próg i zmiana

Trudności ze zmianą czyli progi, o które się potykamy

W psychologii procesu „progiem” (ang. „edge”, co można tłumaczyć również jako „krawędź”) nazywamy granicę oddzielającą to, co znane, to z czym się utożsamiamy, od tego co jest mniej znane i od naszego poczucia „ja” dalsze. Próg może dotyczyć zachowań, doświadczeń, działań i blokuje niejako przepływ naturalnego procesu rozwoju czy „dziania się” spraw.

Za progiem jest przestrzeń zmiany, przed nim jest przestrzeń dotychczasowego działania, nawyku, stanu rzeczy. Można mówić też o tożsamości – to, z czym się utożsamiamy jest przed progiem. To, co znamy, tacy jesteśmy, takimi siebie widzimy. Tam, gdzieś tam, jest to czego pragniemy (lub/i boimy się), kim nie jesteśmy, a chcielibyśmy (w przypadku zmian inicjowanych intencjonalnie) lub/i boimy się (częste w zmianach „wymuszanych” przez życie) być.

Tomek Teodorczyk tak pisze o procesie zmian i blokadach z tym związanych:

„Przemijanie nie oznacza zasadniczo nic więcej jak tylko przechodzenie z jednego stanu do drugiego, odnosi się więc do procesu zmiany, a ta z kolei określa dla psychoterapeuty rozwój psychiczny człowieka. Problem oczywiście tkwi w tym, że człowiek pewne zmiany spostrzega jako pozytywne, korzystne dla siebie i związane z rozwojem a inne dokładnie odwrotnie. Psychologia procesu, która jest współczesną wersją filozofii taoistycznej ma w tym względzie inne podejście – to szczególnie zmiany niechciane, pilotowane przez wydarzenia, które nam się przytrafiają, niosą szczególnie cenną informację o kierunku naszego rozwoju.

Tak więc każda zmiana będzie przez nas rozumiana jako nośnik rozwoju, jeżeli będziemy w stanie odczytać jej właściwy kontekst i kierunek oraz jeżeli będziemy zdolni do bardziej elastycznego podejścia niż tylko takie, które z uporem godnym lepszej sprawy broni drogocennego staus quo.

Abraham Maslow, jeden z twórców psychologii transpersonalnej, mówił, że życiem psychicznym człowieka rządzą dwie najważniejsze tendencje – do obrony i do rozwoju.

Psychologia procesu mówi, że nasza tożsamość określa bezpieczny i znany obszar naszego funkcjonowania, jednak nie jest ona zdolna do rozwiązania żadnego z naszych istotnych problemów życiowych ani też nie ma w sobie rozwojowego potencjału. Dodatkowo broni się ona jak tylko może przed dopuszczeniem do głosu innych aspektów naszej psychiki, które mogłyby ją rozwinąć i poszerzyć.

Z tego względu przemijanie, niejako „odpadanie” naszej starej tożsamości jest koniecznym elementem przechodzenia do jej nowego, szerszego, bardziej rozwojowego wariantu.

Jednak wszyscy boimy się zmian, gdyż zwykle oznaczają one wejście w coś, czego nie znamy, nie rozumiemy a na dodatek bardzo często niesie ze sobą poważne wyzwanie związane z konfrontacją nowego „ja” z relacyjnym i społecznym otoczeniem, które, podobnie jak my, nie lubi zmian albo też mniej lub bardziej jasno określa ich akceptowalny zakres.”

To, co nieznane… czasem fascynuje, czasem przeraża, a nierzadko wywołuje jedno i drugie naraz. Największe progi związane są z głębokimi zmianami na poziomie tożsamości. Po przekroczeniu progu stajemy się w pewnym sensie kimś innym, niektóre stare zachowania przestają być potrzebne, pojawiają się nowe. To piękne, ale też trudne doświadczenie. Dodatkowo, szczególnie w przypadku głębokich procesów, próg jest bardziej przestrzenią niż ostrą, pojedynczą linią. W przestrzeni tej nie jesteśmy już „tamtym starym”, ale nie jesteśmy też jeszcze „tym nowym”. Jakbyśmy stali za zakrętem, nie wiedząc do końca co nas tam spotka, nie umiejąc się jeszcze zachować. Ta przestrzeń pomiędzy bywa pełna przerażenia i nierzadko strachu. Wspomniany już Tomek Teodorczyk odnosi przechodzenie przez próg do rytuałów przejścia, polecam jego artykuł na ten temat.

Jak rozpoznać próg

Próg może się przejawiać na różne sposoby. Mogę czuć, że nie umiem, nie mogę, nie dam rady, to nie dla mnie. Mogę czuć, że „coś” mi nie pozwala, coś jakby poza moją kontrolą. Ściana, mur, wewnętrzny sabotażysta. Czasem próg jest tak duży, że nawet nie chcę patrzeć czy myśleć o tym, co jest inne. Próg przejawia się też w opiniach i ocenach, że coś jest głupie, bez sensu albo „jak tak można” – jeśli inni to robią. Zdarza się, że próg jest odczuwalny wręcz fizycznie – blokadą w ciele, odpychaniem, czy chęcią ucieczki. Odległy próg może istnieć poza świadomością, przejawiając się niezauważaniem konieczności zmiany, mimo pojawiających się sygnałów ją sugerujących lub nawet gdy zmiana dzieje się „bez pytania”.

W trakcie terapii możemy się spodziewać pewnych konkretnych sygnałów, które mówią, że klient „jest na progu”. Zmienia temat, nie chce się zajmować czymś, o czym przed chwilą żywo mówił, ziewa, czuje, że nie może, nie potrafi albo wstydzi się bardzo. W życiu codziennym też możemy zauważyć takie momenty wycofania się lub zatrzymania. Chcesz coś powiedzieć, ale nie możesz, chcesz coś zrobić, ale się boisz. Myślisz o czymś, a potem to umyka. Planujesz coś zrobić, ale zapominasz o tym, kolejny raz z rzędu. Obserwujesz kogoś, kto robi coś inaczej niż ty i masz burzę mieszanych uczuć – chcesz, ale się boisz; nie chcesz, nie podoba ci się, ale nie możesz przestać o tym myśleć. Można też mieć fizyczne objawy różnego rodzaju: bóle w ciele, bóle głowy, zawroty głowy, odczucie pustki w umyśle, jakieś dziwne odczucia w ciele – szczególnie w momentach kiedy masz zrobić coś dla siebie trudnego, zabierasz się za to lub myślisz o tym. Ponieważ odczucia te są niezbyt przyjemne, odruchowo uciekamy od tych sytuacji. A tu trzeba mimo wszystko zatrzymać się i zobaczyć o co chodzi. Jakie przekonania, doświadczenia, obawy, „figury progowe” nie pozwalają na zmianę? Dopiero wtedy można zacząć jakąś pracę na ten temat. (Polecam wrócić do poprzedniego artykułu, w którym co prawda nie używam jeszcze pojęcia progu, ale opisuję, mechanizmy, które go tworzą).

A czasem na progu wyglądamy tak:

.


W przestrzeni progu siedzą przeróżni strażnicy – przekonania, czy wręcz całe systemy przekonań: osobistych, rodzinnych, społecznych, kulturowych. Mówią one o tym, że czegoś nie można, nie wolno, nie wypada, nie da się. Czasem przekonania te wypowiada dana osoba, jako swoje własne, często pozornie bardzo racjonalne, przekonania. Mogą też w tej roli zostać obsadzeni inni ludzie – rodzina, bliscy, przedstawiciele społeczeństwa czy jacyś bliżej nieokreśleni „oni”. Strażnicy pilnują status quo, trzeba ich przekonać, przechytrzyć albo zignorować.

Duże progi, małe prożki

Próg może być niewielki, niemal nieznaczący, wystarczy lekka zachęta, delikatnie popchnięcie siebie samego czy z pomocą kogoś innego, by zrobić coś nowego. To nowe już się właściwie dzieje, trzeba tylko to dostrzec i wzmocnić.

Ale bywają progi średnie i wielkie, takie życiowe, z którymi mierzymy się od nowa i od nowa. Koronkowa robota, kawałek po kawałeczku pozwala posunąć się bliżej rzeczywistości po drugiej stronie. Progi długoterminowe mogą się przejawiać w przekonaniach czy sprawach, które regularnie nie wychodzą albo powracają – podobne relacje, podobne konflikty, podobne postanowienia, których nie sposób wypełnić.

Jeśli próg jest duży, nie warto go forsować na siłę. Może i uda się go przeskoczyć, ale najczęściej tylko na chwilę, później następuje bolesny powrót któremu towarzyszy bardzo, bardzo nieprzyjemne uczucie. Pewne sytuacje sprzyjają spontanicznemu przekroczeniu progu – na przykład stan zakochania powoduje, że wydaje się nam, że możemy przenosić góry. I przenosimy je. Robimy rzeczy, których byśmy w innej sytuacji nie robili. A potem dodatkowe paliwo się kończy. Niektóre szkolenia czy „eventy” szkoleniowe mają podobne działanie. Ogromna energia, którą serwują, pomaga przekraczać swoje progi, ale niestety po jakimś czasie często sprężynka wraca na swoje miejsce.

Pchanie kogoś (albo siebie!), mówiąc „dla chcącego nic trudnego”, „jeśli Ci nie idzie, to znaczy, że się niewystarczająco starasz” czy „trzeba się wziąć garść i zmusić” jest przemocą i wchodzeniem w koalicję z krytykiem, który przy okazji progów bardzo ochoczo się pojawia.

Jak zrobić hop przez próg

Praca nad progiem jest zazwyczaj bardziej energo- i czasochłonna niż namiętne czytanie o sposobach na zrobienie czegoś i fantazjowanie na temat tego, jak to będzie świetnie, jak już się uda. Warto jednak włożyć ten wysiłek, by faktycznie podążać za nurtem zmian.

Na marginesie, do wszystkich Wewnętrznych Krytyków, którzy lubią suszyć głowę o sam fakt bycia na progu: Próg jest normalnym zjawiskiem. Wszyscy mają takie doświadczenia. Próg jako taki nie jest niczym złym, jest informacją o naszej wewnętrznej strukturze a nie słabością. Pokazuje nam w którym miejscu „utknęliśmy”, więc można go świetnie wykorzystać.

Na progu jest wiele różnych przekonań, które blokują zmianę. Przekazy kulturowe, społeczne, pokoleniowe. Tego nie wolno, tamtego tym bardziej, to nie wypada a tak się nie robi. Często na progu pojawia się dobitne „tak nie można”, ale gdy podrążymy głębiej, popytamy tych strażników progu dlaczego, jak to, ale czy naprawdę, okaże się, że argumenty bywają irracjonalne. Czasem próg potrzeba docenić, bo kiedyś chronił, ale dziś jest już nieaktualny. W innych przypadkach trzeba znaleźć w sobie siłę lub/i wewnętrznego sprzymierzeńca, by ostro się przeciwstawić na przykład pewnym sztywnym czy nieaktualnym zasadom.

Potrzeba często też dobrego, akceptowalnego modelu nowego zachowania. Dlaczego akceptowalnego? Wyobraźmy sobie, że ktoś potrzebuje być bardziej stanowczy i mocny w swoich przekonaniach i działaniach. Sęk w tym, że taki sposób bycia kojarzy mu się z ojcem, który bywał agresywny i nadużywający. Osoba ta potrzebuje innego, mądrzejszego przykładu, w jaki sposób można być stanowczym i szanować innych ludzi.

Czy to próg, czy to proces?

W trakcie nauki pracy z procesem poznałam bardzo ważne pytanie, które należy zadać, gdy pojawia się jakaś trudność związana z wprowadzaniem zmian: czy to jest próg, czy to jest proces?

Różnica jest istotna, bo w subiektywnym odczuciu w obu przypadkach doświadcza się trudności we wprowadzeniu jakiegoś rodzaju zmiany w swoim podejściu czy zachowaniu.

Niech następujący przykład zilustruje co mam na myśli, mówiąc, że coś jest procesem a nie progiem. Pracowałam kiedyś z kobietą, która uważała, że potrzebuje być bardziej spokojna i zrelaksowana, ale nie wychodzi jej to, bo jest ciągle nerwowa. W toku pracy okazało się, że to czego potrzebuje to raczej lepszy kontakt ze swoją siłą, używanie jej i bycie bardziej ekspresyjną. Nie potrzebowała pracy z progiem na bycie spokojną a rozwinięcia innych sposobów bycia i działania. Gdyby usilnie starała się być spokojniejsza, tkwiłaby w martwym punkcie (i nadal śniłyby się jej bójki i kłótnie, co było jednym z sygnałów informujących nas o kierunku pracy).

Z progiem zaś mamy do czynienia, kiedy kierunek jest dobry, ale przekonania, brak umiejętności czy inne przeszkody utrudniają wprowadzenie zmiany. Mogę na przykład uważać, że nie mogę być delikatna i spokojna, bo to oznaka słabości. Albo różnego rodzaju doświadczenia (sny, spotykane osoby, spontanicznie pojawiające się stany) mogą kierować mnie ku medytacji, ale nie będę wiedziała jak za to się zabrać lub będę się bała, że wtedy stanę się np. zbyt leniwa.

To rozróżnienie jest ważne, bo czasem wpadamy w pułapkę zajmowania się nie tą sprawą, co trzeba. Nie raz spotykałam się z frustracją, bo ktoś nie może stać się „bardziej jakiś”, a okazuje się, że potrzebuje tak naprawdę „być bardziej” pod zupełnie innym względem. Aby dokonać tego rozróżnienia, trzeba zazwyczaj włożyć sporo wysiłku w refleksję nad sobą, bo nie zawsze jest to oczywiste.

Zmiana ma swój czas

Co powoduje zmianę? Chcielibyśmy w swych fantazjach o omnipotencji, pchani przekonaniem o byciu kowalem własnego losu myśleć, że my sami. Chcieć to móc, i tak dalej. Nie zawsze tak jednak jest. Czasem zmiana musi dojrzeć… czasem potrzebne jest „jeszcze coś” i nie wiadomo do końca co to jest, póki się nie objawi. Najlepsze techniki, najbardziej wytężona praca nad problemem, najwspanialszy terapeuta nie przeskoczą czynnika gotowości do zmiany. I to wcale nie jest smutne, moim zdaniem to jest nawet uwalniające. Pewne rzeczy po prostu się dzieją i już. W jednym momencie życia coś może być nie do przeskoczenia, a w innym zadzieje się niemal bez wysiłku.

Zmiana bywa też procesem drobnych przyrostów, niewidzialnych w danym momencie. Mam w takich przypadkach następujący obraz, którym się często dzielę: wyobraź sobie dno morza. Na dnie ktoś zbudował schody na powierzchnię, a ty po nich wchodzisz, stopień za stopniem. Cały czas jesteś pod wodą, więc nie czujesz zmiany (dla dobra metafory zostawmy kwestię ciśnienia). Dopiero przy ostatnim stopniu nagle, w niesamowity sposób wynurzasz się i coś się zmienia!

Ile osób traci nadzieję w połowie drogi, ile osób niecierpliwi się, że nic się nie zmienia – mimo, że idą po tych schodach, może i powoli, ale konsekwentnie…

A na koniec refleksja na temat tego czym jest próg w szerszym wymiarze, nie tylko rozumiany jako denerwująca przeszkoda, ale jako coś istotnego w naszym rozwoju:

„Progi ujawniają najgłębsze przekonania na temat życia, śmierci i zmiany, prowokują nas do zadawania sobie pytań, takich jak: „Jak odnoszę się do nieznanych aspektów istniejących we mnie oraz w innych osobach?” lub: „Czego dowiaduję się o sobie samym w sytuacji pokonywania jakiejś przeszkody lub przezwyciężania lęku?”. (…) istotą pracy z progiem jest nawiązanie relacji ze swoim przeznaczeniem lub tym, co przekracza wymiar jednostki.”

– Julie Diamond, Droga powstaje, gdy idziesz.

jak się zmienić?

Między starym a nowym, czyli dlaczego nie mogę się zmienić

Od Nowego Roku minął już prawie miesiąc, wiele osób zrobiło postanowienia – część pozostała tylko w notesie, część może udaje się jeszcze siłą rozpędu utrzymać. Z internetu dosłownie wylewają się porady, triki, metody, sposoby, mniej lub bardziej złote recepty na to, jak się zmienić. W każdym obszarze – odżywania, finansów, relacji, rozwoju osobistego, nawyków, uprawiania sportu – znajdziemy ekspertów, którzy powiedzą nam co i jak robić, żeby było lepiej. Obietnica jest wspaniała, nowa wizja siebie, lepszego siebie, lepszego życia, egzystencji w niezachwianej szczęśliwości. Z sukcesem, koniecznie z sukcesem.

Czytamy te porady, budując świetlaną wizję przyszłości, uzbrajamy się w niezawodne techniki, czasem wydając przy okazji niemałe pieniądze i czekamy na efekty. Te, niestety, nie zawsze chcą przyjść. Obiecana zmiana nie nadchodzi. W zależności od osobowości, albo psioczymy na „eksperta” (i szukamy dalej lepszych sposobów) albo chowamy się w poczuciu, że „nawet do tego się nie nadaję”, „nic mi jak zwykle nie wychodzi” czy „jestem leniem”.

„Dobrymi radami” częstuje nas też otoczenie, mówiąc, że „po prostu musisz zrobić to”, „rób mniej tego”, „rób więcej tamtego”, i tak dalej. Frustracja narasta. Czasem rzeczywiście jedyne, czego nam potrzeba, to dobra technika czy odrobinę więcej samodyscypliny. Zazwyczaj jednak doskonale wiemy co „powinniśmy” robić a czego nie, jaki sposób zastosować, ale jest to nadal trudne. Powodów, dla których zmiana jest trudna może być wiele i wykraczają poza „lenistwo” czy brak narzędzi. Warto rozważyć różne aspekty i lepiej zrozumieć złożoność wprowadzania zmian.

Z jakiego powodu chcesz coś zmienić?

Jest kilka możliwości:

1. stare przestaje się sprawdzać i widać, że coś nie działa,

2. jakieś przyczyny (okoliczności, choroby, problemy, relacje) stawiają przed potrzebą zmiany,

3. czujemy „potrzebę zmiany” wewnętrznie, coś nas gniecie, pcha, jakby coś dojrzało,

4. jakaś wewnętrzna część nas ma „pomysł” na zmianę i chce ją na siłę forsować nie uwzględniając innych aspektów (na przykład Wewnętrzny Krytyk oczekuje, że będziemy idealni albo mamy przekonanie, że szczęście da nam coś, co zupełnie nie leży w naszej naturze),

5. słuchamy innych (bliskich, rodziców, media, ekspertów, społecznych przekonań, mody), nie słuchając i nie uwzględniając siebie.

Punkty 1-3: można przejść dalej, zmiana jest potrzebna, trzeba się skupić na tym jak to zrobić i co może stać na przeszkodzie. Punkt 4 i 5: nasza motywacja potrzebuje rewizji i szczerego zastanowienia się czemu ma służyć ta zmiana.

Chcę robić doktorat, bo temat mnie fascynuje, bo spełniam się jako badacz czy dlatego, że czuję, że moi rodzice tego oczekują albo dlatego, że mam nadzieję, że w końcu mnie docenią? Chcę medytować, bo mam wewnętrzne poczucie, że to coś dobrego dla mnie czy dlatego, że wszędzie piszą, że to „dobre lekarstwo na wszystko”? Chcę schudnąć, bo wtedy lepiej mi się funkcjonuje czy dlatego, że nie mogę patrzeć na siebie w lustrze…?

Odpowiedzi na te pytania rzadko są od razu jasne i jednoznaczne, często motywacje są złożone, ale bez dotarcia do ich istoty może być trudno o zdrową zmianę.

Kto we mnie chce zmiany?

Zacznijmy od tego, że nie jesteśmy psychicznie jednorodnym bytem. Każdy z nas zna poczucie tzw konfliktu wewnętrznego – z jednej strony chcę/czuję jedno, z drugiej – coś zupełnie innego. To naturalne. Nasza osobowość składa się z sub-osobowości, różnych aspektów naszej psychiki, które są ze sobą na wzajem w różnych relacjach. Zazwyczaj jest też tak, że jedne lubimy bardziej niż inne, jedne bardziej dostrzegamy, a inne wypychamy na margines. Dlatego rzadko też i chęć zmiany w nas jest jednorodna. Sprzeczne motywacje, wizje, chęci mogą blokować działanie. Jeśli zmiany jednogłośnie chcą wszystkie aspekty naszej osobowości, to raczej ze zmianą nie ma problemu (albo problem jest natury czysto praktycznej, zewnętrznej czy obiektywnej).

Przydatne są następujące pytania:

1. Kto we mnie chce zmiany? Dlaczego ta część chce zmiany (motywacja)?

2. Jakie inne części mnie są zaangażowane w tę sytuację? Jakie są między nimi relacje?

Dlaczego tak komplikować? Krótka odpowiedź brzmi – jeśli nie weźmiesz pod uwagę wszystkich części siebie, to te nie uznane i niezauważone będą skutecznie sabotować Twoje wysiłki. Przez chwilę może i uda się zarządzać żelazną ręką (tzw. siłą woli, źle pojmowaną dyscypliną czy sztuczkami i technikami), ale prędzej czy później wybuchnie Ci to wszystko w twarz. Często porównuję to do trzymania naciągniętej gumki – jak jesteś w dobrej formie i masz dużo energii, to możesz ją sobie potrzymać i jeszcze robić inne rzeczy. Prędzej czy później gumka pęknie albo trzymanie jej przestanie być już zabawne i mimo szczerych chęci, stan wyjściowy wróci. Energię tę lepiej zainwestować w przyjrzenie się temu, co jest prawdziwą przyczyną trudności, choć czasem wymaga to odwagi lub/i czasu.

Na przykład moja ambitna część chce realizować jakiś projekt, ale istnieje inna część, która potrzebuje odpoczynku i zajmowania się pasjami. Dodatkowo obawia się popadnięcia w pracoholizm, bo ma takie doświadczenia i zna takie wzorce z najbliższego otoczenia. Nie jest jednak brana pod uwagę, mam jej niewielką świadomość, więc jest słusznie zaniepokojona, że na nią i jej potrzeby nie będzie już miejsca, dlatego zaczyna sabotować wszelkie działania. Na zewnątrz wygląda to tak, że im bardziej ją odpycham i staram się siłą woli zabierać za pracę, tym bardziej „nie chce mi się” i odwlekam. Rozwiązanie ma szansę pojawić się dopiero wtedy gdy punkty widzenia i potrzeby obu „stron” zostaną wysłuchane i uwzględnione.

Zmiana zarządzana przez Krytyka to zły pomysł

Zmianę może wymuszać też Wewnętrzny Krytyk, dając złudną nadzieję, że przestanie męczyć i dręczyć, jeśli tylko jego oczekiwania zostaną spełnione. Nie dajmy się wpuścić w taki kanał. Wysokie wymagania napędzają jeszcze większe wymagania. Gdy w końcu uda się zrobić to, do czego zmusza Krytyk, pochwała starcza na bardzo krótko. Po chwili znów trzeba pracować na jego akceptację. To gonitwa bez końca, ściganie uciekającego horyzontu.

Jeśli zmiana ma być tylko zaspokajaniem Krytyka, to serio, naprawdę nie warto – lepiej zająć się samym Krytykiem. Można wtedy odkryć co jest z jego strony tylko złośliwym wyżywaniem się, a co nawet sensownymi postulatami wyrażanymi w głupi sposób. Wtedy robi się przestrzeń na zmianę. Wbrew treningowi, przez który w szkole przeszła większość z nas – krytyczna postawa nie wspiera ani procesu nauki ani procesu zmiany. Krytyk zazwyczaj gra pierwsze skrzypce przy tematach związanych ze zdrowiem, wyglądem, odchudzaniem się, a także często przy „ambicjonalnych” projektach.

Wyciągnięcie na światło dzienne, przyjrzenie się i wysłuchanie argumentów wszystkich stron pozwala zrobić miejsce na znalezienie twórczych rozwiązań. To rodzaj wewnętrznych negocjacji, w których z taką samą uwagą i szacunkiem traktuje się wszystkie strony. Już samo takie podejście jest ogromnym procesem rozwojowym, ponieważ w naturalny sposób mamy tendencję do lubienia pewnych aspektów siebie i odpychania innych, tych, które wydają się głupie, niepotrzebne albo utrudniające życie. Podobnie jak w relacjach z innymi ludźmi – jeśli czujemy się wysłuchani, zobaczeni, uznani w całości z naszymi potrzebami, to od razu jest więcej przestrzeni na dochodzenie do rozwiązań.

Rozmowy na temat zmiany nie mogą obyć się (przynajmniej u „procesowca”) bez rozważenia dodatkowo tego, czym jest tzw. próg. Próg jest psychologiczną barierą, która utrudnia przedostanie się z tego co znane (status quo) do tego, co nowe (gdy zajdzie już zmiana). Jak go rozpoznać, czym się przejawia i co zrobić, żeby go pokonać – w drugiej części artykułu, już wkrótce.

p.s. Jeśli nie chcesz przegapić drugiej części, ani w ogóle niczego związanego z tą stroną i moimi działaniami, zapisz się do newsletterapolub moją stronę na facebook’u.