Dyskusja na temat tego, czy internet robi nam sieczkę z mózgu czy nie trwa od pewnego czasu. Ilość informacji jest trudna do ogarnięcia, a nasz mózg próbuje się przystosować do nowego trybu działania.  Ile jesteś w stanie przeczytać tekstu na raz? Co czujesz mając przed sobą artykuł, który będzie się “ciągnął” przez kilka stron? Ile zakładek w przeglądarce masz otwartych na raz? Jak szybko odczuwasz znudzenie, znużenie lub niezrozumiałe pobudzenie, zajmując się jedną rzeczą na raz?

Po kilku(nastu) latach intensywnego korzystania z internetu zauważam niepokojące zmiany w swoim funkcjonowaniu poznawczym. Chodzi przede wszystkim o ilość i sposób podawania informacji – coraz krócej, coraz więcej, coraz szybciej. Robi się z tego błędne koło. Zakres uwagi czytelnika jest coraz mniejszy, więc informacja jest podawana coraz bardziej skrótowo, by czytelnik nie zniechęcił się od razu. Coraz krótsza informacja napędza przeskakiwanie z jednego kawałka na drugi, niszcząco wpływając na uwagę. A sama informacja jest przez to coraz bardziej uboga. Krótkie notki, wszystko w punktach, żeby lepiej się przyswajało. Tylko, że zamiast wzbogacać w efekcie zubaża.

Ile z tych szybko łykniętych treści naprawdę pozostaje w nas na dłużej? Z przerażeniem zauważam, że niewiele, a głód nowych informacji jest ogromny. Czasem łapię się na tym, że to jak ze śmieciowym jedzeniem – na śmieciowe informacje też się daję skusić, jeśli tylko pozwolą czymś się zająć rozpędzonemu umysłowi. Zresztą, dobrej jakości jedzeniem też można się zapchać. Skąd ten szalony pęd?

Słuchałam jakiś czas temu ciekawego wywiadu z Deirdre Barrett, autorką książki Supernormal Stimuli: How Primal Urges Overran Their Evolutionary Purpose. Korzysta ona z dość trudnego do przetłumaczenia pojęcia  “supernormal stimuli”, ale idea nie jest skomplikowana. Wyobraźcie sobie pewien gatunek ptaka, który wysiaduje sporej wielkości nakrapiane jaja. Podrzucamy takiemu ptasiorowi dużą, plastikową piłkę w grochy. Żeby nie było, że zmuszamy go do czegokolwiek, to obok kładziemy jego własne jajko. Co będzie wysiadywał zwierzak? Piłkę. Dlaczego? Ponieważ pasuje ona do wzorca “coś okrągłego” i “coś w kropy” lepiej niż naturalne jajko. Jest bodźcem idealnym, “supernormalnym”.

Drugi przykład dotyczy naszych nawyków żywieniowych. Musimy cofnąć się trochę do czasów, gdy nie było sklepów, restauracji i lodówek. Człowiek, który biegał po sawannach i lasach, generalnie raczej był głodny niż syty. Od czasu do czasu udawało się coś upolować. Mięso dzikich zwierząt składało się w dużej części z białka oraz niewielkiej ilości tłuszczu. Tłuszcz był cenny ze względu na trudną dostępność. Podobnie było z cukrem, który naturalnie występował jedynie w owocach zebranych w lesie. Oba te składniki były potrzebne, oba bardzo wartościowe i trudne do zdobycia w dużych ilościach, ciężko też było o zapasy. Dlatego mamy zakodowany program instruujący, że jak jest cukier i tłuszcz, to trzeba go zjeść, bo nie wiadomo kiedy nadarzy się następna okazja. Ewolucja nie nadążyła w tym przypadku (i nie tylko w tym) za postępem i rozwojem technologicznym.

Piszę o tym w kontekście rozbieganego umysłu i internetu dlatego, że ponadnaturalne bodźce dotyczą również innych dziedzin. Barrett mówi o internetowych kontaktach społecznych, w których zachowujemy się jak ten biedny ptasior. Ktoś kliknie “lubię to” na Facebooku, a Ty się cieszysz zupełnie jak wtedy, kiedy wybrali Cię do szkolnej drużyny koszykówki albo koleżanki powiedziały, że jesteś fajnie ubrana. Duża część aktywności online to nic innego jak nabieranie się na takie super bodźce, które tylko przypominają społeczne nagrody, a nasz mózg reaguje na nie, jak na rzeczywiste relacje.

Myślę, że podobnie może być z dostępem do informacji. Można sobie wyobrazić, że w niewielkich społecznościach, w których człowiek żył przez większość czasu (wielkie skupiska ludzi to patrząc ewolucyjnie wyjątkowo świeża sytuacja) zazwyczaj informacje były dość istotne. Dotyczyły życia, przetrwania, tego gdzie można coś upolować, gdzie są zasoby, co zrobić, by plony nie zostały zmarnowane. Nawet plotki były istotne z punktu widzenia funkcjonowania w społeczności – kto z kim, kto co zrobił i co to oznacza dla reszty, to były kluczowe sprawy. Może stąd taki magnetyzm Facebooka (nie dla wszystkich, oczywiście, ale jednak – dla znacznej części populacji) – nie dość, że możesz dostać informacje, to jeszcze się z nimi podzielić. Co więcej, możesz otrzymać za to wdzięczność społeczności. Dajemy się oczywiście oszukać – duża część informacji, zarówno tych, którymi strumień FB nas karmi, jak i tych, którymi my go “wzbogacamy” ma nikłą wartość. Te, które rzeczywiście są wartościowe trudno jest wyłuskać, a jak już się coś trafi to mamy problem z koncentracją i przyswojeniem.

Badania przytoczone przez Nicholasa Carr’a w magazynie Wired wskazują na to, że samo pojawienie się w tekście linków utrudnia jego zrozumienie. Nawet podjęcie decyzji o niekliknięciu w link rozprasza umysł i odrywa od czytania tekstu (co prawda badania te są już dość stare, ciekawa jestem na ile użytkownik internetu uodparnia się na ten niszczący efekt linków).

Im więcej momentów rozproszenia, tym trudniej o przeniesienie informacji z pamięci krótkotrwałej, do magazynów długoterminowych – tam, gdzie łączą się z danymi już zapisanymi, tam gdzie można odnosić je między sobą i faktycznie wzbogacać wiedzę. Tym niestety różni się czytanie książki od czytania czegoś w internecie – skupiając się na książce uwaga jest skoncentrowana na jednej czynności, informacje docierają płynnie, jednym kanałem i w odpowiednim tempie , można się zatrzymać i zastanowić, w efekcie lepiej przyswajając wiedzę.

W internecie mózg jest zalewany przez różne źródła informacji i to, co do niego dotrze, natychmiast jest zastępowane przez coś innego – nie ma przestrzeni na refleksję. Każda próba koncentracji na jednym jest szybko przerywana – wystarczy zerknąć czy nie ma nowej poczty w skrzynce i uwaga zostaje rozproszona. Oczywiście, lubimy być rozpraszani i szukać wciąż czegoś nowego, ale o tym dalej.

Dodatkowo mechanizm ten jest samonapędzający się. Czytając coraz krótsze fragmenty, odzwyczajamy się od koncentrowania uwagi na jednej czynności. Potrzeba nowości jest ciągle podsycana, potrzeba wciąż więcej i więcej, czegoś innego, zmieniającego się. Nie czytając, nie szukając, nie dowiadując się mamy poczucie straty, rośnie niepokój, że coś ważnego nas ominie. W dużym natężeniu przypomina to uzależnienie.

Uwodzą nas wciąż różne niespełniane obietnice – obietnica dowiedzenia się czegoś, nawiązania znajomości, zaspokojenia. Ale tak jak po alkoholu poczucie szczęścia / wolności / rozluźnienia jest tylko chwilowe i nie do utrzymania, tak tutaj – zaspokojenie jest tylko powierzchowne i trzeba ciągle więcej aktywności.

Emily Yoffe w artykule na temat “uzależniających” właściwości Google i innych tego rodzaju serwisów przytacza badania neurologa Jaaka Pankseppa nad boczną częścią podwzgórza. Gdy miejsce to jest sztucznie pobudzane u zwierząt, są podekscytowane i nastawione na poszukiwanie. Panksepp twierdzi, że to ten system jest odpowiedzialny za to, że wstajemy rano z łóżka i bierzemy się do działania, a także za wrażenie “haju” w obliczu poszukiwania.

Na podstawowym poziomie chodzi o bodziec do wyjście z legowiska i udanie się na polowanie. U ludzi obejmuje to też bardzo abstrakcyjne polowanie w krainie idei. Ściganie zajączka jest ważniejsze niż przyjemność płynąca z dopadnięcia go. Motywacja do poszukiwania jedzenia i działań eksploracyjnych jest istotniejsza ewolucyjnie niż rozsmakowywanie się w samym mięsie (eksperymenty pokazują, że nawet zwierzęta trzymane w niewoli wolą upolować swój obiad, niż dostać go pod nos). Dlatego można wpaść w pętlę poszukiwania nawet, gdy zaczyna docierać do nas, że każdy kolejny wpis na FB czy obrazek na Instagramie wcale nie jest już frajdą, albo że warto zacząć czytać znalezione artykuły, zamiast otwierać kolejne okienka z nowymi.

Oczekiwanie nagrody, związane z wydzielaniem dopaminy, jest bardzo stymulujące. Okazuje się, że również sama informacja  (na temat pożywienia, dostępnego partnera, swojej sytuacji społecznej czy innej “nagrody”) sprawia przyjemność i ma to ewolucyjne uzasadnienie. Rejony mózgu odpowiedzialne za te reakcje “nie wiedzą” jednak, że kolejny wyguglany tekst wcale nie musi zwiększyć szansy przeżycia, a my jedziemy jak na haju. Apetyt rośnie w miarę szukania.

Nasz mózg jest niezmiernie plastyczny, jesteśmy w stanie szybko dostosowywać się do zmieniających się warunków i sytuacji. To ogromny potencjał, jednak efekty mogą być różne. Spędzając dużo czasu online, w internetowym tempie, rozwijamy swoje zdolności wzrokowo-przestrzenne, umiejętność wyszukiwania informacji poprzez szybkie skanowanie tekstu, czy szybkiego przełączania między zadaniami. Jednocześnie coraz mniej korzystamy ze zdolności głębokiego przetwarzania i jak ostrzegają badacze – przenosi się to również do świata pozawirtualnego.

Michael Merzenich, zajmujący się neuroplastycznością, podsumowuje to dość dosadnie: wielozadaniowość w internecie trenuje nasz mózg do zwracania uwagi na każdy śmieć.  Przeglądanie i wyszukiwanie informacji to ważne zdolności, ale problem pojawia się, gdy stają się dominującym trybem myślenia i upośledzają proces przyswajania, uczenia i analizy, jak pisze Carr. Dlatego drażni mnie trend, który podchwytuje wielu blogerów: pisz krótko, najlepiej w podpunktach, krótkimi zdaniami, unikając akapitów dłuższych niż pięć linii. To z jednej strony dostosowywanie się do wymagań współczesnych czytelników, ale z drugiej dalsze kształtowanie łapczywego konsumowania informacji i natychmiastowego przechodzenia dalej.

Swoją drogą jestem ciekawa czy ktoś zbadał różnice w zapamiętywaniu tej samej informacji “gołej” (np. w podpunktach), a takiej “obudowanej” tekstem, historiami, itd. Stawiam, że to pierwsze jest chętniej czytane, ale to drugie daje lepsze efekty przy odpowiedniej koncentracji. O którą coraz gorzej. Koło się zamyka.

Z drugiej strony, przed zalewem informacji nie da się uciec i umiejętność  przedostawania się przez gąszcz informacji jest niezbędna. Jednak często brakuje umiejętności odróżniania informacji wartościowej od śmieciowej lub po prostu nieistotnej. Aby to zrobić potrzeba zarówno umiejętności szybkiego przetwarzania, jak i wejścia z analizą w odpowiednim momencie. Czyli – integracja tych dwóch trybów.

Czasem zdarza mi się szukać czegoś w bazach z artykułami naukowymi. Mimo udoskonalanych mechanizmów wyszukiwarek, i tak trzeba często przebijać się przez setki wyników w poszukiwaniu odpowiedniego artykułu. Nie da się tego zrobić efektywnie bez umiejętności szybkiego przeglądania treści. Póki celem jest selekcja, zdolność ta sprawdza się świetnie i daje ogromną frajdę. W momencie, gdy zostaje kilka kilkunasto lub kilkudziesięcio-stronicowych tekstów do przeczytania – przestaje. Zauważam to, gdy próbuję “oszukać” i czytam szybko, zwracając uwagę tylko na kluczowe akapity czy zdania, zaznaczając je sobie. Takie potraktowanie tekstu (bez głębszej analizy) kończy się poczuciem, że wiem dużo – ale tylko na chwilę. Potem szybko zapominam i zostaję z mglistym wrażeniem, “że coś, gdzieś było”, ale co konkretnie, jaki był przekaz i sens, to już różnie. Nie chodzi o zapamiętanie dokładnie treści czy szczegółów, ale o wnioski i połączenie tego z już posiadaną wiedzą.

Co w takim razie zrobić?

Można odłączyć się zupełnie od internetu, ale to wylewanie dziecka z kąpielą. Nie da się zatrzymać rozwoju i postępu społeczno-cywilizacyjnego. Można za to próbować choć podchodzić do niego refleksyjnie i z umiarem.

Rozpraszacze przeszkadzają w głębokim przetworzeniu treści. Ogranicz zatem rozpraszacze. Jeśli czytasz jakiś artykuł, to pozamykaj wszystko inne i postaraj się skupić na wykonywanej czynności.

Zdaj sobie sprawę z tego, na co się nabierasz w internecie. Zauważ impuls do przeskakiwania z miejsca na miejsce i spróbuj go wytrzymać.

Rób z mózgiem coś innego, niż tylko przeglądanie internetu.

Wyłącz komputer i poczytaj książkę albo chociaż gazetę. Coś co Cię ciekawi, albo może zaciekawić. Wyłączony komputer to lepsza koncentracja i trening skupiania się na jednej czynności. Przerwy też są ważne i dobre, ale jedna rzecz na raz.

Zauważaj momenty, kiedy karmisz się mentalnym fast foodem. I wyciągaj swoje wnioski.

Buduj i rozwijaj kontakty społeczne poza internetem. Skorzystamy na tym wszyscy.

Możesz spróbować medytacji czy treningu uważności – to świetne narzędzie uczące panowania nad rozbieganym umysłem. Dobrze wypracowany “mięsień uwagi” pozwala skutecznie zajmować się tym, co trzeba – czy jest to czytanie, pisanie, tworzenie czegoś, czy bycie obecnym w rozmowie z drugim człowiekiem.

Pytaj się siebie co jest wartościowe, co warte Twojej uwagi, na czym Ci zależy i co jest ważne. Jeśli czegoś Ci brakuje, to może sam/a sobie to odbierasz, poświęcając swoją energię i uwagę na rzeczy bezwartościowe?

A na koniec ciekawy fragment wykładu wyjaśniającego jak działa układ dopaminergiczny, czyli co kręci małpy (i nas):

22 komentarzy
  1. przeczytałam wszystko, wszędzie czułam rację, chociaż w
    zdaniu o “informacji obudowanej tekstem i historiami” się zawahałam, bo
    szczerze nie cierpię gadania, a są ciągle tacy opowiadacze bez końca i są tak pisane teksty,
    i w tym momencie przyszło mi na myśl, że to rozrywanie naszej uwagi dobrze robi… poezji,
    która powstaje w małych fragmentach, z rozproszonych wrażeń, nie jest obudowana tekstem,
    jest tam minimum tekstu, myślę teraz akurat o Szymborskiej, która chyba nie tkwiła w internecie,
    informacje krótkie i rozproszone + skupienie medytacyjne potrzebne do stworzenia czegoś= wychodzi mi z tego poezja, mam wrażenie, że jeśli zamiast widzieć informacje, spostrzega sie inspiracje, można się przestawić na “tryb poetycki” – mówią ludzie, że włączanie tłumacza guglowego bardzo inspiruje i pojawiły się blogi, które sobie to po prostu po coś wpisują,
    to jest całkiem na boku Twego tekstu, ale przyszło mi na myśl, że internet może ubocznie wytwarza poezję, a my nie wiemy:)
    chyba namieszałam, pozdrawiam

    1. signe,
      można gadać, można ciekawie opowiadac, można też przegadać i zanudzić informacjami, które są zbędne. Jasne, że są też indywidualne preferencje, zarówno w przekazie jak i w odbiorze. Jednak to, w czym jesteśmy również na nasze preferencje wpływa, tak mi się wydaje. Chodziło mi również o cały kontekst internetowy.
      Co do poezji, to też jest różna, także taka z dużą ilością tekstu. Tylko, że poezja to zupełnie inna bajka. W poezji jedna fraza jest napakowana znaczeniami i niezmiernie pobudza wyobraźnię – więc tym bardziej angażuje uwagę, poprzez angażowanie różnych aspektów naszego aparatu myślowego i emocjonalnego. W tym wypadku mało może równać się dużo.
      Co do “poezji guglowej” to nie kupuję tego za bardzo. Poezja nie jest jakąś wielką i ważną częścią mojego życia. Ale jak sobie o tym myślę, to intencja przekazania i wyrażenia czegoś poruszającego jest jednym z kluczowych jej elementów. Internet sam w sobie przez przypadek raczej tego nie zrobi – może wywołać takie wrażenie, a my możemy się na to nabrać.
      A swoją drogą, jak patrze na Twój komentarz, to mam wrażenie pośpiechu i takiego mówienia na jednym wydechu…strumień świadomości, hehe.

  2. Jak zwykle w biegu ale spokojnie przeczytałem tekst 🙂 No i gonię dalej w rzekę informacji… Dzięki. Przystanek i chwila namysłu zawsze się przyda.

    1. No właśnie Tomek, jesteś człowiekiem niemal na stałe podłączonym do sieci, z tego co się orientuję 🙂 Odczuwasz skutki uboczne w zakresie tego, o czym pisałam?

      1. Oczywiście. I co grosza jestem w pełni ich świadomy. Staram się robić sobie detox mózgu na różne sposoby ale taki koszt mojej pracy… tyle że emerytury górniczej nie dostanę 😉

    2. Ja im bardziej wchodzę w tą informacyjną rzekę, tym bardziej docierają do mnie słowa “forma jest pustką, pustka jest formą”. 😉 A mówiąc nieco bardziej serio zauważyłem u siebie ostatnio tendencję do nie wchodzenia w tematy tzw “życiowe”, czy inne o dużym ciężarze gatunkowym. Zbyt długo to się po mnie wlecze, nie jestem już tego rodzaju informacji na bieżąco “mielić”. Wniosek? Czytam głównie lekkie newsy, ciekawostki, humor, albo rzeczy z obszaru “hobby”. Jak już mam chłonąć te magabity informacji dziennie, to przynajmniej niech mi to co drugi megabajt nie ryje beretu. ;)))

  3. Bardzo ciekawy artykuł! Co nie zmienia faktu, że – tak jak piszesz – poprzeskakiwałam kilka razy na różne inne otwarte zakładki, dałam się rozproszyć linkom, biegłam oczami w dół, żeby znowu wracać do góry… Niestety. Mimo prawdziwego zainteresowania i chęci lektury.
    Zauważyłam jednak, że lepiej mi się czyta na Ipadzie, gdzie jest funkcja “lektura” i dostaję wtedy sam tekst, bez tych wszystkich kolorków, bocznych pasków, ikonek i ozdóbek, którymi są przeładowane prawie wszystkie strony internetowe. To mnie pociesza, jestem wtedy w stanie czytać jednym ciągiem.
    .Inna rzecz, obserwowałam ostatnio jedną czytającą osobę i to też mi dało do myślenia. Chłopak wziął do ręki książkę o malarstwie flamandzkim. Był zachwycony. Ale już za chwilę potrzebował dobrej mapki, żeby umiejscowić fakty w przestrzeni więc – hop na stronę internetową. Potem natrafił na informację o jakiejś wojnie, o której nie wiedział – znowu do internetu. I tak jeszcze parę razy. Po godzinie stwierdził rozczarowany, że nie udało mu się przeczytać więcej niż parę stron książki. Czy to też jest znak czasu?

    1. Wiesz Czara, nasze nawyki są silne. Myślisz, że ile razy ja przeskakiwałam pisząc ten tekst, rozpraszając się co jakiś czas, klikając w “coś interesującego”, ale zupełnie nie na temat i nie na ten moment? Ale myślę sobie, że świadomość tego zjawiska wiele ułatwia. Jak coś zauważasz, to robi się odrobina przestrzeni na decyzję co z tym robisz. Jak lecisz na automacie, to nie ma na to szans.

      Ipada nie posiadam, ale np. teksty piszę w programie WriteMonkey – jest tam tylko pusta przestrzeń do pisania, nic więcej, cały ekran. Nie ma poza tym dosłownie nic. O wiele łatwiej jest mi wtedy się skupić, nawet jeśli przełączam się np. do jakiegoś tekstu źródłowego. Firefox ma rozszerzenie Clearly, które “wyciąga” z artykułu na stronie sam tekst, bez rozpraszaczy.

      Co do historii o chłopaku z książką o malarstwie… to bardzo cenne, że wiedza jest na wyciągnięcie ręki. I świetnie, że są osoby, które chcą z niej korzystać, dowiadywać się, poszerzać swoje zasoby. Z drugiej strony poprzez to, że mamy możliwość zaspokojenia każdego impulsu, tracimy umiejętność wytrwania w niepewności choć chwilę. Pamiętam, jak zaczynałam czytać książki po angielsku. Na początku sprawdzałam każde słowo, którego nie rozumiałam. Ale tak nie dało się czytać! Stwierdziłam, że spróbuję przeczytać stronę bez zaglądania do słownika i sprawdzę, czy rozumiem sens. Do słownika zaglądałam tylko wtedy, kiedy brak zrozumienia jednego słowa powodował niezrozumienie większego kawałka. Albo jakieś słowo powtarzało się często. Oczywiście wszystko zależy od tego, na co jest się nastawionym. Czasem czytam artykuł i wypisuję wszystkie słówka, po to, by rozszerzać swoje słownictwo – ale to zazwyczaj dopiero po pierwszym przeczytaniu całości (chyba, że jak wyżej, coś staje się przeszkodą).

  4. Na pewno internet przyczynia się do wewnętrznego skonfudowania. Urywkowe informacje, często ze sobą sprzeczne, często brak możliwości rzetelnego “pociągnięcia” wątku w subiektywnie ważnych dla nas sprawach. Niby łatwiej się otworzyć ale albo korzyści z tego są relatywnie małe, albo szybko przepadają w informacyjnym szumie. Informacji jest zdecydowanie za dużo i to nie jest tylko kwestia “siły woli”, czy braku woli (jak zapewne chcieliby to widzieć niektórzy orędownicy new age) – nasz mózg jest w naturalny sposób nastrojony na “chłonięcie” informacji. Oczywiście do pewnego pułapu, potem zaczyna się zapętlać. Wydaje mi się, że tak naprawdę sprawa często rozbija się o pewne elementy wyparte i konflikty wewnętrzne, pod tego rodzaju obszary owe “pętle” mają tendencję się podczepiać, a przejawia się to bardzo różnie. Ważne jest wyłapanie pewnych ogólnych schematów myśli.

    1. “Wydaje mi się, że tak naprawdę sprawa często rozbija się o pewne elementy wyparte i konflikty wewnętrzne, pod tego rodzaju obszary owe „pętle” mają tendencję się podczepiać, a przejawia się to bardzo różnie. Ważne jest wyłapanie pewnych ogólnych schematów myśli.” – to bardzo ogólne, co masz na myśli? ja nie zauważam zapętlania się na jakichś konkretnych tematach, ale niemożność skupienia się na jakimkolwiek bardziej i utrzymania uwagi tam, gdzie chcę. Ty odnosisz się już do treści, a nie do mechanizmu samego w sobie, tak?

      1. No tak, chodziło mi o takie kompulsywne “zasysanie” informacji w jakiejś określonej dziedzinie (zdrowie, diety, porady itp), tutaj akurat kwestia koncentracji jest drugorzędna.

  5. Joanno, jak rozumiem, piszesz o wiedzy kognitywnej, zwerbalizowanej?

    Wydaje mi się, że umiejętność skoncentowania się na długim fragmencie tekstu – który sam w sobie jest abstrakcją od realnej rzeczywistości – jest niesłychanie zaawansowaną umiejętnością, wymagającą trudnego treningu i specjalnego, chronionego otoczenia.

    Jeśli odwołujemy się do ewolucyjnych korzeni człowieka: wyobrażam sobie, że nasi przodkowie wykształcali mechanizmy przetrwania w środowisku dostarczającym wielu zróźnicowanych bodźców zmysłowych – i były one przetwarzane na wielu płaszczyznach, nie tylko intelektualnej?

    Twój artykuł jest obszerny, a jednak mam wrażenie, że istota rzeczy umyka. Nie wiem…. Z mojej perspektywy doświadczeń życiowych skupienie na przetwarzaniu pisemnych informacji wydaje mi się mocno ograniczające.

    Pozdrawiam 🙂

    1. Tak, piszę przede wszystkim o czytaniu i to niekoniecznie chodzi mi o jakieś niesamowicie trudne czy długie teksty.
      Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wiedzę pobieramy w bardzo różny sposób i ostatecznie najlepszy sposób, by coś w nas zostało to jakiś sposób doświadczenia i zastosowania. Jednak umiejętność refleksji, tak również intelektualnej, uważam za ważną i stwierdzam, że cały ten internetowy kocioł może ją mocno zaburzyć.
      Nie jestem orędowniczką ograniczania się tylko i wyłącznie do przetwarzania intelektualnego, przeginanie w żadną stronę nie jest dobre. Jestem za zrównoważeniem. Ani gloryfikowanie intelektu ani zupełnie go odrzucanie na rzecz intuicji czy odczuwania nie jest moim zdaniem sprzyjające.

      Tym, na chciałam zwrócić uwagę jest to, że środowisko wirtualne doprowadza do szału naszą uwagę, nadużywa w pewnym sensie naturalne mechanizmy i w efekcie informacja przelatuje przez nas nie pozostawiając głębszego śladu. Z mojej perspektywy to niezbyt dobrze.

      Piszesz, że istota rzeczy umyka… hm, może trochę nie udało mi się utrzymać wątku, nie wiem. Dzięki za komentarz.

      1. Jeśli o to chodzi, to niestety zupełnie się zgadzam.

        Sama zauważyłam u siebie, że trudno mi na przykład obejrzeć 2,5 godzinny film do końca…

        Jeśli chodzi o książki, to i tak zawsze wolałam te, których się nie da przeczytać na raz więcej niż pół strony, a potem trzeba iść trawić 😉

      2. Asiu, słyszałaś może o teorii “memów”? Jak nie to poczytaj o tym, szczerze Ci polecam. :)))

        1. Bardzo lubię pani artykuły i ten również mi się podoba choć pewnych rzeczy i tak niedoczytałam. Szukając czegoś konkretnego otwieram kolejne okienka a następnie staram się wybierać te najistotniejsze dla mnie, choć nadarzają się i takie niepotrzebne, o których potem myślę “kurcze, po co mi było tracić czas na to skoro ja to wiedziałam i już od dawna np.stosowałam”. Wtedy właśnie gdy po raz kolejny sięgam bo jakąś wiedzę zastanawiam się czy rzeczywiście mi to potrzebne? Czy wiedza jaką posiadam nie wystarczy mi do “szczęścia”? Właśnie- ten konflikt wewnętrzny :jedna część mówi “szukaj, czytaj..” a druga “zostaw to, idź rób co inne”
          “(…)Pytaj się siebie co jest wartościowe, co warte Twojej uwagi, na czym Ci zależy i co jest ważne. Jeśli czegoś Ci brakuje, to może sam/a sobie to odbierasz, poświęcając swoją energię i uwagę na rzeczy bezwartościowe?”- no właśnie :tracę zbyt dużo czasu na zajmowanie się sobą a potem czuję się z tym źle, bo nie zrobiłam czegoś innego.Ale wyciągam wnioski, choć nie łatwo pozbyć się starych nawyków ale czasem można i czegoś całkiem nowego nauczyć.Mój wniosek:pracuj nad konfliktem wewnętrznym i jw. pytaj sama siebie:co dla ciebie ważne i potrzebne. Bardzo dziękuję pani Joanno za przypomnienie mi o tym.

  6. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przeczytałam artykuł tak uważnie jak ten. A to tylko dzięki świadomemu zwróceniu na to uwagi i zdaniu sobie sprawy z tego.
    Swoją drogą, już od dawna zastanawiam się, jak to się dzieje, że tak trudno skupić uwagę czytając coś na komputerze. Przynajmniej mi jest trudno, a sprawa wygląda zupełnie inaczej, gdy czytam książkę.

  7. Zgadzam się, że współczesne media konfrontują nas ze zbyt dużą ilością mało istotnych informacji. Przykładowo, że komuś się coś stało niebezpiecznego w małym miasteczku we Włoszech.

    Takie wiadomości wywołują w nas opisana przez autora artykułu reakcję, że to coś ważnego i wywołują silne emocje, np. lęk. Czytając na bieżąco informacje w internecie można w ten sposób nieustannie podwyższać poziom swojego leku i wykształcać poczucie, że świat jest bardzo groźny. Fakty natomiast są takie, ze takie zdarzenia maja charakter incydentalny.

  8. Niestety jest to cała prawda – z racji tego, że prowadzę firmę tworzącą strony internetowe itp, dużo obcuję z komputerem i też to zauważam. To prawda także, że medytacja pomaga – czas do tego wrócić, bo ostatnio za brak koncentracji zapłaciłem bardzo wysoką cenę.

  9. Zgadzacie się?

    “Stosowanie odstępu przed znakiem zapytania świadczy o głębokich kompleksach z dzieciństwa, niepewności co do swojego działania i niespełnionym pragnieniu akceptacji.” – Hans Eysenck

    1. To chyba nie za bardzo na temat, to po pierwsze. Po drugie, aż mi się nie chce wierzyć, że ten cytat należy do tego autora. Skąd go wzięłaś (cytat)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Podobne wpisy

Powrót po przerwie w pisaniu

Sprawdziłam niedawno kiedy na stronie pojawił się ostatni wpis: w czerwcu 2017. W ostatnich paru latach artykuły publikowałam bardzo nieregularnie, ale aż…
Total
0
Share