fot. Joanna Boj

Zakopmy się w liściach

Jesień w pełni. Rozpieszczała nas w tym roku wieloma słonecznymi dniami, ale szybko zapadający zmierzch nie daje złudzeń.

Natura powoli obumiera i przygotowuje się do zimowego zastoju. Ciszy, spokoju, śnieżnej kołderki, gołych drzew i zmarzniętej gleby. Kilka miesięcy na odpoczynek i dojrzewanie do nowego cyklu życia. To wydaje się takie naturalne.

W naszej kulturze naturalne to nie jest. Trzeba być produktywnym. Trzeba działać. Wstawać rano, choć jest ciemno. Robić swoje, niezależnie od temperatury. Niezależnie od tego, że najprzyjemniej byłoby siedzieć pod kocykiem i czytać książki, rozmawiać, rozmyślać czy nie robić nic szczególnego.

Nic dziwnego, że jesień bywa melancholijna. Że dopadają nas jesienne dołki. To taki czas. Zadumy, zatrzymania, chwili ciszy. Nie musi to oznaczać braku kreatywności, ale kreatywność ta ma trochę inną naturę. Jest bardziej wewnętrzna, bardziej stonowana. Współczesna kultura nastawiona na produktywność nie do końca to respektuje. Trochę nam z tym niewygodnie. Jednak walcząc z tym za wszelką cenę, tracimy cenną energię, usztywniamy się i w efekcie cierpimy jeszcze bardziej. Cierpimy chcąc, żeby było inaczej niż jest.

Może możemy jednak na chwilę się zatrzymać, odrobinę zredukować tempo. Wsłuchać się w jesienny dołek, poczuć jak to jest być smaganym chłodnym wiatrem drzewem, z którego opadają liście.

Jakaś część w nas może być niezbyt zadowolona: To straszne! Gołe drzewo jest brzydkie! Popatrzmy na zdjęcia z wakacji! Pójdźmy na solarium!

Ale czy na pewno? Czy gołe drzewo, uschły liść, wiatr hulający po polach, które wstrzymały produkcję są brzydkie?

A może nawet łatwiej jest nam docenić piękno jesieni niż swoje własne jesienne nastroje i odczucia?

Jesienny smutek może sygnalizować potrzebę zsynchronizowania się z cyklem świata. Może być przejawem kontaktowania się z przemijaniem, odchodzeniem, obumieraniem. I dobrze, bo trudno się żyje nie mając kontaktu z tymi aspektami. Ciągły lęk przed utratą czy śmiercią (dosłowną i symboliczną) nie pozwala w pełni cieszyć się życiem. W pełni to oznacza doceniać życie, nawet gdy nie jest tylko słoneczne i radosne.

Róbmy swoje, ale uszanujmy choć trochę klimat zatrzymywania się, kierowania ku wnętrzu, gromadzenia zapasów. Jeśli otworzymy się na to, obejmiemy jesienną atmosferę w sobie, możemy odnaleźć coś zaskakująco wartościowego. Łatwiej też będzie nam radzić sobie z wewnętrzną zmiennością i przepływem, nawet jeśli będzie to oznaczać pożegnanie się na jakiś czas z letnią lekkością.

Co odnajdziesz, zatrzymując się w jesiennej melancholii?

Czy tak miało być?

Tak miało być?

Będąc niedawno na szkoleniu, podzieliłam się z kimś błędem, który popełniłam w swojej pracy. Błąd, na szczęście, nie miał bardzo daleko idących konsekwencji. Ale mógł, dlatego zastanawiałam się intensywnie, co można było zrobić inaczej, na co nie zwróciłam uwagi i jak mogę dalej rozegrać sytuację. Nie robiłam ze sprawy dramatu, ale jasno nazwałam swój błąd błędem, traktując sprawę z adekwatną, w moim odczuciu, powagą. Osoba, której to opowiadałam w pewnym momencie powiedziała „nie przejmuj się, może tak miało być”. Zrozumiałam, że jej intencją było wsparcie mnie, ale zareagowałam irytacją. Zastanowiło mnie to potem i zaczęłam obserwować w jakich sytuacjach ludzie używają tego sformułowania i jakie ma ono funkcje.

Wróćmy jeszcze do tamtej sytuacji. Dlaczego zirytowało mnie to „tak miało być”? Bo odebrałam to jako próbę zbagatelizowania sprawy. Tak miało być może oznaczać – to nie od Ciebie zależało, to jakaś wyższa siła zadecydowała, że tak ma być. Nie zastanawiaj się nad swoimi czynami i ich konsekwencjami, bo i tak jak coś ma być, to będzie. Nie myśl o swoim działaniu jako o błędzie, bo z pewnością wyniknie z tego coś dobrego. Zdejmujemy z Ciebie odpowiedzialność.

Tak miało być, wzruszam ramionami i idę dalej.

Odsuwam od siebie nieprzyjemne emocje związane z błędem, porażką, utratą, mniejszą lub większą katastrofą. Nie chcę czuć odpowiedzialności, żalu, zawodu, krytyki. Opada stres, napięcie, można odpuścić i dać się rzeczom dziać.

A co jeśli robię coś, co wiąże się z bardzo dużą odpowiedzialnością? Czy faktycznie wszystko jest dobrze, niezależnie od tego, co zrobię? Stało się i już? Może to, co robię ma jednak jakieś znaczenie. Jest ważne. Wpływa na życie moje i innych. Warto byłoby przyjrzeć się związkom przyczynowo skutkowym dotyczących własnych działań. Zbyt szybkie uznanie, że tak miało być ucina tego rodzaju rozważania.

Co to w ogóle znaczy, że tak miało być? Skąd wiemy, że miało? A może nie miało? Jakie to ma znaczenie – miało, nie miało, musiało czy nie musiało? Coś się wydarzyło i jest to pewien fakt. Fakt ten ma swoje konsekwencje, z którymi, jakiekolwiek by nie były, trzeba się zmierzyć.

Znam pewnego człowieka, który ciągle planuje zmiany w życiu. Chciałby funkcjonować inaczej niż do tej pory. Próbuje, nie jest to łatwy proces. Gdy mierzy się z tym, że coś mu się nie udało, plan nie wypalił czy nie jest gotowy jeszcze na jakąś zmianę, często mówi „tak miało być”. Ma to jasną i ciemną stronę. Jasną jest to, że dzięki temu jest w stanie mimo wszystko iść jakoś do przodu. Inaczej pewnie zapadłby się pod ciężarem samokrytyki, która i tak jest bardzo silna i destrukcyjna w jego przypadku. Z drugiej strony – mówiąc w ten sposób odwleka konfrontację z wieloma sprawami, zawija się w bezpieczny kokon status quo i udaje przed samym sobą, że odpowiada mu to, jak jest.

Oczywiście nie kontrolujemy wszystkiego, nie na wszystko mamy wpływ, a czasu nie da się cofnąć. Zadręczanie się bez końca czymś, co się już wydarzyło, jest jałowe. Odpuszczenie pozwala nie zawiesić się na poczuciu porażki, dając możliwość wyciągnięcia jakichś wniosków i pogodzenia się z zaistniałą sytuacją. Tzw. pozytywne przeramowanie pomaga często wyjść z czarnej dziury rozpaczy, obwiniania siebie i poczucia katastrofy.

Zdarza się też tak, że po pewnym czasie, trudne wydarzenia okazują się „błogosławieństwem w przebraniu”, na dłuższą metę niosąc pozytywne skutki. W psychologii znane jest zjawisko tzw. wzrostu potraumatycznego, polegającego na rozwoju i wzrostu wewnętrznej siły pod wpływem trudnych przeżyć. Ale trzeba być ostrożnym, żeby nie umniejszać tym samym całego cierpienia, które temu procesowi towarzyszy(ło). Zbyt szybkie powiedzenie komuś „tak miało być” może stać się próbą anulowania jego aktualnego bolesnego doświadczenia (pisałam kiedyś o innej wersji tego samego pt. „inni mają gorzej”). A czasem trudne przeżycia pozostają trudnymi przeżyciami, a dramaty – dramatami i temu aspektowi życia też należy się szacunek.

Życie jest zagadkowe. Myślę, że jesteśmy za mali, żeby objąć całą jego złożoność i że jest jakaś tajemnica w tym, jak różne sprawy się układają, w splotach okoliczności i temu podobnych. Nie jesteśmy też w stanie przewidzieć całkowicie co będzie dalej, co będzie jutro, co z tego wyniknie. Wiara w to, że z najgorszej nawet sytuacji da się wyjść realnie pomaga przetrwać i często dodaje sił. Powiedzenie tak miało być może być ostatnią deską ratunku nadającą jakikolwiek sens temu, co się wydarza. Może być próbą objęcia tej ogromnej złożoności świata i formą ochrony przed jego nieprzewidywalnością. Bywa to bardzo potrzebne. Jednak my sami nie jesteśmy bez wpływu na własne życie, nie warto zbyt szybko odcinać się od niego.

 

 

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi bądźcie pozdrowieni. Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi za wasz lęk przed absurdem istnienia i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego, za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być powinno za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane ukryte w was. Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi za waszą twórczość i ekstazę za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami. Bądźcie pozdrowieni za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli poznać wielkości tych, co przyjdą po was) za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować że jesteście leczeni zamiast leczyć świat za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę za niezwykłość i samotność waszych dróg bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.

Posłanie do nadwrażliwych

Potęga introwertyków – Susan Cain

Susan Cain była wychowywana w domu, w którym ceniło się chwile ciszy spędzone nad książką. Lubiła przebywać z bliskimi, ale występowanie przed większą grupą ludzi było dla niej koszmarnie trudne. Dorastając przekonała się, że trudno jest być introwertykiem w kulturze, która promuje bycie towarzyskim, wygadanym i przebojowym. Już jako dorosła osoba poświęciła kilka lat na zgłębianie tematu introwersji, przeprowadziła wiele rozmów z badaczami, naukowcami, ludźmi, którzy odnieśli sukces i tymi zwyczajnymi, zmagającymi się z oczekiwaniami ekstrawertycznego świata. Czerpiąc z tych doświadczeń napisała książkę „Quiet” (również przetłumaczoną na polski: „Ciszej proszę”), którą serdecznie polecam. W 20-minutowym wystąpieniu na TEDzie opowiada o swojej historii, odkryciach i o miejscu introwertyków we współczesnym świecie. Polecam. (link do TED’a z polskimi napisami tutaj.)

Polecam też mój wcześniejszy artykuł o mitach nt. introwersji.

liść na lodzie

Jesienno-zimowe dołki

Jesteśmy w szczytowym okresie krótkich, zazwyczaj szarych, dni i braku naturalnego światła przez większość czasu naszej aktywności. Niektórzy wstają jak jest jeszcze ciemno i wracają do domu, gdy już jest ciemno. Do tego gołe drzewa, obciążenie grubymi ubraniami i hasające wirusy atakujące nasze zdrowie. Świąteczne dekoracje i wszędobylskie pop-kolędy niektórym nastrój poprawiają, a innych dodatkowo irytują.

Nic dziwnego, że w tym okresie często doświadczamy sezonowego dołka w nastroju i pogorszonego samopoczucia. Producenci farmaceutyków najchętniej mówią od razu o depresji sezonowej, proponując nam tabletkę taką lub inną, by pozbyć się niechcianego stanu ducha. Jak nie tabletka, to chociaż pozytywne myślenie i robienie różnych innych rzeczy, by pozbyć się smutku. Pewnie, warto zadbać o siebie, zatroszczyć się również o to, by doświadczać radości, przyjemności, bliskości i innych pozytywnych stanów.

Ale zbyt łatwo chcemy się czegokolwiek pozbywać. Zbyt szybko dochodzimy do wniosku, że melancholijny nastrój, a nawet dołek to coś, co trzeba natychmiast wyciąć, stłumić, zamienić na coś innego. Zainspirował mnie dziś Arnold Mindell, przypominając o tym, że czas jesienno-zimowy w swej naturze polega na spowolnieniu, czy wręcz zatrzymaniu – choć nie znaczy to, że życie przestaje istnieć, raczej schodzi do podziemi, pod ziemię. Jest częścią cyklu przemian, ciemne-jasne-ciemne-jasne, i tak dalej. Podobnie nasza aktywność w swej naturalnej postaci podlega tego rodzaju fluktuacjom. Mamy okresy, gdy energii jest dużo, świeci słońce, chęć do działania płynie naturalnie. Mamy też czas wolniejszy, któremu czasem warto się poddać, posłuchać swojej melancholii, spokojniejszego tempa, zadbać o miejsce na chwilę refleksji i odpoczynku. Może ten zimowy „dołek” jest zaproszeniem do przyłączenia się do naturalnego cyklu? Smutek jest emocją, która skłania do zatrzymania, informuje o tym, co ważne (a na przykład zostało utracone), a także powoduje wycofanie z aktywności między innymi w celu odbudowania zasobów i przemyślenia dotychczasowych działań.

Współczesna tendencja do faworyzowania pozytywnych stanów może się kończyć nieumiejętnością tolerowania stanów mniej przyjemnych, ale będących normalną częścią naszej ludzkiej egzystencji. To ta nietolerancja bardziej niż same niekomfortowe stany staje się przyczyną cierpienia. Do tego dokłada się niestety nacisk na bycie produktywnym i efektywnym bez względu na wszystko, nie pozwalając na zmiany w aktywności.

Może moglibyśmy spróbować wczuć się w jakość tego zimowego, zatrzymanego, stanu, poczuć go w sobie i odkryć jego mądrość? Zakopując się pod koc z książka, w pewnym sensie to robimy…

Oczywiście, jak zauważył też Mindell, nie wszystko działa na wszystkich, nie wszystko dotyczy wszystkich. Może się zdarzyć, że przeżywany smutek jest bardzo silny, zaczyna zakłócać codzienne funkcjonowanie, a do tego towarzyszą mu silnie negatywne myśli. Jeśli dodatkowo pojawiają się objawy takie jak zaburzenia snu czy jedzenia – wtedy zdecydowanie warto skonsultować swój stan ze specjalistą, np. psychoterapeutą.

jak znaleźć szczęście?

Gdzie to szczęście?

Ostatnio sporo o szczęściu wokół słyszę i czytam. W Sopocie co jakiś czas odbywają się „rozmowy o szczęściu”, wydana została książka na ten temat, ciągle gdzieś coś to szczęście się przewija. Myślą, która niedawno najbardziej do mnie trafiła jest coś, co powiedział profesor Wojciszke na jednym ze spotkań: ludzie, którzy zastanawiają się nad tym czy są szczęśliwi, szukają sposobów na szczęście, i tak dalej, raczej stwierdzają, że szczęśliwi nie są. Szczęście to raczej coś, co przychodzi po drodze, jest efektem robienia rzeczy ważnych, sprawiających satysfakcję, efektem odnajdywania swojego miejsca w świecie. Odnajdywania, bo nikt nie mówi, że miejsce w świecie (też to metaforyczne) musi być jedno.

Skupianie się na pytaniu „czy jestem szczęśliwy/a?” automatycznie powoduje nastawienie się na wyszukiwanie brak, luk, niezaspokojonych potrzeb i trudno wtedy o zadowolenie.  Co prawda pracuję w dobrej firmie, ale moja pozycja mogłaby być lepsza. Co prawda mam wspaniałego partnera, ale wciąż napotykamy jakieś trudności, a gdyby zastanowić się lepiej, to on chyba mnie nie rozumie. Jeśli mnie nie rozumie, to czy ten związek ma sens? Czy ja nie potrzebuję więcej zrozumienia? I tak dalej. Szukanie szczęścia to jak pogoń za horyzontem. A przy okazji człowiek przestaje patrzeć pod nogi i wkoło siebie. Jasne, warto zdawać sobie sprawę ze swoich potrzeb, mieć marzenia i dążyć do osiągania celów. Nie chodzi o to, by stać w miejscu. Ale mam wrażenie, że gonitwa za wyśnionym i wymarzonym „szczęściem”, za tym, by zawsze i wszędzie było dobrze, miło i przyjemnie jest jakąś ogromną pułapką. Nie dajmy się zwariować. Skutki odsuwania od siebie spraw nieprzyjemnych i tzw. negatywnych emocji mogą być opłakane.

Zaciekawiła mnie jeszcze jedna informacja, również z wykładu prof. Wojciszke. Stwierdził on mianowicie (podsumowując wiele badań na ten temat), że poczucie szczęścia w 50% zależy od naszej konstytucji, od tego jacy się urodziliśmy. Można to wiązać wrodzonym optymizmem czy pesymizmem, nastawieniem na wyszukiwanie informacji zgodnych lub wyszukiwanie błędów, temperamentalną skłonnością do przeżywania emocji pozytywnych czy negatywnych albo innych psychologicznych koncepcji. Tak czy inaczej, taka myśl może choć odrobinę nas odciążać z tego „obowiązku” bycia szczęśliwym, który się coraz bardziej panoszy wkoło. Patrząc na niektóre osoby, będące zawsze w świetnym humorze, zawsze zadowolone z życia, łatwo zacząć im zazdrościć i tym bardziej szukać recepty na szczęście. Do tego wszechobecne dążenie do szczęścia, szukanie go, wymyślanie coraz to lepszych sposobów na dobre samopoczucie… A może lepiej jest zaakceptować siebie i swój sposób patrzenia na świat? Może prawdziwe poczucie szczęścia i ukojenia może płynąć ze zgody na to jakim się jest?

Z drugiej strony, pozostałe 50% poczucia szczęścia wynika z tego, co robimy ze swoim życiem, czym się zajmujemy – a przede wszystkim, czy robimy, to co lubimy / lubimy to, co robimy. A na to, w przeciwieństwie do cech swojego układu nerwowego, mamy o wiele większy wpływ. Nie można też zapomnieć o kontaktach międzyludzkich. Profesor Skarżyńska, która w Polsce przeprowadza sporo badań na temat szczęścia, twierdzi (polecam wywiad), że jest to niezbędny element bycia szczęśliwym. Bez drugiego człowieka, bez zaufania do ludzi, bez wsparcia innych, trudno o poczucie szczęścia. Takie to jesteśmy zwierzaki społeczne.

Znalazłam przy okazji taki oto tekścik, mający w sobie wiele mądrości. Jest odpowiedzią na pytanie jak być szczęśliwym.

Przykazania Leszka Kołakowskiego

Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:

Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

Creative Commons License photo credit: h.koppdelaney

wrażliwość

Życie wrażliwca

Chodzą po tej pięknej Ziemi istoty, które możemy nazwać sobie „wrażliwcami”. Wrażliwca wcale nie jest tak łatwo od razu zidentyfikować, bo często dobrze się kamufluje. Niektóre wrażliwce wydają się spokojne i opanowane, mają wręcz kojący wpływ na otoczenie, bo mało co wyprowadza je z równowagi. Czasem w kąciku popłaczą sobie, ale raczej nie ujawniają swoich emocji zbyt wylewnie. Uważny obserwator może jednak zauważyć, że w trudniejszych sytuacjach wrażliwiec cichnie, wycofuje się, wręcz spowalnia. Chowa się do swojej skorupki.
Wrażliwiec jest jak antena zbierająca wszelkiego rodzaju negatywne emocje z zewnątrz, a co gorsza, często zdarza się, że odnosi je do siebie. Niekoniecznie musi z tego wynikać, że wrażliwiec uważa, że jest pępkiem świata… choć takie okazy też zdarzają się dość często. To raczej nadmierne wyczulenie w służbie ochrony siebie.

Każde emocjonalne zawirowanie dotyka wrażliwca do żywego, również dosłownie – bo wrażliwiec bardzo często dokonuje tak zwanej somatyzacji, czyli wszystko co w psyche bardzo łatwo i intensywnie przenosi się na doznania cielesne. Wystarczy, że ktoś w otoczeniu wrażliwca podniesie głos, a ten już czuje ostrzegawcze kłucie w żołądku. Taki system alarmowy jest potrzebny, by w porę uniknąć zbyt dużej ilości silnych bodźców, które dla wrażliwca są trudne do zniesienia i wymagają ponoszenia dużych kosztów. Jednak system ten bywa przewrażliwiony i nie jest łatwo odpowiednio go skalibrować, szczególnie jeśli ustawienia zostały zaprogramowane we wczesnym okresie rozwoju – reakcje automatyczne są o wiele szybsze niż racjonalna analiza faktycznego zagrożenia.

Życie wrażliwca bywa pełne paradoksów. Jednym z nich jest niewrażliwość wrażliwca, która może pojawić się w wyniku ekstremalnych doświadczeń w rodzaju przemocy, traumy, czy silnie raniących stanów emocjonalnych. System włącza wtedy blokadę awaryjną, która nie dopuszcza do przegrzania obwodów, które byłoby nie do zniesienia. Stan wyjątkowy powoduje odcięcie od przeżyć, które są zbyt bolesne i stwarzają zagrożenie dla poczucia istnienia wrażliwca.  Ten mechanizm może pojawić się oczywiście również u niewrażliwców, jednak u wrażliwców próg intensywności przeżyć potrzebnych do jego uruchomienia jest o wiele niższy, a szyba zza której zaczynają obserwować świat staje się wyjątkowo uporczywa. Wrażliwcy szybko się warunkują, czyli wyuczają reakcji na bodźce, szczególnie jeśli sytuacji towarzyszy lęk. Innymi słowy, gdy wrażliwiec raz doświadczy silnego lęku w jakiejś sytuacji (na przykład ktoś podniesie na niego głos, rozgniewa się z jakiegoś powodu), to kolejna taka sytuacja prawie na pewno wywoła znów lęk – często niewspółmiernie duży. I nawet gdy podobna sytuacja za kolejnym razem nie będzie już zagrażająca, lęk nadal będzie się pojawiał – reakcje są trudne do wygaszenia. Czasem samo wyobrażenie sobie, że dana sytuacja mogłaby się powtórzyć, wywołuje u wrażliwca paniczny strach i chęć uniknięcia tej sytuacji za wszelką cenę – co może spowodować nadmierną ostrożność, uważanie by nie zrobić „fałszywego” kroku, unikanie pewnych tematów, osób, sytuacji, zamrożenie spontanicznego działania czy nieustające poczucie wewnętrznego niepokoju.

Pojęcie „wrażliwiec” jest bardzo pojemne, bo i wrażliwcy różni są. Możemy odnosić się do różnych pojęć i konstruktów psychologicznych takich jak wysoka reaktywność układu nerwowego, neurotyzm czy introwersja. Jednak należy pamiętać, że za każdą etykietką jest wyjątkowy człowiek, ze swoimi unikalnymi wzorcami. Mój opis do niektórych będzie pasował lepiej, do innych gorzej, ale bardziej chodzi mi o to, by ogólnie pokazać funkcjonowanie osób nadwrażliwych, które czasem cierpią na brak zrozumienia ze strony otoczenia. „Nie przejmuj się”, „Przestań się bać”, „To nie koniec świata” to rady całkiem niezłe, problem w tym, że często są dla wrażliwca trudne do zrealizowania z powodu jego wewnętrznej konstytucji i doświadczeń, które go ukształtowały. W pewnych sytuacjach trudno jest siebie samego przeskoczyć.

Z pewnością każdemu wrażliwcowi przyda się praca nad dystansowaniem się do pewnych spraw, opanowywaniem irracjonalnego strachu (choć z wewnętrznego punktu widzenia on nie dość, że nie jest irracjonalny, to jeszcze jest dotkliwie realny i przejmujący), praca nad treningiem by nie brać wszystkiego osobiście i uodpornić się trochę, czy nad umiejętnością relaksowania się i rozluźniania. Bycie wrażliwcem nie może stawać się wygodną wymówką, dzięki której uniknie się trudów życia. Nie wszystko jest jednak kwestią „po prostu” zrobienia czegoś inaczej – przynajmniej nie od razu, nie natychmiast i nie na zawołanie. Wrażliwiec powinien też sam szanować i doceniać swoją wrażliwą naturę, choć bywa ona przekleństwem.

Jest też druga strona medalu, mianowicie taka, że o ile wrażliwiec może postrzegać świat jako brutalny i nieczuły, to świat może odbierać go jak wydelikaconego „francuskiego pieska”, któremu nic nie można powiedzieć, bo się obrazi, na nic zwrócić uwagi, bo cierpiąc zamknie się w sobie, który zapatrzony jest głównie w siebie i swoje emocje, a drżąc o nie, na potrzeby innych nie zwraca już uwagi. Życie z takim wrażliwcem może być prawdziwą męczarnią… Delikatność i wrażliwość są pięknymi cechami, ale mogą równie dobrze stać się narzędziem terroru interpersonalnego.

O ile sama wrażliwość nerwowa jest ukonstytuowana biologicznie i ciężko ją zmienić, operować organizmem z wysokim poziomem wrażliwości można na różne sposoby – do wrażliwców należy znalezienie tego optymalnego, pozwalającego na dobre funkcjonowanie społeczne, przy jednoczesnym dbaniu o swoje samopoczucie i zdrowie.

A jakie są wasze doświadczenia z byciem wrażliwcem albo byciem z wrażliwcem?

odtwarzanie przeszłości

Odtwarzanie starych taśm

Odtwarzanie starych taśm - psychologiaNasze codzienne funkcjonowanie z innymi ludźmi zazwyczaj opiera się na pewnych przewidywaniach. Zakładamy, że ludzie zachowują się raczej racjonalnie, że dokonując wyborów analizują straty i zyski oraz, że słyszą to, co mówimy, reagując na to, co zostało faktycznie powiedziane (i na dodatek rozumieją, co mamy naprawdę na myśli). Psychologia społeczna od lat rozprawia się z przekonaniem, że działamy racjonalnie – i nic dziwnego, gdybyśmy mieli świadomie wszystko analizować, nie mielibyśmy czasu ani energii na nic innego. Jednak mnie ostatnio zaciekawiło to, jak często w danej chwili nie reagujemy na to, co jest, a na to, co już kiedyś było. Continue Reading