Przedstawiam Wam fragment książki “Blisko, nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”, w której Renata Mazurowska rozmawia z terapeutą Pawłem Droździakiem. Tutaj recenzję całej książki.

Każda z tych osób chce być w trójkącie?

Tak. Oczywiście nie na poziomie świadomym. Słowo „chce” nie bardzo tu pasuje. Bo chcenie kojarzy się z czymś, o czym wiemy i z czym się identyfikujemy. Oficjalnie. Z celowym działaniem, planem i metodycznym dążeniem do jego realizacji. Tu tego nie ma. Na świadomym poziomie uczestnicy tej sytuacji odczuwają zmęczenie, frustrację, rozczarowanie, nadzieję, złość i wiele innych emocji. Nie mają wrażenia, że chcą tej sytuacji. Jednocześnie tak budują swoje życie — że „tak wychodzi”. Co nie znaczy, że grają przed otoczeniem komedię, mówiąc, że im nie odpowiada coś, co tak naprawdę uwielbiają. Znaczy tylko tyle, że nie wszystkiego w sobie jesteśmy świadomi. Dlatego wolałbym sformułować to następująco: każda z tych osób ma w sobie element, który sprawia, że ta sytuacja się pojawia, czy się tego chce, czy nie. Ten element w nas, który wywołuje tę sytuację, jest pewną nieznaną nam częścią. Hasłem kochanki pochodzącym z tej nieświadomej części może być na przykład: „Kochaj mnie ty, który masz inną kobietę”.
Wspomniałem o ciążącym nad kobietą tajemniczym fatum. Bez przerwy trafia na drani. Sprawiają wrażenie, jakby byli w nieudanym związku, na którym wcale im nie zależy. Ale później nie chcą się z Tamtą rozstać i zwodzą naszą bohaterkę latami. Na bardzo prostym poziomie można to sobie tłumaczyć tak: „Mężczyźni to kanalie wykorzystujące kobiety”. A to, czego tobie brakuje, żeby sytuację rozwiązać, to większa bezkompromisowość w negocjacjach. Po prostu: powinnaś być mocniejsza, twardsza, stawiać sprawę jasno, domagać się i żądać. Albo-albo, wóz albo przewóz. Tupnąć nogą, nie dać się za żadne skarby świata zaciągnąć do łóżka. Świetnie się ubrać, niech mu oczy wyjdą na wierzch, niech poczuje, co traci, i niech się wreszcie zdecyduje, dupek jeden. A jak nie możesz się na to zdobyć — i to już jest wyższy poziom — zapewne za niską masz samoocenę. Nie wierzysz, że jemu może naprawdę zależeć. Nie wierzysz, że jesteś dla niego dość dobra. I dlatego ustępujesz na rzecz Tamtej. Nie wierzysz w siebie. Porozmawiajmy o twojej samoocenie: „Popatrz, jaka jesteś piękna, popatrz, ilu wolnych mężczyzn ogląda się za tobą każdego dnia, choćby wczoraj ten architekt, dlaczego tego nie widzisz?”.

To nie działa.

I nie zadziała. Nie spotkałem sytuacji, by ta metoda rzeczywiście pomogła. Mimo naprawdę jak najlepszych chęci doradzających i ich szczerego zaangażowania w sprawę. Z tych pozycji toczone są niekończące się rozmowy, których wynikiem będzie niestety to, co zwykle. Czyli nic się nie zmieni. A nawet jeśli dojdzie do zerwania, to za moment albo będzie kolejny mężczyzna, który też się okaże draniem, albo ten sam, bo coś znowu obiecał. I za chwilę trzeba będzie opowiadać, że się nie wywiązał i że to skandal.

No i życie jej zmarnował… Bo przecież mogła czasu nie tracić przy nim, tylko związać się z kimś porządnym, rodzinę założyć, a tak… lata lecą i nic się nie zmienia.

Najwięcej, co na tej drodze daje się osiągnąć, to „zdradzenie” swojego kochanka w akcie desperacji. Po to, żeby zaprzeczyć temu uzależnieniu. Wywołać zazdrość. Gdy ona dyskretnie daje mu sygnał, że się coś takiego wydarzyło, pojawia się dyskusja — czy on ma prawo do zazdrości, czy tego prawa nie ma, skoro żyje z kimś innym. Zwłaszcza że dopingują ją koleżanki: „Co się przejmujesz, skoro on tak cię traktuje, ty też go zdradzaj”. Są więc sceny, zerwanie, epitety, powrót, powtórzenie. I tak przez całe lata.
Chyba że kobieta będąca w roli kochanki przeżyje swoiste „dojście do ściany”. Takie, jakiego doświadczają osoby cierpiące na jakiś rodzaj uzależnienia, które skutecznie zrywają z nałogiem. Dla kogoś uzależnionego takim dojściem do ściany może być delirium. Albo drastyczne zdarzenie związane z zażywaniem danej substancji — sytuacja, która dla tej osoby ma symboliczny wymiar końca. Kresu, upadku, poza którym dalej już się nie da.
Dla kochanki takim przeżyciem może być właśnie zdradzenie swojego kochanka z innym mężczyzną, by się od tego układu wewnętrznie uwolnić. I uświadomić sobie przez ten akt, ile ten układ tak naprawdę dla niej znaczy i do czego doprowadzają uczucia, które przeżywa. Zdarza się, że rodzi się konstatacja: dalej tak się nie da iść, to koniec drogi. Takie dramatyczne zakończenie może nastąpić, co i tak nie dotyka istoty sprawy.

A gdzie ona jest?

Jest kilka możliwości, ale wszystkie tak naprawdę są wariacjami na ten sam temat. Celem działań tej kobiety nie jest ten mężczyzna. Celem jest para. Czasem z akcentem na mężczyznę, czasem na kobietę, a czasem na to coś pomiędzy nimi. To, że on jest zajęty, nie jest przypadkową przeszkodą. Jest istotą sprawy. Dlatego jeśli mamy tu do czynienia nie z krótką relacją, tylko wieloletnim układem lub powtarzającym się z różnymi mężczyznami schematem, wolny architekt i praca nad samooceną niewiele tu zmienią.

  1. Proszę…..co za ściema….. Wymądrzać się na temat trójkątów może tylko ktoś kto ma praktyczne doświadczenia w tym temacie. Ten fragment jest wybitnie stronniczy – wynika z niego że to wina kobiety….bo to zła kobieta była…..bo miała za niską samoocenę. Tak samoocena rozwiązuje wszelkie problemy a szczególnie problem trójkąta…

    1. Ciekawe, bo chyba czytamy inny tekst. W tym jest wyraźnie podkreślone, że to nie jest kwestia “samooceny” (choć kobieta, będąca z facetem, który ma żonę, może usłyszeć od otoczenia, że to właśnie o to chodzi), tylko znalezienia prawdziwej przyczyny, dla której pewne kobiety nagminnie wchodzą w związki, w których nigdy nie będą “tą pierwszą”. Nic nie ma tu ani o winie, ani o tym, że ktoś jest “zły”…

  2. Ciekawa jestem Pani recenzji. Nie dziwię si, że Tere-fere-kuku wyciąga takie a nie inne wnioski, choć przecież nie wiemy czy autor nie pisze z autopsji. Tekst jest nieczytelny, hermetyczny, zniechęcający. Dla mnie ten fragment mówi o marionetce beznadziejnie zawieszonej na sznurkach nieświadomości, grającej w jakieś powtarzalne gry, które tylko wiedzący lepiej potrafi “naprawdę” przeniknąć-choć nie wiem czy dobrze zrozumiałam. Abstrahując oczywiście od faktu, że pokazuje bardzo pokrzywiony świat z punktu widzenia terapeuty z nurtu psychoanalitycznego i z punktu widzenia tej ideologii. No i ciekawe, czy jest w książce jakaś bibliografia, czy tylko dowolnie wymyślone obrazki z życia. Szczęśliwie :), są jeszcze szczęśliwe związki bez terapii, nie poddające się modzie na “dojrzałą miłość” ani tropienie nieświadomego.
    Pozdrawiam, czekam na recenzję, gratuluję bloga:): ogrom pracy, choć ja nie uważam rozwoju osobistego za najwyższą wartość.

    1. Sylwiu, w takim razie co tu robisz, badz szczesliwa nadal nie zajmujac sie tropieniem czegokolwiek

  3. To na pewno jest świetna książka, może ją kupię, jeśli tak celnie rozgryza wszystkie problemy związków.

    “Celem działań tej kobiety nie jest ten mężczyzna. Celem jest para.” aż się dziwię, że dotychczas nigdy nie spojrzałam w ten sposób na powyższy problem, choć to teraz dla mnie tak oczywiste. Bardzo odkrywcze i bardzo smutne. pozdrawiam

  4. Ta druga po prostu zawsze wchodzi w związki z mężczyzną tzw. niedostępnym –
    żonatym, takim, który nie chce się zaangażować albo zadowala się np. internetowym związkiem na odległość. Jeżeli wyjdzie za mąż, to tylko ” na chwilę”, a jedynym kandydatem jest ten, który często wyjeżdża zwodowo.

  5. ciekawy artykuł, jeśli schemat się powtarza i praca nad samooceną niewiele zmieni to co zmieni, jak można wyjsc z trójkąta?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Podobne wpisy
Total
0
Share