próg i zmiana

Trudności ze zmianą czyli progi, o które się potykamy

W psychologii procesu „progiem” (ang. „edge”, co można tłumaczyć również jako „krawędź”) nazywamy granicę oddzielającą to, co znane, to z czym się utożsamiamy, od tego co jest mniej znane i od naszego poczucia „ja” dalsze. Próg może dotyczyć zachowań, doświadczeń, działań i blokuje niejako przepływ naturalnego procesu rozwoju czy „dziania się” spraw.

Za progiem jest przestrzeń zmiany, przed nim jest przestrzeń dotychczasowego działania, nawyku, stanu rzeczy. Można mówić też o tożsamości – to, z czym się utożsamiamy jest przed progiem. To, co znamy, tacy jesteśmy, takimi siebie widzimy. Tam, gdzieś tam, jest to czego pragniemy (lub/i boimy się), kim nie jesteśmy, a chcielibyśmy (w przypadku zmian inicjowanych intencjonalnie) lub/i boimy się (częste w zmianach „wymuszanych” przez życie) być.

Tomek Teodorczyk tak pisze o procesie zmian i blokadach z tym związanych:

„Przemijanie nie oznacza zasadniczo nic więcej jak tylko przechodzenie z jednego stanu do drugiego, odnosi się więc do procesu zmiany, a ta z kolei określa dla psychoterapeuty rozwój psychiczny człowieka. Problem oczywiście tkwi w tym, że człowiek pewne zmiany spostrzega jako pozytywne, korzystne dla siebie i związane z rozwojem a inne dokładnie odwrotnie. Psychologia procesu, która jest współczesną wersją filozofii taoistycznej ma w tym względzie inne podejście – to szczególnie zmiany niechciane, pilotowane przez wydarzenia, które nam się przytrafiają, niosą szczególnie cenną informację o kierunku naszego rozwoju.

Tak więc każda zmiana będzie przez nas rozumiana jako nośnik rozwoju, jeżeli będziemy w stanie odczytać jej właściwy kontekst i kierunek oraz jeżeli będziemy zdolni do bardziej elastycznego podejścia niż tylko takie, które z uporem godnym lepszej sprawy broni drogocennego staus quo.

Abraham Maslow, jeden z twórców psychologii transpersonalnej, mówił, że życiem psychicznym człowieka rządzą dwie najważniejsze tendencje – do obrony i do rozwoju.

Psychologia procesu mówi, że nasza tożsamość określa bezpieczny i znany obszar naszego funkcjonowania, jednak nie jest ona zdolna do rozwiązania żadnego z naszych istotnych problemów życiowych ani też nie ma w sobie rozwojowego potencjału. Dodatkowo broni się ona jak tylko może przed dopuszczeniem do głosu innych aspektów naszej psychiki, które mogłyby ją rozwinąć i poszerzyć.

Z tego względu przemijanie, niejako „odpadanie” naszej starej tożsamości jest koniecznym elementem przechodzenia do jej nowego, szerszego, bardziej rozwojowego wariantu.

Jednak wszyscy boimy się zmian, gdyż zwykle oznaczają one wejście w coś, czego nie znamy, nie rozumiemy a na dodatek bardzo często niesie ze sobą poważne wyzwanie związane z konfrontacją nowego „ja” z relacyjnym i społecznym otoczeniem, które, podobnie jak my, nie lubi zmian albo też mniej lub bardziej jasno określa ich akceptowalny zakres.”

To, co nieznane… czasem fascynuje, czasem przeraża, a nierzadko wywołuje jedno i drugie naraz. Największe progi związane są z głębokimi zmianami na poziomie tożsamości. Po przekroczeniu progu stajemy się w pewnym sensie kimś innym, niektóre stare zachowania przestają być potrzebne, pojawiają się nowe. To piękne, ale też trudne doświadczenie. Dodatkowo, szczególnie w przypadku głębokich procesów, próg jest bardziej przestrzenią niż ostrą, pojedynczą linią. W przestrzeni tej nie jesteśmy już „tamtym starym”, ale nie jesteśmy też jeszcze „tym nowym”. Jakbyśmy stali za zakrętem, nie wiedząc do końca co nas tam spotka, nie umiejąc się jeszcze zachować. Ta przestrzeń pomiędzy bywa pełna przerażenia i nierzadko strachu. Wspomniany już Tomek Teodorczyk odnosi przechodzenie przez próg do rytuałów przejścia, polecam jego artykuł na ten temat.

Jak rozpoznać próg

Próg może się przejawiać na różne sposoby. Mogę czuć, że nie umiem, nie mogę, nie dam rady, to nie dla mnie. Mogę czuć, że „coś” mi nie pozwala, coś jakby poza moją kontrolą. Ściana, mur, wewnętrzny sabotażysta. Czasem próg jest tak duży, że nawet nie chcę patrzeć czy myśleć o tym, co jest inne. Próg przejawia się też w opiniach i ocenach, że coś jest głupie, bez sensu albo „jak tak można” – jeśli inni to robią. Zdarza się, że próg jest odczuwalny wręcz fizycznie – blokadą w ciele, odpychaniem, czy chęcią ucieczki. Odległy próg może istnieć poza świadomością, przejawiając się niezauważaniem konieczności zmiany, mimo pojawiających się sygnałów ją sugerujących lub nawet gdy zmiana dzieje się „bez pytania”.

W trakcie terapii możemy się spodziewać pewnych konkretnych sygnałów, które mówią, że klient „jest na progu”. Zmienia temat, nie chce się zajmować czymś, o czym przed chwilą żywo mówił, ziewa, czuje, że nie może, nie potrafi albo wstydzi się bardzo. W życiu codziennym też możemy zauważyć takie momenty wycofania się lub zatrzymania. Chcesz coś powiedzieć, ale nie możesz, chcesz coś zrobić, ale się boisz. Myślisz o czymś, a potem to umyka. Planujesz coś zrobić, ale zapominasz o tym, kolejny raz z rzędu. Obserwujesz kogoś, kto robi coś inaczej niż ty i masz burzę mieszanych uczuć – chcesz, ale się boisz; nie chcesz, nie podoba ci się, ale nie możesz przestać o tym myśleć. Można też mieć fizyczne objawy różnego rodzaju: bóle w ciele, bóle głowy, zawroty głowy, odczucie pustki w umyśle, jakieś dziwne odczucia w ciele – szczególnie w momentach kiedy masz zrobić coś dla siebie trudnego, zabierasz się za to lub myślisz o tym. Ponieważ odczucia te są niezbyt przyjemne, odruchowo uciekamy od tych sytuacji. A tu trzeba mimo wszystko zatrzymać się i zobaczyć o co chodzi. Jakie przekonania, doświadczenia, obawy, „figury progowe” nie pozwalają na zmianę? Dopiero wtedy można zacząć jakąś pracę na ten temat. (Polecam wrócić do poprzedniego artykułu, w którym co prawda nie używam jeszcze pojęcia progu, ale opisuję, mechanizmy, które go tworzą).

A czasem na progu wyglądamy tak:

.


W przestrzeni progu siedzą przeróżni strażnicy – przekonania, czy wręcz całe systemy przekonań: osobistych, rodzinnych, społecznych, kulturowych. Mówią one o tym, że czegoś nie można, nie wolno, nie wypada, nie da się. Czasem przekonania te wypowiada dana osoba, jako swoje własne, często pozornie bardzo racjonalne, przekonania. Mogą też w tej roli zostać obsadzeni inni ludzie – rodzina, bliscy, przedstawiciele społeczeństwa czy jacyś bliżej nieokreśleni „oni”. Strażnicy pilnują status quo, trzeba ich przekonać, przechytrzyć albo zignorować.

Duże progi, małe prożki

Próg może być niewielki, niemal nieznaczący, wystarczy lekka zachęta, delikatnie popchnięcie siebie samego czy z pomocą kogoś innego, by zrobić coś nowego. To nowe już się właściwie dzieje, trzeba tylko to dostrzec i wzmocnić.

Ale bywają progi średnie i wielkie, takie życiowe, z którymi mierzymy się od nowa i od nowa. Koronkowa robota, kawałek po kawałeczku pozwala posunąć się bliżej rzeczywistości po drugiej stronie. Progi długoterminowe mogą się przejawiać w przekonaniach czy sprawach, które regularnie nie wychodzą albo powracają – podobne relacje, podobne konflikty, podobne postanowienia, których nie sposób wypełnić.

Jeśli próg jest duży, nie warto go forsować na siłę. Może i uda się go przeskoczyć, ale najczęściej tylko na chwilę, później następuje bolesny powrót któremu towarzyszy bardzo, bardzo nieprzyjemne uczucie. Pewne sytuacje sprzyjają spontanicznemu przekroczeniu progu – na przykład stan zakochania powoduje, że wydaje się nam, że możemy przenosić góry. I przenosimy je. Robimy rzeczy, których byśmy w innej sytuacji nie robili. A potem dodatkowe paliwo się kończy. Niektóre szkolenia czy „eventy” szkoleniowe mają podobne działanie. Ogromna energia, którą serwują, pomaga przekraczać swoje progi, ale niestety po jakimś czasie często sprężynka wraca na swoje miejsce.

Pchanie kogoś (albo siebie!), mówiąc „dla chcącego nic trudnego”, „jeśli Ci nie idzie, to znaczy, że się niewystarczająco starasz” czy „trzeba się wziąć garść i zmusić” jest przemocą i wchodzeniem w koalicję z krytykiem, który przy okazji progów bardzo ochoczo się pojawia.

Jak zrobić hop przez próg

Praca nad progiem jest zazwyczaj bardziej energo- i czasochłonna niż namiętne czytanie o sposobach na zrobienie czegoś i fantazjowanie na temat tego, jak to będzie świetnie, jak już się uda. Warto jednak włożyć ten wysiłek, by faktycznie podążać za nurtem zmian.

Na marginesie, do wszystkich Wewnętrznych Krytyków, którzy lubią suszyć głowę o sam fakt bycia na progu: Próg jest normalnym zjawiskiem. Wszyscy mają takie doświadczenia. Próg jako taki nie jest niczym złym, jest informacją o naszej wewnętrznej strukturze a nie słabością. Pokazuje nam w którym miejscu „utknęliśmy”, więc można go świetnie wykorzystać.

Na progu jest wiele różnych przekonań, które blokują zmianę. Przekazy kulturowe, społeczne, pokoleniowe. Tego nie wolno, tamtego tym bardziej, to nie wypada a tak się nie robi. Często na progu pojawia się dobitne „tak nie można”, ale gdy podrążymy głębiej, popytamy tych strażników progu dlaczego, jak to, ale czy naprawdę, okaże się, że argumenty bywają irracjonalne. Czasem próg potrzeba docenić, bo kiedyś chronił, ale dziś jest już nieaktualny. W innych przypadkach trzeba znaleźć w sobie siłę lub/i wewnętrznego sprzymierzeńca, by ostro się przeciwstawić na przykład pewnym sztywnym czy nieaktualnym zasadom.

Potrzeba często też dobrego, akceptowalnego modelu nowego zachowania. Dlaczego akceptowalnego? Wyobraźmy sobie, że ktoś potrzebuje być bardziej stanowczy i mocny w swoich przekonaniach i działaniach. Sęk w tym, że taki sposób bycia kojarzy mu się z ojcem, który bywał agresywny i nadużywający. Osoba ta potrzebuje innego, mądrzejszego przykładu, w jaki sposób można być stanowczym i szanować innych ludzi.

Czy to próg, czy to proces?

W trakcie nauki pracy z procesem poznałam bardzo ważne pytanie, które należy zadać, gdy pojawia się jakaś trudność związana z wprowadzaniem zmian: czy to jest próg, czy to jest proces?

Różnica jest istotna, bo w subiektywnym odczuciu w obu przypadkach doświadcza się trudności we wprowadzeniu jakiegoś rodzaju zmiany w swoim podejściu czy zachowaniu.

Niech następujący przykład zilustruje co mam na myśli, mówiąc, że coś jest procesem a nie progiem. Pracowałam kiedyś z kobietą, która uważała, że potrzebuje być bardziej spokojna i zrelaksowana, ale nie wychodzi jej to, bo jest ciągle nerwowa. W toku pracy okazało się, że to czego potrzebuje to raczej lepszy kontakt ze swoją siłą, używanie jej i bycie bardziej ekspresyjną. Nie potrzebowała pracy z progiem na bycie spokojną a rozwinięcia innych sposobów bycia i działania. Gdyby usilnie starała się być spokojniejsza, tkwiłaby w martwym punkcie (i nadal śniłyby się jej bójki i kłótnie, co było jednym z sygnałów informujących nas o kierunku pracy).

Z progiem zaś mamy do czynienia, kiedy kierunek jest dobry, ale przekonania, brak umiejętności czy inne przeszkody utrudniają wprowadzenie zmiany. Mogę na przykład uważać, że nie mogę być delikatna i spokojna, bo to oznaka słabości. Albo różnego rodzaju doświadczenia (sny, spotykane osoby, spontanicznie pojawiające się stany) mogą kierować mnie ku medytacji, ale nie będę wiedziała jak za to się zabrać lub będę się bała, że wtedy stanę się np. zbyt leniwa.

To rozróżnienie jest ważne, bo czasem wpadamy w pułapkę zajmowania się nie tą sprawą, co trzeba. Nie raz spotykałam się z frustracją, bo ktoś nie może stać się „bardziej jakiś”, a okazuje się, że potrzebuje tak naprawdę „być bardziej” pod zupełnie innym względem. Aby dokonać tego rozróżnienia, trzeba zazwyczaj włożyć sporo wysiłku w refleksję nad sobą, bo nie zawsze jest to oczywiste.

Zmiana ma swój czas

Co powoduje zmianę? Chcielibyśmy w swych fantazjach o omnipotencji, pchani przekonaniem o byciu kowalem własnego losu myśleć, że my sami. Chcieć to móc, i tak dalej. Nie zawsze tak jednak jest. Czasem zmiana musi dojrzeć… czasem potrzebne jest „jeszcze coś” i nie wiadomo do końca co to jest, póki się nie objawi. Najlepsze techniki, najbardziej wytężona praca nad problemem, najwspanialszy terapeuta nie przeskoczą czynnika gotowości do zmiany. I to wcale nie jest smutne, moim zdaniem to jest nawet uwalniające. Pewne rzeczy po prostu się dzieją i już. W jednym momencie życia coś może być nie do przeskoczenia, a w innym zadzieje się niemal bez wysiłku.

Zmiana bywa też procesem drobnych przyrostów, niewidzialnych w danym momencie. Mam w takich przypadkach następujący obraz, którym się często dzielę: wyobraź sobie dno morza. Na dnie ktoś zbudował schody na powierzchnię, a ty po nich wchodzisz, stopień za stopniem. Cały czas jesteś pod wodą, więc nie czujesz zmiany (dla dobra metafory zostawmy kwestię ciśnienia). Dopiero przy ostatnim stopniu nagle, w niesamowity sposób wynurzasz się i coś się zmienia!

Ile osób traci nadzieję w połowie drogi, ile osób niecierpliwi się, że nic się nie zmienia – mimo, że idą po tych schodach, może i powoli, ale konsekwentnie…

A na koniec refleksja na temat tego czym jest próg w szerszym wymiarze, nie tylko rozumiany jako denerwująca przeszkoda, ale jako coś istotnego w naszym rozwoju:

„Progi ujawniają najgłębsze przekonania na temat życia, śmierci i zmiany, prowokują nas do zadawania sobie pytań, takich jak: „Jak odnoszę się do nieznanych aspektów istniejących we mnie oraz w innych osobach?” lub: „Czego dowiaduję się o sobie samym w sytuacji pokonywania jakiejś przeszkody lub przezwyciężania lęku?”. (…) istotą pracy z progiem jest nawiązanie relacji ze swoim przeznaczeniem lub tym, co przekracza wymiar jednostki.”

– Julie Diamond, Droga powstaje, gdy idziesz.

odkładanie na później

Czy Ty też odkładasz wszystko na później?

[dropcap type=”square” round=”yes” color=”#f5f5f5″ background_color=”#4583b3″ ]D[/dropcap]oskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że powinieneś daną rzecz zrobić. Jest ważna, bardzo ważna, to też dobrze wiesz. Bardzo możliwe, że jeśli jej nie zrobisz, konsekwencje nie będą zbyt przyjemne, choć zazwyczaj nie natychmiastowe. Im bardziej wiesz, że trzeba to zrobić, tym bardziej tego nie robisz, mówisz – zrobię to jutro, przecież nic się nie stanie, jak zrobię to jutro. A dziś zajmujesz się czymś innym. Zazwyczaj czymś o wiele, wiele mniej ważnym. A jutro? Jutro znów odkładasz na kolejne jutro, bo w końcu nie zbawi cię te paręnaście godzin, a teraz przynajmniej możesz odsunąć od siebie nieprzyjemne napięcie. Znacie to?

Lenistwo, brak silnej woli, nieodpowiedzialność czy jeszcze coś innego?

Zjawisko to otrzymało trudną do wymówienia nazwę: prokrastynacja, choć oficjalnie w języku polskim takiego słowa (jeszcze?) nie ma. Jest za to swojskie „odwlekanie”. Prokrastynacja jest kalką z angielskiego pojęcia „procrastination”, które stało się w ostatnich latach bardzo modne, szczególnie we wszelkiego rodzaju internetowych poradnikach dotyczących produktywności (też modne). Możemy więc w sieci znaleźć sto jeden sposobów na „walkę z prokrastynacją”. Zrób sobie listę zadań. Dziel zadania na mniejsze części. Nagradzaj się za postępy. Wysil wolę i po prostu zrób tę natrudniejszą rzecz od razu, jako pierwsze zadanie z rana. Przestań odkładać. No po prostu przestań odkładać, odkładanie nie jest dobre! Nadal odwlekasz? Chyba za mało się starasz…

Mogłoby się wydawać, że odkładanie spraw na później dotyczy tylko nieprzyjemnych obowiązków. Ale od wielu osób słyszę, że jak już się zabiorą za dane zdanie, to leci, można się przyjemnie „wkręcić” czy nawet doświadczyć stanu „przepływu” (ang. flow – stan, w którym osoba zatraca się w wykonywaniu danej czynności, często tracąc poczucie czasu). Są też pewne zadania, które same w sobie nie są szczególnie przyjemne, za to wiadomo, że przyczynią się znacznie do poprawy naszego dobrobytu, pomogą spełnić ważne plany i wpisują się mocno w nasz system wartości. No to w takim razie o co chodzi, dlaczego tak trudno jest się za nie zabrać? Brak czasu? Nieumiejętność zorganizowania się? Lenistwo? Oczywiście, możemy tłumaczyć to sobie lenistwem i brakiem tzw. silnej woli i walczyć z tym brakiem odwołując się do bycia odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem, który wie, że pewne rzeczy po prostu trzeba zrobić. Czasem to pomaga. Ale czasem wręcz pogłębia problem.

Prokrastynuj jeszcze więcej, czyli podejście procesowe

Zanim spróbujemy przeróżnych technicznych sztuczek (nie mówię, że są zupełnie nieskuteczne, mi przypadły do gustu szczególnie dwie, które opiszę na końcu), warto zastanowić się o co tak naprawdę chodzi? Chciałabym zilustrować to przykładem z pracy procesowej (opisany przykład ma tylko funkcję ilustracyjną, nie jest ani dokładnym opisem konkretnej sesji, ani nie służy dokładnemu przedstawieniu technik pracy z procesem), której tematem było właśnie odkładanie ważnych spraw na później. Wyobraźmy sobie panią Krysię, która w znany nam już sposób mówi o swoim problemie:

[blockquote indent=”yes” ]”Ciągle odkładam ważne rzeczy na później. Od paru miesięcy miałam zapisać się na ważny dla mnie kurs, potrzebuję właściwie tylko wypełnić formularz zgłoszeniowy i go wysłać. Jestem na studiach podyplomowych i podobnie jest z uczeniem się. Lubię się uczyć, jak już usiądę, to jest to przyjemne, szukanie informacji, robienie notatek i czytanie ciekawych rzeczy. Ale i tak robię to wszystko na ostatnią chwilę. Wiem, że muszę to robić, że to ważne, ale odpycham to od siebie, ciągle odpycham [robi w tym miejscu intensywny gest odpychania].”[/blockquote]

Póki co mamy dwa elementy – część, która mówi o tym, że te sprawy są ważne oraz coś, co odpycha od siebie te sprawy. Ta pierwsza jest bardzo racjonalna, znana i „na wierzchu”, a ta druga jest bardziej tajemnicza i ciekawa, a do tego się rusza (procesowcy uwielbiają, jak klient się rusza 😉 ).

Proszę Panią Krysię, by pokazała, jakby to było, gdyby odpychała te sprawy jeszcze bardziej. Ona odpycha i odpycha, a po chwili mówi: „Odepchnęłam wszystko daleko i mam wokół siebie mnóstwo przestrzeni, czuję się wolna, niczym nieograniczona, to wspaniałe uczucie”. Zajmujemy się przez chwilę tym doświadczeniem, zachęcam ją, by pogłębiała je tak, jak potrafi, by całą sobą odczuła tę wolność. Widać, że sprawia jej to ogromną przyjemność i działa kojąco, na zwykle spiętą panią Krysię. Pytam się na ile ma miejsce w swoim codziennym życiu na takiego rodzaju doświadczenie. Opowiada, że czasem jej się zdarza to odczuwać, szczególnie w kontakcie z przyrodą, ale rzadko sobie na coś takiego pozwala. Trudno się dziwić, jeśli na co dzień jest tak mocno zaplątana w konflikt między robieniem a nierobieniem ważnych spraw. To jest coś, co nazywamy niedopełnionym procesem, bo ani jedna ani druga strona konfliktu nie może się zrealizować. Ani ważne rzeczy nie są robione, ani ich nierobienie nie jest przyjemne i dające przestrzeń – bo myśl o tym, że i tak trzeba coś robić nie daje spokoju. W związku z tym często następuje ucieczka od napięcia – pozorna, bo ostatecznie też męcząca.

Wracając do naszej pracy z procesem pani Krysi, okazało się, że odpowiednio głębokie wejście w tzw. proces wtórny (odpychanie) pomogło znaleźć odpowiedź na pytanie czemu ma służyć „nie robienie” ważnych rzeczy. Poszukałyśmy sposobów na to, by zrobić więcej miejsca w jej życiu na tego rodzaju doświadczenia.

Integracja wewnętrznego konfliktu

No dobrze, a co z drugą stroną konfliktu? W innych przypadkach pewnie można by było poprzestać na tym, ale tutaj część mówiąca „musisz to zrobić” była bardzo krytyczna, mocna, napierająca, prezentująca myślenie zero-jedynkowe: wszystko albo nic. To sposób podejścia szczególnie destrukcyjny w przypadku odkładających wszystko na potem perfekcjonistów, którzy chcąc, by coś zostało zrobione idealnie i w 100% w efekcie nie robią nic. Wyobraźcie sobie rodzica, który jest ostry i krytyczny, choć intencje wobec swojego dziecka ma dobre, nie chce jego krzywdy. Zależy mu na jego rozwoju, ale działa w sposób, który jest destrukcyjny w skutkach. Ojciec chce na przykład, by jego syn umiał żeglować, bo uważa, że to bardzo rozwijająca aktywność. Zapisuje go więc na kurs, nie pytając w ogóle syna, czy ten tego chce. To dla jego dobra, więc musi się podporządkować. Syn nie ma wyjścia, jedzie, ale czując presję buntuje się, nic mu nie wychodzi i nie czerpie z żeglowania żadnej przyjemności. A mógłoby to zupełnie inaczej wyglądać. Mógłby zostać zachęcony i zrobić coś, co będzie rozwijające czy inspirujące, ale dlatego, że sam też ma taką chęć, a nie tylko „musi, bo tak będzie dobrze”. Przymuszająca wewnętrzna część pani Krysi ma cechy takiego właśnie rodzica. Ale pamiętajmy o tym, że ten „wewnętrzny rodzic” ma sensowne intencje – bo w końcu ważne rzeczy są ważne i zrobienie ich wyjdzie (przynajmniej w założeniu) pani Krysi ostatecznie na dobre.

Poprosiłam więc panią Krysię o to, by w jedną rękę wzięła swoją część, która dba o zrobienie ważnych spraw, a w drugą tę, która potrzebuje przestrzeni. To, co się stało odbyło się poza racjonalną dyskusją. Chodziło o to, by z te dwie przeciwstawne energie mogły zacząć współpracować, współgrać, tworząc nowe, trzecie rozwiązanie. I to trzecie rozwiązanie ukazało się w symboliczny, ale dla klientki doskonale zrozumiały sposób. Okazało się, że można wnieść ważną sprawę w przestrzeń i ją zintegrować, tak, że nie będzie niczym zagrażającym.

Opisałam ten przykład, by pokazać jak ważne jest uwzględnianie wszystkich stron konfliktu. [highlight style=”yellow” ]Gdybyśmy pracowały tylko nad technikami i sposobami mającymi na celu nie odkładanie spraw na później, uznanie otrzymałaby tylko część „zmuszająca”, otrzymując siłę i energię do dalszego wywierania presji, kontynuując wewnętrzne nadużycia.[/highlight] Przez chwilę można by było się pewnie zmusić do czegoś, ale ani nie byłoby to przyjemne, ani na dłuższą metę skuteczne, bo energia stojąca za „odkładaniem” i tak dążyłaby do ujawniania się. Oczywiście u każdej osoby proces będzie wyglądać inaczej. W niektórych przypadkach trzeba dokładnie przyjrzeć się krytyczno-zmuszającej stronie, która bywa zjadliwa i destrukcyjna, a następnie różnymi sposobami łagodzić ją oraz korygować sposoby działania. Za odkładaniem może kryć się niedopełniona potrzeba odpoczynku, część chroniąca przed przepracowywaniem się (bo np. ktoś w dzieciństwie był świadkiem pracoholizmu któregoś z rodziców) albo medytacyjny stan, który dopełniony pomaga w podjęciu potrzebnych działań z precyzją i lekkością. Dlatego zajmowanie się tą stroną choć z początku może się wydawać wbrew zdrowemu rozsądkowi, daje bardzo wartościowe rezultaty.

Sprytne sztuczki w walce z odwlekaniem

A co z technikami i technologiami pokonywania prokrastynacji? Jako dodatek polecam [highlight style=”yellow” ]uważne zatrzymanie się w momencie, gdy pojawia się napięcie związane z wykonaniem zadania[/highlight]. Jak wspomniałam wcześniej, mamy często tendencję do uciekania przed tym napięciem, a warto w nim na chwilę zostać. Czasem ten moment, zanim zabierzemy się za robienie „czegoś innego”, pozwala odblokować się i zrobić to, co trzeba. Czasem pozwala na przyjrzenie się swoim realnym potrzebom – czy faktycznie potrzebuję odpocząć, czy może potrzeba mi jeszcze czegoś innego, by móc podjąć działanie, na przykład sięgnąć do swojego doświadczenia wewnętrznej przestrzeni, jak pani Krysia.

Drugi sposób (autorstwa prof. Johna Perry z Uniwersytetu Stanforda) znalazłam ostatnio na stronie 99u.com, i spodobał mi się, bo jest w pewnym stopniu procesowy – nie próbuje na siłę zmieniać mechanizmu odwlekania, a korzysta z jego własnej energii. Jak w aikido. Powiedzmy, że masz do zrobienia Bardzo Ważne Zadanie. Oczywiście odwlekasz jego zrobienie i zamiast tego, zazwyczaj, robisz cokolwiek innego. Coś co jest pod ręką, coś dostępnego, coś przyjemnego. Ale zauważ, że energię do robienia czegoś cały czas masz, jedynym problemem jest jej wykorzystanie na BWŻ. A co by było, gdyby ten napęd wykorzystać do zrobienia Mniej Ważnego Zadania, ale nadal istotnego i pożytecznego? W końcu zawsze jest coś do zrobienia. Prędzej czy później na miejsce BWŻ pojawi się coś nowego, a poprzednie straci ten straszny ładunek rzeczy-która-wisi-nad-głową. Tym, co się przydaje, by móc wykorzystać ten sposób, jest lista rzeczy do zrobienia, do której można szybko zajrzeć w krytycznym momencie odkładania ważnej sprawy na potem. Nie, tego nie zrobię teraz, może potem, ale zamiast tego… Brzmi interesująco, prawda?

Jestem ciekawa jak to jest u Was z odkładaniem na później, czy macie jakieś skuteczne sposoby i jakie macie na ten temat obserwacje?

liść na lodzie

Jesienno-zimowe dołki

Jesteśmy w szczytowym okresie krótkich, zazwyczaj szarych, dni i braku naturalnego światła przez większość czasu naszej aktywności. Niektórzy wstają jak jest jeszcze ciemno i wracają do domu, gdy już jest ciemno. Do tego gołe drzewa, obciążenie grubymi ubraniami i hasające wirusy atakujące nasze zdrowie. Świąteczne dekoracje i wszędobylskie pop-kolędy niektórym nastrój poprawiają, a innych dodatkowo irytują.

Nic dziwnego, że w tym okresie często doświadczamy sezonowego dołka w nastroju i pogorszonego samopoczucia. Producenci farmaceutyków najchętniej mówią od razu o depresji sezonowej, proponując nam tabletkę taką lub inną, by pozbyć się niechcianego stanu ducha. Jak nie tabletka, to chociaż pozytywne myślenie i robienie różnych innych rzeczy, by pozbyć się smutku. Pewnie, warto zadbać o siebie, zatroszczyć się również o to, by doświadczać radości, przyjemności, bliskości i innych pozytywnych stanów.

Ale zbyt łatwo chcemy się czegokolwiek pozbywać. Zbyt szybko dochodzimy do wniosku, że melancholijny nastrój, a nawet dołek to coś, co trzeba natychmiast wyciąć, stłumić, zamienić na coś innego. Zainspirował mnie dziś Arnold Mindell, przypominając o tym, że czas jesienno-zimowy w swej naturze polega na spowolnieniu, czy wręcz zatrzymaniu – choć nie znaczy to, że życie przestaje istnieć, raczej schodzi do podziemi, pod ziemię. Jest częścią cyklu przemian, ciemne-jasne-ciemne-jasne, i tak dalej. Podobnie nasza aktywność w swej naturalnej postaci podlega tego rodzaju fluktuacjom. Mamy okresy, gdy energii jest dużo, świeci słońce, chęć do działania płynie naturalnie. Mamy też czas wolniejszy, któremu czasem warto się poddać, posłuchać swojej melancholii, spokojniejszego tempa, zadbać o miejsce na chwilę refleksji i odpoczynku. Może ten zimowy „dołek” jest zaproszeniem do przyłączenia się do naturalnego cyklu? Smutek jest emocją, która skłania do zatrzymania, informuje o tym, co ważne (a na przykład zostało utracone), a także powoduje wycofanie z aktywności między innymi w celu odbudowania zasobów i przemyślenia dotychczasowych działań.

Współczesna tendencja do faworyzowania pozytywnych stanów może się kończyć nieumiejętnością tolerowania stanów mniej przyjemnych, ale będących normalną częścią naszej ludzkiej egzystencji. To ta nietolerancja bardziej niż same niekomfortowe stany staje się przyczyną cierpienia. Do tego dokłada się niestety nacisk na bycie produktywnym i efektywnym bez względu na wszystko, nie pozwalając na zmiany w aktywności.

Może moglibyśmy spróbować wczuć się w jakość tego zimowego, zatrzymanego, stanu, poczuć go w sobie i odkryć jego mądrość? Zakopując się pod koc z książka, w pewnym sensie to robimy…

Oczywiście, jak zauważył też Mindell, nie wszystko działa na wszystkich, nie wszystko dotyczy wszystkich. Może się zdarzyć, że przeżywany smutek jest bardzo silny, zaczyna zakłócać codzienne funkcjonowanie, a do tego towarzyszą mu silnie negatywne myśli. Jeśli dodatkowo pojawiają się objawy takie jak zaburzenia snu czy jedzenia – wtedy zdecydowanie warto skonsultować swój stan ze specjalistą, np. psychoterapeutą.

głęboka demokracja praca z procesem tolerancja

Głęboka demokracja i tolerancja

W tzw. zachodniej kulturze najbardziej rozpowszechnionym oraz cenionym ustrojem jest demokracja, rozumiana jako rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości. Oczywiście z wykonywaniem tego ideału jest różnie i pewnie można by dyskutować gdzie faktycznie panuje demokracja, jednak ja chciałabym się skupić na bardziej psychologicznym niż politycznym aspekcie sprawy.

Idea demokracji, czyli dokonywania wyborów głosem większości, to nie tylko partie polityczne i głosowania w Sejmie. Dość często na co dzień, choćby w grupie przyjaciół, gdy trzeba coś rozstrzygnąć, stosujemy metodę „kto za opcją X, a kto za opcją Y”, przy czym wygrywa ta opcja, która ma więcej zwolenników. Zasada prosta i dość łatwa w realizacji. Wszyscy się zgadzają, a ci z mniejszości nie mają innego wyjścia, jak tylko podporządkować się reszcie.

Zdarzyło się Wam kiedyś być w mniejszości? Nie zawsze akceptacja głosu większości jest łatwa i nie zawsze mamy na nią wewnętrzną zgodę. Ponieważ ten rodzaj rozstrzygania jest w naszej kulturze rozpowszechniony i ceniony, wynik „głosowania” z założenia zamyka mniejszości usta. Większość wybrała, koniec dyskusji, nie ma raczej możliwości odwoływania się czy wyrażania swojego niezadowolenia. Można pojęczeć, ale „większością głosów” jest zazwyczaj ostatecznym argumentem.

W skrajnych przypadkach, i tu już przechodzimy z gruntu towarzyskiego na szerszy grunt społeczny, w takiej sytuacji, mniejszość w pewnym momencie zbuntuje się, bo ilość poczucia niesprawiedliwości, zranienia i braku zrozumienia przekroczy granicę znośności. Demokracja nie zawsze prowadzi do sensownego rozwiązywania konfliktów.
Pojęcie głębokiej demokracji, wprowadzone przez Arnolda Mindella, opiera się na założeniu, że wszelkie doświadczenia, poglądy, uczucia zasługują na wzięcie pod uwagę. W przypadku grup, każdy głos ma prawo zostać wyrażony, niezależnie od reprezentowanej opcji, a jego zdanie zostanie w jakiś sposób uwzględnione. Nie chodzi tu tylko o powiedzienie czy jestem za czy przeciw, ale o wyrażenie siebie, swoich uczuć, postaw, przemyśleń na forum. Gdy wszystkie postaci wyrażą siebie, przychodzi czas na wypracowanie jakiegoś consensusu, czyli rozwiązania, które będzie satysfakcjonowało wszystkie strony.
Nie jest to łatwy proces, wymaga ogromnego zaangażowania, uważności i otwartości. Jesteśmy przyzwyczajeni do siły większości, więc trudno jest zmienić nawyki. Problem z władzą większości jest taki, że łatwo o różnego rodzaju nadużycia, często zupełnie nieświadome. Dlatego w takim procesie potrzebna jest osoba o bardzo dużej świadomości, która wyłapuje pojawiające się sygnały i robi miejsce na ich rozwinięcie się. Konflikty często rodzą się z frustracji związanej z brakiem wysłuchania i uznania, ta metoda pozwala je „rozbrajać”.

Co ciekawe, ideę głębokiej demokracji można realizować nie tylko w kontekście społecznym, ale również w ramach życia wewnętrznego pojedynczego człowieka. Każdy z nas ma w sobie wiele różnych głosów, postaci, dążeń. Mamy tendencję do skłaniania się bardziej ku jednym niż ku innym. Często wybory te są sankcjonowane normami zewnętrznymi, a innym razem wewnętrznymi przekonaniami i uprzedzeniami. Tak jak możemy wykluczyć członka jakiejś mniejszości w świecie społecznym, tak samo możemy wykluczyć i zranić niechciane części nas samych. I jeśli czytaliście moje poprzednie teksty na temat pracy z procesem, to pewnie domyślacie się, że wykluczane są najczęściej części należące do procesu wtórnego.

Głęboka demokracja pozwala przerwać rządy wewnętrznej psychologicznej większości, na rzecz swobodnego wyrażania potrzeb przez różne, nawet najmniejsze frakcje. I nie chodzi tutaj o poddawanie się każdemu impulsowi, bez brania pod uwagę norm czy innych aspektów. To byłaby anarchia. Chodzi bardziej o stworzenie przestrzeni, w której każda częśc może wyrazić swoje potrzeby oraz wejść we wzajemny dialog. Aby tego dokonać jest jednak potrzebny sprawny wewnętrzny obserwator, który będzie w stanie bezstronnie zarządzać tym procesem, choć najłatwiej pracuje się, gdy wspomóc nas może jakaś inna osoba.

Konflikt wewnętrzny polega zazwyczaj na tym, co najmniej dwie postaci (sub-osobowości, aspekty psychiki) mają różne potrzeby, przekonania czy pomysły do zrealizowania. Każda ciągnie w swoją stronę, a my najczęściej skłaniamy się ku jednej z nich, choć nie zawsze bez wątpliwości. Co najczęściej robimy? Staramy się wytłumić tę część, która wg nas jest niepotrzebna, szkodliwa, niemożliwa do zrealizowania, uciążliwa, itd. Dokonujemy wewnętrznego nadużycia. Części niedocenione, niewysłuchane, mocno zranione, często, doprowadzone do skrajności, mają tendencję do stawania się terrorystami. A z nimi jest zawsze kłopot.

Dlatego, by nie dopuścić do takiej sytuacji, każda ze stron konfliktu, czy też każdy członek wewnętrznej, psychicznej społeczności, powinien mieć możliwość wypowiedzenia się, a jego potrzeby wzięte pod uwagę.

Co ciekawe, nasze wykluczenia wewnętrzne lubią iść w parze z zewnętrznymi. Wyobraźmy sobie, że mam w sobie pewną szaloną część, takiego Wariata, który zachowuje się w niezrównoważony sposób, i boję się jej, uważam, że jest niebezpieczna i nie powinna nigdy ujrzeć światła dziennego. Przerażeniem napawa mnie wizja własnego szaleństwa. Jest bardzo prawdopodobne, że będę się też bać „wariatów” w świecie zewnętrznym, będę ich spychać na margines, odwracając uwagę, woląc by byli w „bezpiecznym” miejscu, pokazując palcem i mówiąc, że to „dziwne”, „straszne” lub „tragiczne”. Pewnie będe się też dziwić, czemu wciąż natrafiam na jakichś pomyleńców na przykład na ulicy.
Jeśli nie otworzę się na mojego własnego Wariata (i odkryję o co mu chodzi, co może wnieść do mojego życia), będę marginalizować Wariatów tego świata.

Mój Wariat może kryć w sobie nieprzebrane skarby, bo tylko z pozycji procesu pierwotnego jest z nim „coś nie tak”, jest „chory”. Może to być spontaniczność w wyrażaniu siebie, może szczególna wrażliwość, a może niesamowity rodzaj twórczości, która nie zna granic. Może wariactwo to po prostu przyzwolenie sobie na bycie innym. U każdego może się to przejawić inaczej, dla każdego wariactwo może nieść inny przekaz.

Największy kłopot zazwyczaj pojawia się wtedy, gdy marginalizowany aspekt (wewnątrz czy na zewnątrz) sam stosuje metody przemocowe. To tak jak w dyskusjach o nietolerancji – czy mamy być tolerancyjni wobec tych, którzy nie są tolerancyjni? Czy w dyskusji na przykład o wykluczaniu osób homoseksualnych jest miejsce dla tych, którzy mają homofobiczne przekonania? I tak, i nie. Mindell uważa, że jeżeli nie uwzględnimy faktycznie wszystkich stron, to proces marginalizowania będzie się i tak odbywał. Jednak musi to być zrobione z ogromną uważnością, w odpowiednim kontekście i bez zgody na przemoc. Jeśli nie potraktujemy osoby która jest w mniejszości (i doświadczyła nadużyć) ze szczególną uwagą, troską i wsparciem, dyskusja ze sprawcą przemocy na zasadzie „prawda leży po środku” będzie kolejnym nadużyciem. Pseudo-dyskusje, których świadkami możemy być często w mediach, w których w ramach pluralizmu zaprasza się osoby głoszące skrajne poglądy, kończy się często agresją i przepychanką (co się oczywiście dobrze sprzedaje), ale z prawdziwym dialogiem nie ma nic wspólnego. Potrzeba nie lada umiejętności i świadomości aby umożliwić taki proces, nie doprowadzić do eskalacji przemocy, ale umożliwić spotkanie się dwóch stron. Może to być bardzo uwalniające, jeśli wejdzie się pod powierzchnię utartych argumentów, pozwala zrozumieć procesy które doprowadziły każdą ze stron do obecnego miejsca.

Oczywiście koncepcja głębokiej demokracji jest pewnym ideałem, do którego możemy dążyć. Praktyka pracy z procesem pokazuje jednak, że można ją skutecznie stosować w pracy z grupami, dzięki czemu konflikty zostają rozładowane, złagodzone a przynajmniej zrozumiane.

Także w pracy nad samym sobą głęboka demokracja jest przydatna, bo pozwala na realne rozwiązanie konfliktów wewnętrznych, nie mówiąc już o niesamowitym poszerzeniu świadomości. Pozwala to na szersze spojrzenie na procesy, które w nas zachodzą, większą akceptację dla tego, co się wydarza, co z kolei prowadzi do pełniejszej realizacji naszego potencjału.

„Według mnie podstawowy problem demokracji nie dotyczy władzy. Chodzi o świadomość. Wyznacza ona zupełnie inny paradygmat. Świadomość wiąże się z dostrzeganiem tego, co dzieje się w nas samych, w naszych interakcjach, ze świadomością zmian w wysyłanych przez nas sygnałach, świadomością naszych snów, tego, co najgłębsze. Tak więc gdy zbiorowości kulturowe dążą do demokracji, my pragniemy głębszej demokracji, w której kluczową rolę odgrywa świadomość, nie zaś władza.”                            – Arnold Mindell

Do dalszego poczytania: o głębokiej demokracji na stronie Fundacji Głębokiej Demokracji, artykuł Tomasza Teodorczyka „Persona non grata”. książki Arnolda Mindella „Siedząc w ogniu” i „Otwarte forum”.

książki o psychologii zorientowanej na proces

Książki o pracy z procesem, które warto przeczytać

Wiele osób pyta się mnie co warto przeczytać z literatury dotyczącej psychologii zorientowanej na proces, a co lepiej odpuścić. Ponieważ pozycji na ten temat jest całkiem sporo, a do tego różnią się poziomem, napisałam subiektywny przewodnik po literaturze procesowej. Nie jest to lista wyczerpująca, i dominują pozycje wydane po polsku (po angielsku jest ich znacznie więcej), ale jest z czego wybierać na dobry początek.

Psychologia procesu. Teoria i praktyka., red. Bogna Szymkiewicz – Moim zdaniem najlepsze wprowadzenie w zagadnienia psychologii zorientowanej na proces. Są tam artykuły, wywiady i rozmowy, zarówno polskich jak i zagranicznych psychologów. Teksty dotyczą przeróżnych aspektów POPu, prezentując jego szerokie spektrum, zachęcając jednocześnie do dalszego zgłębiania tematu. Jest to nowe wydanie, poprawione i poszerzone książki, która wcześniej nosiła tytuł „Po drugiej stronie kłopotów”.

Droga powstaje, gdy idziesz. Psychologia procesu w praktyce. Julie Diamond, Lee Spark-Jones. Bardzo systematyczne i uporządkowane przedstawienie podstawowych koncepcji pracy z procesem. Zawiera praktyczne przykłady oraz ćwiczenia, które pomagają w zastosowaniu metody. Można powiedzieć, że książka ta funkcjonuje jako podręcznik dla studentów pracy z procesem, ale będzie to też przystępna pozycja dla każdej osoby ciekawej tej metody i jej konkretnych zastosowań.  

Tyłem do przodu, Arnold Mindell – pozycja ciekawa przede wszystkim dlatego, że jest wprost wypełniona opisami praktycznych sposobów pracy z procesem. Jest to zapis kilkudniowego seminarium, które prowadzili Arnie i Amy Mindell. Opisane i „przećwiczone” są różne aspekty pracy takie jak praca wewnętrzna, praca z ruchem czy praca z symptomami fizycznymi. Wszystkie elementy posiadają krótkie wprowadzenie, a techniki są omawiane i podsumowane. Najlepsza pozycja dla tych, którzy chcą zobaczyć „o co chodzi” w tej całej pracy z procesem z bardzo praktycznej perspektywy.

pracy ze śniącym ciałem, Arnold Mindell – jedna z pierwszych książek autora. Od tamtego czasu terminologia się wielokrotnie zmieniała i niektóre koncepcje się rozwinęły, jednak nadal jest to bardzo dobry wstęp do teorii i praktyki pracy z procesem napisanych przez twórcę metody.

Zranione stany świadomości, Bogna Szymkiewicz – Jest to bardzo bogata praca dotycząca tak zwanych trudnych emocji pojawiających się na skutek zranienia. Autorka przedstawia wewnętrzną dynamikę emocji i postaci, które wpływają na nasze zachowania, odczucia i relacje, pozwalając głębiej je zrozumieć.

Moc. Podręcznik użytkownika. Julie Diamond. Autorka czerpie ze swojego wieloletniego doświadczenia pracy z biznesie i łączy je z koncepcjami psychologii procesu. Efektem jest książka, która w wyczerpujący sposób tłumaczy dynamikę władzy, różnych zjawisk w relacjach międzyludzkich i uczy jak czerpać ze swojej wewnętrznej mocy w dobry sposób.

Metaumiejętności. O sztuce psychoterapii., Amy Mindell – ta pozycja opisuje procesowe podejście do pracy terapeutycznej. Metaumiejętności, są to takie cechy i sposoby działania psychoterapeuty, które nie są związane z umiejętnością posługiwania się poszczególnymi technikami. Można powiedzieć, że jest to sposób traktowania klientów, ich problemów i tego co się wydarza w trakcie pracy. Nie jest to jednak książka tylko dla psychoterapeutów, ale dla wszystkich, którzy pracują z ludźmi i z samym sobą – pokazuje bowiem, jakiego rodzaju postawy pozwalają w twórczy sposób odkrywać nasze życiowe procesy.

Śpiączka – klucz do przebudzenia, Arnold Mindell – Książka ta dotyczy bardzo specyficznej i wąskiej dziedziny POPu – pracy z osobami, z którymi pozornie nie ma już żadnego kontaktu. Mimo to, Mindell opisuje swoją pracę z osobami w śpiączce, dzieląc się jednocześnie technikami i sposobami nawiązywania tego rodzaju kontaktu.

Cienie miasta, Arnold Mindell – jak dla mnie jedna z bardziej fascynujących książek, ponieważ dotyczy pracy z osobami w odmiennych stanach świadomości oraz oznaczonych etykietą „patologia”. Mindell opowiada o tych wszystkich, którzy zostali wyrzuceni poza nawias społeczeństwa, ponieważ nadużywają substancji, mają zaburzenia psychiczne czy też są nastawieni antyspołecznie. Stara się pokazać w jaki sposób można z takimi osobami pracować, a także jakie znaczenie dla nas, jako dla społeczeństwa, mają te osoby i w jaki sposób możemy wziąć kawałek odpowiedzialności za proces ich marginalizacji.

Radical Intercourse, Joseph Goodbread – moim marzeniem jest zobaczyć polski przekład tej książki, jest bowiem bardzo wyczerpującym opisem tego co dzieje się w relacji między klientem a terapeutą. Jednak nie jest to książka jedynie dla terapeutów, bowiem podobne wzorce pojawiają się również w innych, bardziej „codziennych” relacjach między ludźmi. Często trudno jest zrozumieć co faktycznie dzieje się w relacji, Goodbread w świetny sposób odkrywa przed nami te tajemnice.

Befriending conflict. Joe Goodbread. Kolejna książka, którą bym chętnie zobaczyła w polskim wydaniu.

Wewnętrzny Krytyk

Wewnętrzny Krytyk – tyran czy zbawiciel?

 

Wewnętrzny Krytyk to temat. który już podejmowałam, ale nadal nie przestaje mnie on fascynować, może ze względu na moją osobistą relację z tym osobnikiem… Czytając trochę na ten temat, znalazłam ciekawe spostrzeżenie na temat tego, jak działa Krytyk. Hal i Sidra Stone piszą mianowicie, że nasz Wewnętrzny Krytyk może stać się ekspertem w dziedzinie samodoskonalenia i rozwoju. Ponieważ jest niezmiernie inteligentną i przebiegłą bestyjką (spróbuj pokonać Krytyka na argumenty, a  poznasz jego zdolności), z wielką chęcią przyswaja sobie całą wiedzę jaką my zdobywamy. Każda przeczytana przez nas książka, każde seminarium i każdy warsztat może stać się orężem w ręku Krytyka. Jak tylko dowiesz się, że medytacja jest dobrym sposobem na redukowanie stresu, Krytyk będzie Cię gnębił, że nie medytujesz godziny dziennie, dla Twojego własnego dobra, oczywiście.

Wewnętrzny Krytyk menadżerem zdrowego życia

Jeśli zaś medytujesz godzinę, to i tak lepiej będzie robić to dwie godziny albo rozpoczynać serią ćwiczeń Qi Gong lub Tai Chi. A tylko spróbuj się zapomnieć i odpuścić jeden raz. Oczywiście odżywiać się też musisz odpowiednio, najlepiej zgodnie z kuchnią pięciu przemian/makrobiotyczną/wegetariańską/wegańską… No i przede wszystkim, musisz mocno pracować nad tym, by rozpuszczać swoje ego i pracować nad wewnętrzną krytyką, bo to są największe przeszkody stojące na drodze do pełnego szczęścia. Tak, tak, Wewnętrzny Krytyk dręczy nas i męczy także za to, że mu się poddajemy. Z jednej strony próbuje nas sprowadzić do parteru, z drugiej nienawidzi naszej słabości.

Nie wiem jak wy, ale ja swoje wysłuchałam na temat tego co i jak powinnam, ile czego, które ćwiczenia, jakie idee wprowadzać w życie, jakie zachowania w sobie zwalczać… A pożywką dla mojego Krytyka bardzo często były różne mądre książki i wypowiedzi światłych ludzi. Najlepsze jest to, że Krytyk jest tak otwarty, że łapie się każdej nowej możliwości, każdego pomysłu na nowe, lepsze życie. Oczywiste jest, że trzeba byłoby być cyborgiem, by zrealizować jego wyśrubowany program doskonalenia, zresztą nawet wtedy nie byłby zadowolony, nie leży to w jego naturze. Zawsze będzie cisnął, aby mieć więcej, lepiej, bardziej, doskonalej…

Z drugiej strony… tak, jak się domyślacie, zawsze jest jakaś druga strona, nawet w przypadku Krytyka.

Siła i moc Wewnętrznego Krytyka

Z punktu widzenia pracy z procesem (POP), Krytyk jest jedną z ważniejszych postaci wewnętrznych, nie tylko dlatego, że w większym lub mniejszym stopniu, każdy z nas ma z nim do czynienia. Krytyk bardzo często niesie istotne dla nas informacje, robiąc to niestety w bolesny sposób, jak spora część wtórnych postaci. To, co wtórne, czyli dalekie od naszej tożsamości, bywa niezrozumiałe, a czasem wręcz zagrażające.

Konflikt z Wewnętrznym Krytykiem może przyjmować poważne rozmiary, prowadząc do swoistej przemocy psychicznej. A jednak, ostatecznie, jego pojawienie się coś znaczy. Czasem Krytyk niesie ważny przekaz poprzez to, co do nas mówi. Jeśli jest uparty i upierdliwy w kwestii odżywiania się, to może faktycznie potrzebujemy bardziej zająć się sobą i swoim zdrowiem – choć niekoniecznie ściśle według tabel kuchni pięciu przemian.

Czasem to, co jest dla nas ważne, kryje się w sile Krytyka, w tym w jaki sposób się do nas odnosi i jak potrafi postawić na swoim. Ilu z nas przydałoby się mieć taki dar przekonywania i wewnętrzne poczucie racji, jak Wewnętrzny Krytyk, który jeździ po nas jak po łysej kobyle? Praca procesowa polega na przejęciu tej jego siły i energii i świadomym wykorzystaniu jej w codziennym życiu.

Objęcie siły Krytyka

Oczywiście cały trik polega na tym, że nikt z nas z początku nie chce być taki jak ten wstrętny Krytyk… mierzymy się ze swoim Cieniem, jak ująłby to Jung, a ten nigdy nie wygląda przyjaźnie. Jednak jego siła jest w nas, w nikim innym, nigdzie na zewnątrz, a wewnątrz naszej psychiki. Wystarczy sięgnąć… Zdarza się, że siły tej doświadczamy dopiero mierząc się (czasem dosłownie, w fizycznej konfrontacji) z Krytykiem i pokonując go jego własną bronią.

Sonia Straub, terapeutka pracy z procesem, w swojej pracy dyplomowej na temat Krytyka opisuje przypadek, w którym klientka, miła i sympatyczna kobieta, doświadczała swojego Krytyka jako niezbyt przyjemnego typka, który bardzo niekulturalnie się do niej odnosił. Zintegrowała jego siłę dopiero wtedy, gdy sama go uraczyła soczystą wiązanką i stanęła w obronie swoich granic.

Krytyk jest często postacią, która zmusza nas do przekraczania naszych własnych ograniczeń (progów, jak to nazywamy w POPie), więc patrząc z tej perspektywy, możemy dzięki niemu wzrastać. Niestety nie każdy z nas ma na tyle siły, by samemu stanąć do tej konfrontacji, szczególnie jeśli Krytyk hasa od wielu lat i posiada silną osobowość.

O co mu naprawdę chodzi?

Moje własne doświadczenia z Krytykiem, a miałam ich ostatnio sporo, pokazały mi, że generalnie chce on zadbać o moje bezpieczeństwo, honor i dobre imię. Pilnuje mnie mocno, żebym przypadkiem nie powiedziała czy zrobiła czegoś, co mogłoby zaszkodzić moim relacjom z innymi. Jednak przekonałam się, że ma on bardzo ograniczony ogląd świata i rzadko kiedy widzi rzeczywistość taką, jaka faktycznie w chwili obecnej jest. Bardziej skupia się na przeszłych negatywnych doświadczeniach i chce za wszelką cenę uniknąć ich powtórzenia.

Oczywiście posiada on też aspekt związany z rozwojem i robieniem więcej, lepiej, szybciej. Czasem jego uwagi są bardzo przydatne, szczególnie gdy mnie ogarnia lenistwo, a są sprawy do załatwienia. Często okazuje się, że jest ich mniej, niż twierdził spanikowany Krytyk, ale jestem mu wdzięczna za czujność. Żeby tylko potrafił uspokoić swą lekko neurotyczną naturę wtedy, gdy ja potrzebuję odpocząć…

Jak widzicie, Krytyk potrafi być wrednym tyranem, ale jaki by nie był, można skorzystać z jego obecności. Warto przyglądać się jego motywacji i czasem zadać sobie pytanie – czy to, co robię, robię z własnej woli, czy może też Krytyk mnie terroryzuje? Dzięki temu możemy zaoszczędzić sobie sporo frustracji spowodowanej nie robieniem kolejnej fantastycznej rzeczy, która pozwoli nam żyć 200 lat w stanie permanentnego uniesienia 🙂