gdy trzeba coś rozstrzygnąć, stosujemy metodę „kto za opcją X, a kto za opcją Y”, przy czym wygrywa ta opcja, która ma więcej zwolenników. Zasada prosta i dość łatwa w realizacji. Wszyscy się zgadzają, a ci z mniejszości nie mają innego wyjścia, jak tylko podporządkować się reszcie.

Zdarzyło się Wam kiedyś być w mniejszości? Nie zawsze akceptacja głosu większości jest łatwa i nie zawsze mamy na nią wewnętrzną zgodę. Ponieważ ten rodzaj rozstrzygania jest w naszej kulturze rozpowszechniony i ceniony, wynik „głosowania” z założenia zamyka mniejszości usta. Większość wybrała, koniec dyskusji, nie ma raczej możliwości odwoływania się czy wyrażania swojego niezadowolenia. Można pojęczeć, ale „większością głosów” jest zazwyczaj ostatecznym argumentem.

W skrajnych przypadkach, i tu już przechodzimy z gruntu towarzyskiego na szerszy grunt społeczny, w takiej sytuacji, mniejszość w pewnym momencie zbuntuje się, bo ilość poczucia niesprawiedliwości, zranienia i braku zrozumienia przekroczy granicę znośności. Demokracja nie zawsze prowadzi do sensownego rozwiązywania konfliktów.
Pojęcie głębokiej demokracji, wprowadzone przez Arnolda Mindella, opiera się na założeniu, że wszelkie doświadczenia, poglądy, uczucia zasługują na wzięcie pod uwagę. W przypadku grup, każdy głos ma prawo zostać wyrażony, niezależnie od reprezentowanej opcji, a jego zdanie zostanie w jakiś sposób uwzględnione. Nie chodzi tu tylko o powiedzienie czy jestem za czy przeciw, ale o wyrażenie siebie, swoich uczuć, postaw, przemyśleń na forum. Gdy wszystkie postaci wyrażą siebie, przychodzi czas na wypracowanie jakiegoś consensusu, czyli rozwiązania, które będzie satysfakcjonowało wszystkie strony.
Nie jest to łatwy proces, wymaga ogromnego zaangażowania, uważności i otwartości. Jesteśmy przyzwyczajeni do siły większości, więc trudno jest zmienić nawyki. Problem z władzą większości jest taki, że łatwo o różnego rodzaju nadużycia, często zupełnie nieświadome. Dlatego w takim procesie potrzebna jest osoba o bardzo dużej świadomości, która wyłapuje pojawiające się sygnały i robi miejsce na ich rozwinięcie się. Konflikty często rodzą się z frustracji związanej z brakiem wysłuchania i uznania, ta metoda pozwala je „rozbrajać”.

Co ciekawe, ideę głębokiej demokracji można realizować nie tylko w kontekście społecznym, ale również w ramach życia wewnętrznego pojedynczego człowieka. Każdy z nas ma w sobie wiele różnych głosów, postaci, dążeń. Mamy tendencję do skłaniania się bardziej ku jednym niż ku innym. Często wybory te są sankcjonowane normami zewnętrznymi, a innym razem wewnętrznymi przekonaniami i uprzedzeniami. Tak jak możemy wykluczyć członka jakiejś mniejszości w świecie społecznym, tak samo możemy wykluczyć i zranić niechciane części nas samych. I jeśli czytaliście moje poprzednie teksty na temat pracy z procesem, to pewnie domyślacie się, że wykluczane są najczęściej części należące do procesu wtórnego.

Głęboka demokracja pozwala przerwać rządy wewnętrznej psychologicznej większości, na rzecz swobodnego wyrażania potrzeb przez różne, nawet najmniejsze frakcje. I nie chodzi tutaj o poddawanie się każdemu impulsowi, bez brania pod uwagę norm czy innych aspektów. To byłaby anarchia. Chodzi bardziej o stworzenie przestrzeni, w której każda częśc może wyrazić swoje potrzeby oraz wejść we wzajemny dialog. Aby tego dokonać jest jednak potrzebny sprawny wewnętrzny obserwator, który będzie w stanie bezstronnie zarządzać tym procesem, choć najłatwiej pracuje się, gdy wspomóc nas może jakaś inna osoba.

Konflikt wewnętrzny polega zazwyczaj na tym, co najmniej dwie postaci (sub-osobowości, aspekty psychiki) mają różne potrzeby, przekonania czy pomysły do zrealizowania. Każda ciągnie w swoją stronę, a my najczęściej skłaniamy się ku jednej z nich, choć nie zawsze bez wątpliwości. Co najczęściej robimy? Staramy się wytłumić tę część, która wg nas jest niepotrzebna, szkodliwa, niemożliwa do zrealizowania, uciążliwa, itd. Dokonujemy wewnętrznego nadużycia. Części niedocenione, niewysłuchane, mocno zranione, często, doprowadzone do skrajności, mają tendencję do stawania się terrorystami. A z nimi jest zawsze kłopot.

Dlatego, by nie dopuścić do takiej sytuacji, każda ze stron konfliktu, czy też każdy członek wewnętrznej, psychicznej społeczności, powinien mieć możliwość wypowiedzenia się, a jego potrzeby wzięte pod uwagę.

Co ciekawe, nasze wykluczenia wewnętrzne lubią iść w parze z zewnętrznymi. Wyobraźmy sobie, że mam w sobie pewną szaloną część, takiego Wariata, który zachowuje się w niezrównoważony sposób, i boję się jej, uważam, że jest niebezpieczna i nie powinna nigdy ujrzeć światła dziennego. Przerażeniem napawa mnie wizja własnego szaleństwa. Jest bardzo prawdopodobne, że będę się też bać „wariatów” w świecie zewnętrznym, będę ich spychać na margines, odwracając uwagę, woląc by byli w „bezpiecznym” miejscu, pokazując palcem i mówiąc, że to „dziwne”, „straszne” lub „tragiczne”. Pewnie będe się też dziwić, czemu wciąż natrafiam na jakichś pomyleńców na przykład na ulicy.
Jeśli nie otworzę się na mojego własnego Wariata (i odkryję o co mu chodzi, co może wnieść do mojego życia), będę marginalizować Wariatów tego świata.

Mój Wariat może kryć w sobie nieprzebrane skarby, bo tylko z pozycji procesu pierwotnego jest z nim „coś nie tak”, jest „chory”. Może to być spontaniczność w wyrażaniu siebie, może szczególna wrażliwość, a może niesamowity rodzaj twórczości, która nie zna granic. Może wariactwo to po prostu przyzwolenie sobie na bycie innym. U każdego może się to przejawić inaczej, dla każdego wariactwo może nieść inny przekaz.

Największy kłopot zazwyczaj pojawia się wtedy, gdy marginalizowany aspekt (wewnątrz czy na zewnątrz) sam stosuje metody przemocowe. To tak jak w dyskusjach o nietolerancji – czy mamy być tolerancyjni wobec tych, którzy nie są tolerancyjni? Czy w dyskusji na przykład o wykluczaniu osób homoseksualnych jest miejsce dla tych, którzy mają homofobiczne przekonania? I tak, i nie. Mindell uważa, że jeżeli nie uwzględnimy faktycznie wszystkich stron, to proces marginalizowania będzie się i tak odbywał. Jednak musi to być zrobione z ogromną uważnością, w odpowiednim kontekście i bez zgody na przemoc. Jeśli nie potraktujemy osoby która jest w mniejszości (i doświadczyła nadużyć) ze szczególną uwagą, troską i wsparciem, dyskusja ze sprawcą przemocy na zasadzie „prawda leży po środku” będzie kolejnym nadużyciem. Pseudo-dyskusje, których świadkami możemy być często w mediach, w których w ramach pluralizmu zaprasza się osoby głoszące skrajne poglądy, kończy się często agresją i przepychanką (co się oczywiście dobrze sprzedaje), ale z prawdziwym dialogiem nie ma nic wspólnego. Potrzeba nie lada umiejętności i świadomości aby umożliwić taki proces, nie doprowadzić do eskalacji przemocy, ale umożliwić spotkanie się dwóch stron. Może to być bardzo uwalniające, jeśli wejdzie się pod powierzchnię utartych argumentów, pozwala zrozumieć procesy które doprowadziły każdą ze stron do obecnego miejsca.

Oczywiście koncepcja głębokiej demokracji jest pewnym ideałem, do którego możemy dążyć. Praktyka pracy z procesem pokazuje jednak, że można ją skutecznie stosować w pracy z grupami, dzięki czemu konflikty zostają rozładowane, złagodzone a przynajmniej zrozumiane.

Także w pracy nad samym sobą głęboka demokracja jest przydatna, bo pozwala na realne rozwiązanie konfliktów wewnętrznych, nie mówiąc już o niesamowitym poszerzeniu świadomości. Pozwala to na szersze spojrzenie na procesy, które w nas zachodzą, większą akceptację dla tego, co się wydarza, co z kolei prowadzi do pełniejszej realizacji naszego potencjału.

„Według mnie podstawowy problem demokracji nie dotyczy władzy. Chodzi o świadomość. Wyznacza ona zupełnie inny paradygmat. Świadomość wiąże się z dostrzeganiem tego, co dzieje się w nas samych, w naszych interakcjach, ze świadomością zmian w wysyłanych przez nas sygnałach, świadomością naszych snów, tego, co najgłębsze. Tak więc gdy zbiorowości kulturowe dążą do demokracji, my pragniemy głębszej demokracji, w której kluczową rolę odgrywa świadomość, nie zaś władza.”                            – Arnold Mindell

Do dalszego poczytania: o głębokiej demokracji na stronie Fundacji Głębokiej Demokracji, artykuł Tomasza Teodorczyka „Persona non grata”. książki Arnolda Mindella „Siedząc w ogniu” i „Otwarte forum”.

książki o psychologii zorientowanej na proces

Książki o pracy z procesem, które warto przeczytać

Wiele osób pyta się mnie co warto przeczytać z literatury dotyczącej psychologii zorientowanej na proces, a co lepiej odpuścić. Ponieważ pozycji na ten temat jest całkiem sporo, a do tego różnią się poziomem, napisałam subiektywny przewodnik po literaturze procesowej. Nie jest to lista wyczerpująca, i dominują pozycje wydane po polsku (po angielsku jest ich znacznie więcej), ale jest z czego wybierać na dobry początek.

Psychologia procesu. Teoria i praktyka., red. Bogna Szymkiewicz – Moim zdaniem najlepsze wprowadzenie w zagadnienia psychologii zorientowanej na proces. Są tam artykuły, wywiady i rozmowy, zarówno polskich jak i zagranicznych psychologów. Teksty dotyczą przeróżnych aspektów POPu, prezentując jego szerokie spektrum, zachęcając jednocześnie do dalszego zgłębiania tematu. Jest to nowe wydanie, poprawione i poszerzone książki, która wcześniej nosiła tytuł „Po drugiej stronie kłopotów”.

Droga powstaje, gdy idziesz. Psychologia procesu w praktyce. Julie Diamond, Lee Spark-Jones. Bardzo systematyczne i uporządkowane przedstawienie podstawowych koncepcji pracy z procesem. Zawiera praktyczne przykłady oraz ćwiczenia, które pomagają w zastosowaniu metody. Można powiedzieć, że książka ta funkcjonuje jako podręcznik dla studentów pracy z procesem, ale będzie to też przystępna pozycja dla każdej osoby ciekawej tej metody i jej konkretnych zastosowań.  

Tyłem do przodu, Arnold Mindell – pozycja ciekawa przede wszystkim dlatego, że jest wprost wypełniona opisami praktycznych sposobów pracy z procesem. Jest to zapis kilkudniowego seminarium, które prowadzili Arnie i Amy Mindell. Opisane i „przećwiczone” są różne aspekty pracy takie jak praca wewnętrzna, praca z ruchem czy praca z symptomami fizycznymi. Wszystkie elementy posiadają krótkie wprowadzenie, a techniki są omawiane i podsumowane. Najlepsza pozycja dla tych, którzy chcą zobaczyć „o co chodzi” w tej całej pracy z procesem z bardzo praktycznej perspektywy.

pracy ze śniącym ciałem, Arnold Mindell – jedna z pierwszych książek autora. Od tamtego czasu terminologia się wielokrotnie zmieniała i niektóre koncepcje się rozwinęły, jednak nadal jest to bardzo dobry wstęp do teorii i praktyki pracy z procesem napisanych przez twórcę metody.

Zranione stany świadomości, Bogna Szymkiewicz – Jest to bardzo bogata praca dotycząca tak zwanych trudnych emocji pojawiających się na skutek zranienia. Autorka przedstawia wewnętrzną dynamikę emocji i postaci, które wpływają na nasze zachowania, odczucia i relacje, pozwalając głębiej je zrozumieć.

Moc. Podręcznik użytkownika. Julie Diamond. Autorka czerpie ze swojego wieloletniego doświadczenia pracy z biznesie i łączy je z koncepcjami psychologii procesu. Efektem jest książka, która w wyczerpujący sposób tłumaczy dynamikę władzy, różnych zjawisk w relacjach międzyludzkich i uczy jak czerpać ze swojej wewnętrznej mocy w dobry sposób.

Metaumiejętności. O sztuce psychoterapii., Amy Mindell – ta pozycja opisuje procesowe podejście do pracy terapeutycznej. Metaumiejętności, są to takie cechy i sposoby działania psychoterapeuty, które nie są związane z umiejętnością posługiwania się poszczególnymi technikami. Można powiedzieć, że jest to sposób traktowania klientów, ich problemów i tego co się wydarza w trakcie pracy. Nie jest to jednak książka tylko dla psychoterapeutów, ale dla wszystkich, którzy pracują z ludźmi i z samym sobą – pokazuje bowiem, jakiego rodzaju postawy pozwalają w twórczy sposób odkrywać nasze życiowe procesy.

Śpiączka – klucz do przebudzenia, Arnold Mindell – Książka ta dotyczy bardzo specyficznej i wąskiej dziedziny POPu – pracy z osobami, z którymi pozornie nie ma już żadnego kontaktu. Mimo to, Mindell opisuje swoją pracę z osobami w śpiączce, dzieląc się jednocześnie technikami i sposobami nawiązywania tego rodzaju kontaktu.

Cienie miasta, Arnold Mindell – jak dla mnie jedna z bardziej fascynujących książek, ponieważ dotyczy pracy z osobami w odmiennych stanach świadomości oraz oznaczonych etykietą „patologia”. Mindell opowiada o tych wszystkich, którzy zostali wyrzuceni poza nawias społeczeństwa, ponieważ nadużywają substancji, mają zaburzenia psychiczne czy też są nastawieni antyspołecznie. Stara się pokazać w jaki sposób można z takimi osobami pracować, a także jakie znaczenie dla nas, jako dla społeczeństwa, mają te osoby i w jaki sposób możemy wziąć kawałek odpowiedzialności za proces ich marginalizacji.

Radical Intercourse, Joseph Goodbread – moim marzeniem jest zobaczyć polski przekład tej książki, jest bowiem bardzo wyczerpującym opisem tego co dzieje się w relacji między klientem a terapeutą. Jednak nie jest to książka jedynie dla terapeutów, bowiem podobne wzorce pojawiają się również w innych, bardziej „codziennych” relacjach między ludźmi. Często trudno jest zrozumieć co faktycznie dzieje się w relacji, Goodbread w świetny sposób odkrywa przed nami te tajemnice.

Befriending conflict. Joe Goodbread. Kolejna książka, którą bym chętnie zobaczyła w polskim wydaniu.