Rzeka

Jak długo trwa terapia?

Jednym z najczęściej zadawanych przez klientów pytań jest „Jak długo trwa terapia”?

Na poziome uzgodnionej rzeczywistości* jest to pytanie oczywiste – lubimy wiedzieć jakie będą ramy czasowe czegoś, w co się angażujemy. Trzeba też zorganizować sobie czas i budżet. W niektórych szkołach terapeutycznych określenie ram czasowych to jeden z podstawowych elementów kontraktu terapeutycznego. W przypadku niektórych placówek publicznych sprawa ma jeszcze inne oblicze – możliwe jest finansowanie tylko określonej liczby sesji terapeutycznych, więc długość terapii jest z góry określona.

Kto ma wiedzieć jak długo trwa terapia?

To jednak jest bardzo trudne pytanie. Trudne, bo kim jestem terapeuta, by wiedzieć w jakim tempie będą zachodzić zmiany, jak klient będzie reagował na pracę, jakie przeszkody staną na drodze i co po drodze zostanie wspólnie odkryte? Nurt tak zwanych terapii udokumentowanych empirycznie (evidence based therapy), z terapią poznawczo-behawioralną na czele, każe myśleć o terapii, jak o procesie możliwym do totalnego kontrolowania i przewidzenia. Zupełnie jakby klient nie był jedynym w swoim rodzaju, żywym, reagującym ogranizmem, będącym w interakcji z terapeutą.

Zazwyczaj więc odpowiadam: „nie wiem, ale spróbujmy popracować przez tyle to a tyle, a potem wspólnie zobaczymy gdzie jesteśmy”. „Tyle a tyle” najczęściej oznacza trzy miesiące. Czasem jestem w stanie wyczuć, że jakiś proces wymaga czasu, choć zdarzyło mi się też być bardzo zaskoczoną tempem zachodzących zmian.

Terapia to nie naprawa auta u mechanika

Pytanie „jak długo trwa terapia” bywa również przejawem mechanicystycznego podejścia do ludzkiej psychiki. Gdy oddajesz samochód do mechanika, zazwyczaj (zazwyczaj!) potrafi on powiedzieć ile czasu zajmie mu praca – bo samochód jest w miarę prostym (w porównaniu z człowiekiem) zestawem urządzeń, które w znany i określony sposób funkcjonują i od siebie zależą. Nasze doświadczenie mówi, że nawet z samochodem często sprawy nie są tak oczywiste.

Ludzka psychika to nie maszyna. Istnieją pewne zasady, można ich szukać i opisywać, ale ilość czynników, które mają wpływ na to, jak dany człowiek przeżywa życie jest ogromna. Rzadko wystarczy przykręcić jakąś jedną „psychiczną śrubkę”. Nie mówiąc o tym, że podejście w rodzaju „coś jest zepsute” często utrudnia, a nie wspomaga pracę. Niezależnie od tego, co się w życiu danego człowieka dzieje, to na poziomie fundamentalnym jest on „w porządku”. Zmiany są potrzebne, ale jako efekt naturalnych procesów przemian, potrzeby dostosowania się do zmienności świata i natury samej w sobie, a nie tego, że ktoś jest „nie taki jak trzeba”.

I wreszcie, niektóre osoby zadające pytanie „ile to potrwa”, często mają trudność w cierpliwym akceptowaniu tempa zmian, pewnego naturalnego rytmu, w którym ich życie chce się żyć – mają swój pomysł, forsują go, i zdarza się, że właśnie ta nierównowaga jest źródłem problemów.

Trzy fazy zmiany

Tomek Teodorczyk, mój nauczyciel pracy z procesem, wykorzystał ostatnio pewną ciekawą koncepcję antropologiczną do opisu procesu zmian, które w nas zachodzą (tutaj można przeczytać cały artykuł na ten temat). Możemy go podzielić na trzy fazy:

1. Pozbycie się starej tożsamości

Zostawienie tego, co jest już nieużyteczne, czy też co zmienia się w naturalny sposób na przykład w wyniku dorastania;

2. Przejście w fazę bez statusu

Okres w którym już nie jestem tym starym, ale jeszcze nie jestem tym nowym;

3. Wejście w nową tożsamość

Przyjęcie tego co nowe, włączenie do życia nowych sposobów działania, nowych reakcji, zachowań, itd.

Już nie tu, jeszcze nie tam

Najtrudniejszy do wytrzymania jest czas w fazie drugiej. To moment, w którym bardzo łatwo o frustrację, bo chciałoby się już być tam, a jeszcze nie wystarcza odwagi, wiedzy, umiejętności, czy po prostu brakuje gotowości. W tym okresie ludzie robią różne, czasem dziwne rzeczy – albo po to, by zdobyć w końcu zasoby umożliwiające przejście do fazy trzeciej, albo po to, by uciszyć dyskomfort i frustrację związaną z byciem w tej fazie.

Przykładem może być proces rozstawania się z partnerem/partnerką. Już nie jestem w starym związku i udało mi się puścić rzeczy z nim związane, także to jaka w nim byłam, ale jeszcze nie wiem jaka mam być ta nowa i z kim nowym, jeśli w ogóle. Pokusa, by rzucić się w wir czegoś, co pomoże znieść poczucie niepewności, czy nawet pustki, jest ogromna. Zdarza się też swoisty taniec w przód i w tył, pomiędzy fazami, który dodatkowo może wzbudzać zniechęcenie i samokrytykę.

Daleko jeszcze?

Najgorsze, szczególnie z punktu widzenia klienta, jest to, że nie da się określić ile ta środkowa faza będzie trwała. To zależy od wielu czynników, między innymi od:

  • gotowości wewnętrznej
  • dostępności zasobów (wewnętrznych i praktycznych)
  • naturalnego tempa uczenia się
  • otwartości na doświadczenie niepewności (im większy opór, tym gorzej to idzie)
  • umiejętności pozwolenia sobie na doświadczenie czegoś nowego

Rolą terapeuty jest podtrzymywać nadzieję, że da się przez tę fazę przejść i pokazywać zachodzące zmiany, bo w tym momencie często wydaje się, że nic nie idzie do przodu, ciągle to samo. Trzeba też wspierać budowanie zasobów potrzebych do przejścia do ostatniej fazy, ale nie dopuszczać do utknięcia w tym miejscu. Pomysły terapeuty na to, ile ma trwać ten etap, mogą stać się przeszkodą w owocnym jej przejściu.

Oczywiście można forsować zmiany. Można je popychać, można nawet wyuczyć się tego, co ma być w ostatniej fazie. Jednak przeskoczenie przez czas głębokich przemian skutkuje w zmianach jedynie powierzchownych. I to, co potrzebowało czasu, a go nie dostało, ujawni się prędzej czy później w tym samym obszarze albo w innym. Dlatego warto szanować naturalne tempo przemian.

* Uzgodniona rzeczywistość (pojęcie pracy z procesem) to poziom patrzenia na nasze życie z perspektywy tego, co wspólne w naszym doświadczeniu – jeśli ja i ty patrzymy na krzesło, to oboje zgadzamy się, że jest to krzesło. Jeśli jednak śni mi się krzesło, przestaje ono należeć do uzgodnionej rzeczywistości, bo np. we śnie będę go doświadczać na swój indywidualny sposób. Moje emocje czy fantazje związane z krzesłem, na które patrzymy, również nie należą do UR, bo twoje mogą być inne.