Któregoś dnia otrzymałam sympatycznego maila od Mariusza Kapusty i przypomniałam sobie o jego blogu proaktywnie.pl. Po przeczytaniu kilku wpisów stwierdziłam, że wybija się on z wszechobecnej sieczki “rozwojowej” i zaproponowałam jakąś formę współpracy. Miał być post gościnny, a przyszło kilka pytań i krótki dialog między nami. No, może dialog w pełnym tego słowa znaczeniu to jeszcze nie jest, ale traktujemy to jako eksperyment, który może się rozwinie. Oboje jesteśmy ciekawi Waszego zdania.

Czy ludzie zajmujący się rozwojem osobistym to przypadkiem nie egoistyczne dupki myślące tylko o sobie?

Joanna: Czytając lub słuchając młodych gniewnych rozwoju osobistego, wrażenie, że mam do czynienia z egocentrycznymi dupkami bywa czasami nie do odparcia. Wiem doskonale, również na własnym przykładzie, że łatwo jest wpaść w taką ego-pułapkę. Gdy wszystko staje się podporządkowane “rozwojowi” (czymkolwiek on jest), to poszukiwanie nowych, lepszych rzeczy, umiejętności, rozwijających doświadczeń może przyćmić wszystko inne.
Na przykład, paradoksalnie (a może wcale nie?), relacje i drugiego człowieka. Jeśli moim celem jest doskonalenie siebie samo w sobie i nie stoją za tym żadne wyższe wartości (i nie mam tu na myśli wartości finansowych), to nie jest trudno rozwojem czy doświadczaniem nazywać wszystkiego, co się robi, nawet tych najgłupszych czy najbardziej raniących innych zachowań. Jedno z haseł “rozwojowych” brzmi “to nie mój problem, a Twój”. Podstawowa idea jest słuszna, chodzi o to, by nie brać całkowitej odpowiedzialności za reakcje i emocje innych ludzi, co się zdarza na przykład współuzależnionym czy DDA. Przeszkadza to w dążeniu swoją drogą, w wyrażaniu siebie, itd. Niektórzy rzeczywiście potrzebują nauczyć się stawać za sobą, bronić swojego zdania i nie podporządkowywać się. Ale niektórzy doprowadzają to do ekstremalnych form.
Robiąc różne rzeczy w imię rozwoju, czy podążania za intuicją / impulsem / procesem / energią, kompletnie nie zwracają uwagi na to, jakie to ma skutki dla otoczenia. Jeśli kogoś boli to, co ja robię, to jego problem. Nieważne, co myślą inni zamienia się powoli w nie ważne co czują inni, nie ważne że też są wrażliwymi istotami, nie ważne, że wokół mnie jest świat, który wcale nie musi podporządkować się temu, co ja myślę. Jasne, żeby tworzyć dobre relacje, często trzeba zacząć od siebie – byleby na sobie nie skończyć. Rozwój osobisty jest wspaniałą pożywką dla współczesnego narcyza.
Mariusz: Aż chciałbym się nie zgodzić, ale to prawda. Wiem po sobie. Mega pożywka dla ego. Przecież to ja się rozwijam, przecież to ja jestem lepszy. A Ci ludzie dookoła nie rozumieją mojego światłego podejścia do świata. Ciemniaki. Nic innego. Przyznaję ze wstydem, że zdarzyło mi się myśleć w ten deseń. To pułapka, w którą łatwo wpaść. To, że się rozwijasz to fajnie. Tylko inni też się rozwijają. Niekoniecznie czytając te same książki, co Ty, lub rozbijając się po seminariach. Tak naprawdę to nikogo nie obchodzi, czy się rozwijasz czy nie. Zdanie, które mi się bardzo spodobało „Nieważne kim jesteś w środku. Ważne co robisz!”. Jeżeli budujesz swoją wartość tylko o to, że się „rozwijasz” to słabe podstawy tak naprawdę. Po co to robisz? Co dzięki temu zyskujesz Ty, co zyskują inni?
Inna kwestia. Bardzo cenę sobie mój czas. Praktycznie cały czas teraz, gdy ktoś proponuje spotkanie, które nie wiem, co ma mi przynieść nalegam na ustalenie, o czym mamy rozmawiać. Wiem, że dla niektórych pytanie „Co chce Pan osiągnąć tym spotkaniem? Zanim się spotkamy chcę to wiedzieć.” może być odebrane jako aroganckie, ale trudno. To robię z szacunku dla mojego czasu, ale i czasu innych. Potrafię powiedzieć, że najwcześniej można do mnie dzwonić z nowym tematem w kwietniu 2012, bo do tego czasu jestem zajęty. To też może być odbierane jako „Nie zależy mu”. Prawda jest taka, że w tym momencie nie chcę tego zaczynać, bo nie zrobię tego dobrze. Po co to robić?
Z drugiej też strony przez ten etap każdy chyba musi przejść. Gdy dochodzisz do etapu, w którym „rekonstruujesz” swój system wartości, kwestionujesz to, co do tej pory uznawałeś za dogmat łatwo jest popełnić błędy. Moja rada: cokolwiek robisz zachowaj dystans i pokorę. Nie chcesz być Personal Development Zombie, który bełkocze „rozwój, rozwój, rozwój” ;).

Czy nie możemy po prostu zaakceptować siebie takimi, jacy jesteśmy? Czy nie lepiej po prostu nauczyć się BYĆ, zamiast gonić wciąż za doskonałością i wpędzać się w depresję?
Joanna: Nasza współczesna zachodnia kultura na oślep pędzi ku doskonałości. Szybkość i skuteczność są najważniejsze. Kremy mają być skuteczne w usuwaniu zmarszczek, które świadczą o niedoskonałości. Kursy NLP są szybkie, profesjonalne i skuteczne, by wykasować wszelkie niepotrzebne i źle działające elementy umysłu, by stał się idealnie funkcjonującym mechanizmem do… (no właśnie, do czego? do spełniania swoich marzeń, czyli osiągania tego, czego ego chce?). Więcej, lepiej, szybciej. Nie ma przestrzeni na bycie, na akceptację siebie takimi, jacy jesteśmy, z naszymi doskonałościami i niedoskonałościami.

Mamy być zdyscyplinowani, stawiać sobie wyzwania, osiągać coraz więcej i oczywiście – zarabiać wielką kasę (najlepiej przez internet). Powinniśmy też być kimś. Nie zapominajmy, że trzeba też nauczyć się pozytywnego myślenia i optymizmu oraz wykasowania ze swojego słownika słowa “problem” – bo problemów nie ma, są tylko wyzwania. Posiadanie problemu oznacza słabość, nieodpowiednie myślenie czy złe nastawienie – które trzeba oczywiście zmienić. Niestety, takie podejście to często kręcenie na samego siebie niezłego bicza.

Póki wszystko idzie dobrze, nie ma problemu. Gorzej, jeśli problemy (tak, moi drodzy, problemy istnieją) się pojawiają. Ostre standardy, do których się dąży, nie dość, że ostre, to jeszcze zachowują się jak uciekający punkt. Są nieosiągalne. Frustracja rośnie. Jest wiele badań, które pokazują, że zbyt piękna wizja idealna, u niektórych osób (szczególnie u tych o niskiej samoocenie) wzmaga poczucie nieadekwatności. Komentował kiedyś u mnie na blogu chłopak, który jako dodatek do terapii (depresja, stany lękowe) włączył pakiet rozwojowy – słuchał motywacyjnych nagrań i afirmacji niemal dzień i noc. W efekcie zaczął mieć napady lęku i zamiast coraz lepiej, czuł się coraz gorzej. Nic dziwnego, pewnie jego Wewnętrzny Krytyk pastwił się nad nim, że jeszcze nie jest taki świetny, jak w tych nagraniach.

Co zamiast? Może współczucie wobec siebie? Nie użalanie się, pobłażanie, tłumaczenie czy znajdowanie wymówek. Współczucie polegające na wyrozumiałości, byciu dla siebie miłym i dobrym, uznaniu, że ułomność i brak perfekcji jest nieodłączną cechą człowieczeństwa, wspólną nam wszystkim. I znów – badania pokazują, że to o wiele lepsze rozwiązanie. Chyba, że budowanie współczucia z rozpędu potraktujemy jako zadanie i wyzwanie, ideał, do którego trzeba dążyć za wszelką cenę. Wtedy dołożymy kolejne spięcie, że jesteśmy niewystarczająco uważni i współczujący wobec siebie.

Mariusz: To świetne pytanie jest. Dla mnie akceptowanie siebie to przyznanie, że jestem jaki jestem, podoba mi się to i to, a to i to chcę zmienić. Trudno jest zaakceptować siebie ze swoimi słabościami, bo faktycznie oczekiwanie dookoła i presja „na doskonałość” jest spora. Chociaż prawda jest taka, że większość z tego to ściema.

Przykład? Szokiem może być dla Ciebie informacja, że rodzice krzyczą na swoje dzieci! Bo każdy ma swój próg cierpliwości. I co się dzieje? Mają cholerne wyrzuty sumienia i wmawiają sobie, że są złymi rodzicami? Dlaczego? Bo wszystkie obrazki dookoła pokazują tylko stale zadowolone rodziny i idealnych rodziców. To zachowanie jest złe. Nie oni! Podobnie jest praktycznie w każdej dziedzinie. Pokazuje się ideały, które nie istnieją, a nie uczy ludzi radzić sobie z problemami, bo przecież one nie istnieją. Są tylko wyzwania ;).

Najgorsze w tym jest to, że zamiast rozwiązywać swoje problemy ciągle szukają złotego środka w poradnikach obiecujących „szczęście”, ale w żaden sposób nie dających informacji zwrotnej. Trochę odbiegłem od głównego wątku chyba ;). Ja nie potrafię przestać się zmieniać. Gdy coś poprawię widzę, że reszta przestaje pasować i ruszam dalej. Lubię wyzwanie, chcę zobaczyć jak to jest zrozumieć, doświadczyć, zmienić. Z drugiej strony akceptuję, gdy ktoś powie „tak jak jest jest dobrze”. Zazdroszczę trochę takiego podejścia. Czasem sam chciałbym zwolnić. Na jakiś dzień, czy dwa ;).

Czy rozwój osobisty to tylko (nie daj boże) NLP, programowanie umysłu i takie tam?

Joanna: Na szczęście nie. Właściwie wszystko może stać się elementem rozwoju osobistego (docieramy do momentu, gdzie definicja bardzo by się przydała). Ja próbowałam wielu rzeczy, z NLP włącznie, to co zostało do dziś to medytacja (wciąż bardzo raczkująca) i praca z procesem jako narzędzie do odszukiwania znaczeń tego, co we mnie i wokół mnie oraz do podejmowania prób integrowania konfliktów wewnętrznych. Kiedyś rozwój myliłam z czytaniem książek. Pułapka. Ale narzędzia to moim zdaniem drugorzędna sprawa, ważniejsze jest to, co pod spodem. Po co? Dla kogo? W jakim celu? W imię jakich wartości? Co oznacza dla mnie rozwój?

Mariusz: NLP jest świetne, ale to zestaw narzędzi. Dopiero ich zastosowanie ma sens. Wizualizacje, submodalności i inne takie są super! To świetna zabawa wyobrażać sobie pewne rzeczy. Tak robiłem jako dziecko i później w liceum, chociaż nie słyszałem o NLP :). Teraz już wiem, że to dzięki NLP sobie wizualizowałem ;).

Mam prostą zasadę: bierz to co się da od każdego i staraj się użyć u siebie. Wierzę, że kluczowa jest praca nad swoją misją, nad określeniem tego, co daje Ci satysfakcję i spełnienie. Cele służą do kształtowania siebie i uczenia się czegoś nowego, a narzędzia typu GTD (Getting Things Done), NLP, coaching ,czy cokolwiek innego pomagają się zmieniać. I często te najprostsze są najskuteczniejsze.

Przykład znowu z byciem rodzicem. Był taki czas, gdy zachowanie Wiktorii bardzo mnie drażniło. Wkurzałem się w 2 sekundy. Nie pasowało mi to. Jak zresztą każdemu normalnemu rodzicowi. Zastosowałem prostą technikę. Najpierw pytania? Co chcę osiągnąć? No, nie wkurzać się ;). To co mogę zrobić zamiast bycia wkurzonym? Jakie mam 3 inne alternatywy? Wymyśliłem: wyjść z pokoju, policzyć do 10, przytulić ją. Trzecia była najlepsza. Narzędzie bardzo proste, bo bazuje na określeniu zachowania, znalezieniu kilku alternatyw i świadomym wyborze spośród nich. Mózg, któremu pokaże się inne rozwiązania w takiej sytuacji „zapyta Cię o decyzję”, a Ty świadomie możesz sterować swoim zachowaniem. Narzędzia są super, natomiast kluczowe jest to, po co ich chcesz używać.

Jeżeli się Wam podobało to dajcie temu wyraz w komentarzach, „like’ach” na FaceBooku lub w jakikolwiek inny sposób. Uwagami krytycznymi również się dzielcie.  Będziemy wiedzieć w którą stronę zmierzać z naszymi eksperymentami i jak upewnić się, że dostajecie to, co Wam się naprawdę przydaje. Inspiruje, rozwija, skłania do refleksji i działania.

Kilka słów od Mariusza: Cieszę się, że mogliśmy zrealizować tę mini dyskusję i mam nadzieję, że Wam się podoba. Chciałem zaprosić Was na proaktywnie.pl, a w szczególności do przeczytania jednego z moich ulubionych postów „Nie pytaj, czy dobrze”  , który duchem nawiązuje do naszej dzisiejszej dyskusji.

Creative Commons License photo credit: milos milosevic

  1. To fakt, całą tą ideą “rozwoju osobistego” też można się wpędzić w kolosalną schizę; przecież podejście to zakłada, że gdzie byśmy nie byli, jesteśmy nie tam gdzie trzeba. Wiadomo jak to jest z ideałami: zawsze nie tam gdzie my.

    A potem działa taki podświadomy mechanizm: trzeba się przed innymi “wykazać” z poziomu swojego rozwoju, a już w najlepszym razie nie odsłonić czasem prawdziwego siebie. Trzeba trzymać fason, przez co sama idea rozwoju staje się kolejnym społecznym “kanonem”, którego należy przestrzegać. A najgorzej jak zaczynamy wykorzystywać duchowość do wzajemnych przepychanek, nie mając nawet tego świadomości; wykorzystując cytaty, mądrości jak karty we wzajemnej grze. Tyle gadamy np o “niesadzaniu innych”, a sami osądzamy, sięgamy po własne mądrości jak nam wygodnie i to w dość pejoratywny sposób.

    Moje zdanie jest takie: przed tym co niektórzy nazywają “oświecenie” wszyscy jesteśmy w pewien sposób dupkami.

  2. Czytam i po części się zgadzam, ale..
    Dla mnie odkrywanie siebie do radość, taka sama (a może większa) jak widok pierwszego przymrozka na trawie. Radość z obcowania ze swoim źródłem (angielski core lepiej mi tu pasuje). Ta cicha radość przekłada się na innych (w większej pewności siebie- pewności siebie, a nie brawurze emocjonalnej), ale powiedziałabym, że przekłada się pozytywnie (ludzie dookoła czerpią z tego, o czym rozmawiamy).
    odpowiadając pytaniami:
    Co jest we mnie takiego, że ta i ta cecha u kogoś mnie drażni, czego mi brakuje, jaką potrzebę powinnam zaspokoić, czego nie chcę zaakceptować? Nawet jeżeli ktoś wykorzystuje to narzędzie (rozwój osobisty) w moim odczuciu zbyt … narcystycznie, to dlaczego to powoduje mój dyskomfort? Wypaczenia zdarzają się w każdej dziedzinie, są ludzkie. Nie usprawiedliwiam tego, zauważam, traktuję z życzliwością i stawiam granicę w miejscu, gdzie naruszają moje interesy i decyduje na ile chcę z nimi dzisiaj obcować (gorzej dać czystą kartę przy nast. spotkaniu). Może (na pewno) jest taki punkt, w którym trzeba wycisnąć gąbkę, żeby mogła dalej nasiąkać (na tym blogu był gdzieś o tym artykuł – przy czym było to ujęte trochę inaczej)? I to, o czym rozmawiałam z koleżanką: rozwijając się i poszerzając swoją wrażliwość przyciągamy ludzi sobie podobnych.
    A może to ze mną nie idzie wytrzymać 🙂

    1. No cóż, można się wkurzać, można unikać, można szukać w sobie wyrozumiałości lub potraktować innych “narcystycznie” stosujących rozwój jako lustro… Ja się przyznaję do grzechu narcyzmu, dlatego też różne moje spostrzeżenia kieruję niejako do siebie.
      Podoba mi się koncepcja wilberowska, a właściwie idea Claire Gravesa. W dużym skrócie – każdy z nas jest w jakims miejscu rozwoju, tych punktów jest kilka i mają swoje cechy charakterystyczne. Problem polega na tym, że do pewnego momentu, osoby z róznych poziomów nie są w stanie się dogadać, bo uważają, że ich miejsce jest lepsze. Dopiero w pewnym momencie dociera się do “szczebla”, z którego widać, że każdy etap jest cenny, wartościowy i potrzebny, pozwalając na pojawienie sie kolejnych. Wtedy już tak to nie wkurza.

  3. Mysle sobie teraz, ze my ludzie jestesmy jendak stadnymi istotami. I w procesie doskonalenia siebie, nie chce zapomniec o znaczeniu jakie ma relacja z innymi. I mysle sobie jeszcze, ze wlasciwie niemal kazdy czlowiek jakiego spotkalam wniosl do mojego zycia Cos. My ludzie mamy niesamowita zdolnosc zaskakiwania naszym potencjalem. Dlatego przemawiaja do mnie egzystencjalisci ze swoimi wstawkami o “you are not alone”, “we are on the same boat”, “importance of meaning” a razem z nimi Adler, ktory podkreslal waznosc “social interest”.

    Dzieki za dyskusje powyzej 🙂 Usmiech.

    1. Tak mi przyszło do głowy, że kontakt z drugim człowiekiem może różnie wyglądać i mieć różne motywy. Narcystyczne również 🙂

  4. A nie macie trochę takiego poczucia, że tych wszystkich idei samorozwoju/ wellness itp jest coraz więcej i więcej, a ludzie generalnie i tak się czują coraz gorzej? Może po prostu nie potrzebujemy napychania się kolejnymi koncepcjami i ideami? Może tak naprawdę tęsknimy za prostotą, przestrzenią?

    Myślę, że to czego naprawdę najbardziej potrzebujemy, to nie kolejnych pakietów koncepcji rozwoju, filozofii, cytatów, a bardziej powrotu do tych rzeczy, które są podstawowe i to w sensie jak najbardziej egzystencjalnym: DO PONOWNEJ NAUKI CHODZENIA, JEDZENIA I ODDYCHANIA. DOSŁOWNIE. DO BYCIA OBECNYM. DO SŁUCHANIA SWOJEGO CIAŁA. DO SZUKANIA WEWNĘTRZNEJ MĄDROŚCI. DO PRAWDZIWEJ WIARY I UFNOŚCI. DO SZUKANIA WŁASNEJ DROGI.

    I takie bym z tego wyciągnął przesłanie.

    Ps: Sorry za caps – locka!

    1. No tak, ale z drugiej strony – te rzeczy, o których mówisz trzeba w jakiś sposób robić. Może tego właśnie potrzebujemy, ale nie wiemy JAK – i stąd pęd do różnych rozwiązań i sposobów. Jak się nauczyć być obecnym? Co zrobić, by usłyszeć swoją wewnętrzną mądrość? Paradoksalnie, myślę, że pogoń za metodami jest wyrazem szukania czegoś, co ludziom trudno nazwać, a czują tego brak.

    2. No właśnie dlatego jest tego coraz więcej. Siedziesz w tym temacie więc wydaje Ci się wszechobecny, ale jak rozejrzysz się po ulicy i popytasz, to ta tematyka to nadal wielka nisza.

      Jak pisze Joanna, żeby odkryć sieibe trzeba sobie poradzić z rzeczywistością, a mam dziwne przekonanie, ze bez świadomej zmiany to cholernie trudne jest. Znalezienie własnej drogi bez mentora, idei, ukierunkowania, wsparcia to naprawdę mordęga.

      1. Nie ma się co zastanawiać… Z autopsji mogę przyznać, że to naprawdę mordęga.

  5. Dla mnie rozwój to wszystko co mnie spotyka. Każde doświadczenie. I to,jak na nie patrzę-jak na lwa w klatce czy przyjazne elfy. Jak na wspinanie się na górę lodową,czy niebo pełne gwiazd (życie pełne opcji),z których wybieram jedną,ona rośnie i zajmuje przestrzeń mego życia. Można w rozwijaniu się zapomnieć o tym po co, zapomnieć o innych,o tym dla kogo. Gdy sobie jednak przypomnimy lub zycie nam przypomni,możemy zawrócic i to jest rozwój. Sama szukam,wybieram i nie chciałabym zastać siebie w sytuacji,iż moje zycie tak zleciało-na rozwoju,na doskonaleniu siebie. Jezeli robię to z miłości(dla polepszenia swoich relacji), dla siebie i innych(by miec lepsza prace, by innym ze mna było lepiej)-bedę szczęśliwa:)

  6. Dla mnie rozwój to nauka pokory. To stwarzanie siebie codziennie od nowa, bo nic co już kiedyś “przepracowaliśmy” nie jest “wykonane” raz na zawsze. Najważniejsze wydaje mi się w tym, z jednej strony – wytrwałość i pracowitość w dążeniu do celu, a z drugiej – umiejętność odpuszczenia, kiedy stajemy wobec faktu, że już dalej, bardziej się nie da. A zatrzymać może nas na przykład własna natura. Odkrywamy, że do pewnych rzeczy nie jesteśmy stworzeni i choćbyśmy nie wiem jak się starali, nigdy nie osiągniemy zamierzonego celu. Ta samoświadomość właśnie, wiedza o swoich ograniczeniach wydaje mi się być najistotniejszym efektem samorozwoju. Nie chodzi przecież wcale by być doskonalszym czy perfekcyjnym, a by pełniej być sobą, by żyć w zgodzie z własnymi wartościami i świadomie dokonywać wyborów, a jednocześnie być otwartym na to, co może spotkać nas w życiu i dać się zaskoczyć własną na to reakcją. Bo przecież nie jesteśmy stworzeni raz na zawsze, nasze umiejętności, wartości, którymi się kierujemy, a wreszcie my sami zmieniamy się codziennie – i intencjonalnie, i tak po prostu. 🙂

    1. Dla mnie też nie tylko pokory, ale zaakceptowania tego, że chcę mieć fajny samochód, chcę mieć fajne gadżety i dobrze mi z tym. Nie czuję się winny, że chcę “mieć”.

      Dla mnie to też znajdywanie obejścia tego, do czego nie stworzyła mnie natura. Jakiś czas temu byłem przekonany, że “nie umiem sprzedawać”. Okazuje się, że przychodzą do mnie osoby, które mówią – Ja tego nie potrafię, ty to zrób. I wychodzi to coraz lepiej.

      Zgadzam się, z tym co piszesz, że tu nie chodzi o perfekcję. Dla mnie najlepsza jest nauka, rozumienie tego, co się dzieje dookoła i jak mogę tym sterować, czasem stać obok siebie i patrzeć jak coś robię. Kluczowe pytanie dla mnie jest następujące: ile osób świadomie to robi, a ile po prostu egzystuje. Czasem się zanstanawiam, czy świadomość nie jest jednocześnie ciężarem.

  7. Napisałem kiedyś że rozwój osobisty to tak naprawdę efekt uboczny dążenia do celu.

    Bo po pierwsze musimy znaleźć swój cel – dla wielu prawie nie do przeskoczenia, jesteśmy jak sutenerzy wpychający wszystkim wokół cudze idee a nie zaglądamy do swego wnętrza by znaleźć swój własny cel. Tak więc pierwszym efektem ubocznym jest umiejętność introspekcji, wejrzenia w swoje wnętrze

    A kiedy już w nie wejrzysz to widząc jaki tam jest bałagan naturalnie zaczniesz robić porządki. Porządki w twoim wnętrzu odbiją się wkrótce na twoim otoczeniu – jak na górze tak i na dole i na odwrót.

    Kiedy otacza cię i wypełnia mniej rzeczy łatwiej znaleźć te najważniejsze. Więc odnajdujesz coś co chcesz robić. Tylko brak ci umiejętności. Więc nabywasz nową wiedzę praktyczną, pomocne nawyki, stajesz się kimś kto może osiągnąć wymarzony cel. I go osiągasz.

    Voila! Zdobywając upragniony cel rozwinąłeś się wewnętrznie 🙂

    1. Ano tak jest. Szukasz celu, żeby go znaleźć trzeba posprzątać, jak posprzątasz wiesz, czego Ci brakuje, zdobywasz to, osiągasz cel i jesteś kimś na innym poziomie niż startowałeś. I wtedy cykl zaczyna się na nowo, na wyższym poziome celów.

      Bardzo ładnie to ująłeś.

  8. Joanno, już kiedyś to pisałam, ale powtórzę – bardzo jest mi bliskie Twoje podejście do wielu spraw. Czasami, gdy o czymś piszesz, to mam wrażenie, jakbyś siedziała w mojej głowie, a czasem artykułujesz coś co we mnie jedynie plącze się nienazwane i nieuchwytne…
    Rynek “rozwoju osobistego” jest ogromnym, bardzo dobrze prosperującym działem gospodarki i dlatego przez długi czas podchodziłam do tego tematu bardzo nieufnie. “Rozwój osobisty” stał się produktem i jako taki podlega zasadom i technikom sprzedaży, a te z kolei kojarzą mi się z manipulacją i naciąganiem.
    Niedawno dopiero spojrzałam na rozwój osobisty z innej perspektywy i odkryłam, że można go rozumieć, jako spojrzenie wgłąb siebie. Poznanie funkcjonujących we mnie mechanizmów. Zdiagnozowanie, które mi szkodzą (i podjęcie próby ich zmiany) oraz tych, które są dla mnie korzystne. Pochylenie się nad targającymi mną emocjami. Zastanowienie się dlaczego niektóre sytuacje/ludzie tak bardzo mnie irytują, lub wprost przeciwnie.
    I zgadzam się w tym miejscu z Aleksandrą, że to odkrywanie siebie jest procesem niesamowicie fascynującym i pouczającym. Dla mnie osobiście, zagłębienie się w siebie paskutkowało jednocześnie otworzeniem się i większą wyrozumiałością wobec innych ludzi – skoro sama jestem tak bardzo niedoskonała, podlegam różnym nieracjonalnym, zdawałoby się, mechanizmom psychicznym, to inni ludzie również są tacy sami. Jeśli mnie zdarza się kogoś nie lubić (ciekawe dlaczego?), to innym też daję takie prawo. Jeśli ja się mylę, to inni też mogą. Po prostu – wyrozumiałość i akceptacja własnych niedoskonałości MUSI prowadzić do tego samego wobec innych ludzi. Tak myślę. Zrozumienie siebie, pomaga zrozumieć innych.
    Natomiast moją frustrację wywołuje fakt, że moje relacje z innymi ludźmi rzadko bywają symetryczne – tzn. ja ich tłumaczę, usprawiedliwiam, więc (ponieważ jedną z najważniejszych zasad regulujących relacje społeczne jest zasada wzajemności) tego samego oczekuję wobec siebie. I na tym polu właśnie przeżywam najwięcej rozczarowań i często czuję się jak frajerka, która wszystkich wokół usprawiedliwia, a sama co rusz zostaje zarzucana pretensjami o złe intencje. Często czuję się w związku z tym rozżalona i niesprawiedliwie potraktowana.
    W swoim rozwoju nie doszłam jeszcze do etapu, w którym zrozumiałabym i poradziła sobie z tymi emocjami. Ale nauka przecież się nie kończy, nadal nad sobą pracuję i, mam nadzieję, rozwijam się osobiście:)

    1. A ja wam powiem, jak ja to teraz wszystko odbieram:

      Ja, Kohelet, byłem królem nad Izraelem w Jeruzalem.
      I skierowałem umysł swój ku temu,
      by zastanawiać się i badać,
      ile mądrości jest we wszystkim,
      co dzieje się pod niebem.
      To przykre zajęcie dał Bóg
      synom ludzkim, by się nim trudzili.
      Widziałem wszelkie sprawy, jakie się dzieją pod słońcem.
      A oto: wszystko to marność i pogoń za wiatrem.
      To, co krzywe, nie da się wyprostować,
      a czego nie ma, tego nie można liczyć.

      TAK POWIEDZIAŁEM SOBIE W SERCU:

      “Oto nagromadziłem i przysporzyłem mądrości więcej
      niż wszyscy, co władali przede mną na Jeruzalem”,
      a serce me doświadczyło wiele mądrości i wiedzy.
      I postanowiłem sobie poznać
      mądrość i wiedzę, szaleństwo i głupotę.
      Poznałem, że również i to jest pogonią za wiatrem,
      bo w wielkiej mądrości – wiele utrapienia,
      a kto przysparza wiedzy – przysparza i cierpień.

  9. “Czy ludzie zajmujący się rozwojem osobistym to przypadkiem nie egoistyczne dupki myślące tylko o sobie?”
    Obawiam się, że często właśnie tak jest.
    Dawno temu intensywnie uczestniczyłem w katolickich ruchach religijnych. Każdy z nich zakładał jakiś ideał chrześcijanina. Np. wypadało dążyć do pokory. Ale któryś z mądrzejszych chrześcijan zauważył, że “dążenie do pokory to zakamuflowana forma pychy!”
    To wielkie boom na rozwój osobisty jest w porządku, bo zawraca ludzi do spraw głębszych niż kursowanie między domem i pracą. Ale z innej strony rozwój osobisty, samorealizacja i inne te mądre słowa stają się etykietkami, z którymi się identyfikujemy by zapchać jakąś pustkę czy dziurę tożsamości. Wielki mi rozwój osobisty, jeśli ktoś w imię kolejnego “warsztatu rozwoju osobistego” zostawia chore dziecko z teściową, przyjaciela w tarapatach, mężą/żonę tuż po kłótni i pędzi nad ziemią, bo zaraz zaczyna się warsztat z mistrzem.

    “Rozwój osobisty to tak naprawdę efekt uboczny dążenia do celu” – zgadzam się z Leszkiem Cyfer. Rozwój osobisty przychodzi sam, kiedy jesteśmy w najwłaściwszym dla nas miejscu w najwłaściwszym czasie. Podobnie pisze Yalom o poszukiwaniu sensu życia, że pojawia się pewnego dnia, kiedy po prostu żyjemy, działamy, angażujemy się w coś. Za dużo myślimy o rozwoju a za mało czujemy.

  10. Fajnie, wywiązał się między Wami taki wywiado – felieton. Na pewno jest to fajna forma i coś ciekawego. Spojrzenie na niektóre kwestie z dwóch odmiennych punktów widzenia 🙂

    Co do pierwszego punktu widzenia. To faktycznie często osoby które lizną nieco tematyki “rozwoju osobistego” starają się przyjąć pozę wielkich “Panów” i ludzi którzy pozjadali wszystkie rozumy. Mnie cieszy to, gdy ktoś kto łyka nieco motywacji i innych technik mających na celu samorozwój dopiero wtedy uświadamia sobie jak mało wie i jak długa droga jest jeszcze przed nim.

    W tym miejscu zawsze przypomina mi się taka dygresja, można powiedzieć historyjka. Jak Pan Kazik na budowie wylicza coś, przychodzi świeżo upieczony Pan magister budownictwa, który kompletnie nie zgadza się z Panem Kaziem, bo wg. wzoru który podano mu na studiach wychodzi zupełnie co innego. Nie jest istotne, że Pan Kaziu robi te wyliczenia już ponad 20 lat w pracy i pomimo, że nie skończył nawet podstawówki to jest w tym świetny. “Wielki” Pan magister po prostu nie dopuszcza do siebie myśli, że mógł się pomylić i że jakiś człowiek bez wykształcenia może wiedzieć więcej od niego.

    Dlatego zaczynając zabawę z samorozwojem jedną z zasad jaką sobie przyjąłem to, że “Zawsze możesz nauczyć się czegoś od nikogo”. I każdemu kto chce się tą tematyką zająć polecam właśnie przypominanie sobie tych słów i nieco pokory. Wtedy zawsze będziemy na pozycji, w której nie strawi nas egoizm i zacietrzewienie.

    Pozdrawiam.

  11. jakkolwiek by to patetycznie nie zabrzmiało – to rozwój osobisty to całe nasze życie.. kim bylibyśmy bez doświadczeń zgromadzonych na przestrzeni lat w tak wielkim ogromie dziedzin jakich nam dostarcza życie codzienne. Zaczynamy przygodę jako tabula rasa a kończymy z tak obszernym bagażem doświadczeń..

  12. Dla mnie rozwój osobisty, to odkrywanie i poznawanie siebie. Bez rozwoju, bez podejmowania nowych wyzwań i próbowania nie sposób dowiedzieć się, kim się jest, co się lubi, czego nie lubi, na co się zgadza, na co nie itd.

  13. Sorki że tak wrzucam, nie jestem trenerem ani psychologiem dużo czytam na seminaria mnie nie stać a cała ta dyskusja choć przeczytałem ją całą nie wiem co ma wnieść???!!! Dla mnie z rozwojem osobistym jest jak z każdą rzeczą na ziemi czy w życiu nie wolno jej nadużywać i nie wolno jej wykorzystywać, ale niestety tak jest i tego nie da się zmienić. Ludzie są tylko ludźmi, niektórzy szkolą się tylko i wyłącznie po to by manipulować innymi, ja tylko mam nadzieję iż tych co mają dobro w sercu i dają przykład, jest więcej.
    Dalej! Cieszę się że jest “moda na rozwój osobisty ” ostatnio nawet z teściową 🙂 w dyskusję wpadłem czy to nie jest tylko wyciąganie pieniędzy od naiwniaków? Dlaczego czyta się nieraz : “przeczytałem już tyle książek, i nic” odpowiedź znalazłem już w jednym poście tej dyskusji i sparafrazuję ją tak : dostałeś młotek to go użyj a nie wbijasz gwoździe dalej ręką!!! i tu też znalazłem odpowiedź w jednej wypowiedzi do wszystkiego trzeba dorosnąć, dojrzeć lub tak jak było w moim przypadku musiała mnie do tego zmusić sytuacja.
    Joasiu świetna strona uwielbiam bajki choć dawno nic nowego się nie pojawiło bardzo dużo się tutaj nauczyłem dziękuję i przepraszam jeśli kogoś uraziłem

  14. A ja polecam wszystkim początkującym na drodze duchowego i osobistego rozwoju dającą do myślenia książkę Ingrid Mathieu: Recovering Spirituality: Achieving Emotional Sobriety in Your Spiritual Practice (niestety na razie tylko ang.) o problemach jakie napotykamy na ścieżce duchowej. A przede wszystkim o zagrożeniu wynikającym z pokusy stosowania duchowości jako “emocjonalnego by-passu” czyli sposobu na unikanie pewnych nierozwiązanych spraw, emocji i przeżyć wewnątrz nas samych.

    Autorka pokazuje jak łatwo jest wpaść w sidła przeróżnych duchowych idei czy wyobrażeń dających najczęściej dość iluzoryczne poczucie wolności i mocy, podczas gdy kwestie, które miały być rozwiązane, pozostają nierozwiązane na głębszym (często podświadomym) poziomie. Oczywiście nie jest to głos przeciw duchowości, a raczej trzeźwe spojrzenie na pewne realia i problemy, które są udziałem osób decydujących się iść duchową ścieżką.

    Dla mnie ta książka to strzał w dziesiątkę, długo na taką publikację czekałem. Polecam wszystkim osobom zajmującym się rozwojem osobistym.

    http://www.amazon.com/Recovering-Spirituality-Achieving-Emotional-Spiritual/dp/1616490896/ref=sr_1_1?s=books&ie=UTF8&qid=1327604475&sr=1-1

    1. Hm. Czy ten cytat cokolwiek znaczy, poza tym, że ładnie i wzniośle brzmi?

      I czy ten komentarz ma jakiś sens, poza tym, że jest dość nachalnym działaniem SEO?

  15. Można psioczyć na rozwój osobisty, można rzucać błotem w ludzi o podejściu prorozwojowym, mozna nazywać ich egoistycznymi dupkami (co jest ciekawe bo jakby przyjrzeć się w jaki sposób myślą ludzie nazywający kogoś egoistami to okazuje się, że to oni są największymi egoistami) tylko, że na końcu to ci ludzie właśnie maja najwięcej profitów w życiu. Akceptacja siebie, a dokładniej strategia umysłowa jest super jeżeli wykorzystamy ją jako narzędzie do jeszcze szybszego docierania do celu, a nie do przyzwolenia na niskie standardy jakie się prezentuje.

    Bardzo ładnie brzmi opowiadanie o tym, że w życiu trzeba kierować się sercem, miłością do innych i inne takie duchowe opowiadania. świat jest taki jaki jest i albo grasz według jego zasad (a tutaj często nie ma miejsca na sentymenty, jest czysta kalkulacja), albo wypadasz z gry i to często bardzo boleśnie.

    Prowadzę firmę, aktualnie nawet dwie. Moim inspiratorem jakiś czas temu stał się Donald Trump i jego podejście do życia. Powiem szczerze, że takie podejście przynosi bardzo dobre efekty. Gość, który nie zna kompromisów i nastawiony jest w życiu na wygrywanie. Od razu od ludzi zajmujących się duchowością usłyszałem, że to egoista, że kieruje nim ego, inni mówili, że coś w sobie wypiera i takie tam. Nie wiedziałem czy śmiać się czy płakać z tego, ale pomyślałem sobie jedno: “Ok, myślcie sobie i mówcie co chcecie, ale na samym końcu to wy będziecie dalej tak mówić, a on właśnie będzie wsiadał do swojego nowego samolotu Boeinga 757 i wylatywał ubić kolejny kontrakt, albo odwiedzić jedną ze swoich posiadłości” Dlatego ja wybieram rozwój i moge być dupkiem, nie przeszkadza mi to 🙂

  16. “Dupki z rozwoju osobistego” często zarabiają na uczeniu innych jak zarabiać pieniądze, ale skoro udaje im się na tym zarobić to w rzeczywistości umieją się sprzedać. 😀 Taka fajna rekurencja.

    1. pytanie czy faktycznie fajna, czy miarą sukcesu jest nakłonienie jak największej ilości osób do kupna ‘czegoś’? i co/kto jest na samym końcu tej pętli?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Podobne wpisy

Powrót po przerwie w pisaniu

Sprawdziłam niedawno kiedy na stronie pojawił się ostatni wpis: w czerwcu 2017. W ostatnich paru latach artykuły publikowałam bardzo nieregularnie, ale aż…
Total
0
Share