znak zapytania

Dylematy rozwoju osobistego

Któregoś dnia otrzymałam sympatycznego maila od Mariusza Kapusty i przypomniałam sobie o jego blogu proaktywnie.pl. Po przeczytaniu kilku wpisów stwierdziłam, że wybija się on z wszechobecnej sieczki „rozwojowej” i zaproponowałam jakąś formę współpracy. Miał być post gościnny, a przyszło kilka pytań i krótki dialog między nami. No, może dialog w pełnym tego słowa znaczeniu to jeszcze nie jest, ale traktujemy to jako eksperyment, który może się rozwinie. Oboje jesteśmy ciekawi Waszego zdania.

Czy ludzie zajmujący się rozwojem osobistym to przypadkiem nie egoistyczne dupki myślące tylko o sobie?

Joanna: Czytając lub słuchając młodych gniewnych rozwoju osobistego, wrażenie, że mam do czynienia z egocentrycznymi dupkami bywa czasami nie do odparcia. Wiem doskonale, również na własnym przykładzie, że łatwo jest wpaść w taką ego-pułapkę. Gdy wszystko staje się podporządkowane „rozwojowi” (czymkolwiek on jest), to poszukiwanie nowych, lepszych rzeczy, umiejętności, rozwijających doświadczeń może przyćmić wszystko inne.
Na przykład, paradoksalnie (a może wcale nie?), relacje i drugiego człowieka. Jeśli moim celem jest doskonalenie siebie samo w sobie i nie stoją za tym żadne wyższe wartości (i nie mam tu na myśli wartości finansowych), to nie jest trudno rozwojem czy doświadczaniem nazywać wszystkiego, co się robi, nawet tych najgłupszych czy najbardziej raniących innych zachowań. Jedno z haseł „rozwojowych” brzmi „to nie mój problem, a Twój”. Podstawowa idea jest słuszna, chodzi o to, by nie brać całkowitej odpowiedzialności za reakcje i emocje innych ludzi, co się zdarza na przykład współuzależnionym czy DDA. Przeszkadza to w dążeniu swoją drogą, w wyrażaniu siebie, itd. Niektórzy rzeczywiście potrzebują nauczyć się stawać za sobą, bronić swojego zdania i nie podporządkowywać się. Ale niektórzy doprowadzają to do ekstremalnych form.
Robiąc różne rzeczy w imię rozwoju, czy podążania za intuicją / impulsem / procesem / energią, kompletnie nie zwracają uwagi na to, jakie to ma skutki dla otoczenia. Jeśli kogoś boli to, co ja robię, to jego problem. Nieważne, co myślą inni zamienia się powoli w nie ważne co czują inni, nie ważne że też są wrażliwymi istotami, nie ważne, że wokół mnie jest świat, który wcale nie musi podporządkować się temu, co ja myślę. Jasne, żeby tworzyć dobre relacje, często trzeba zacząć od siebie – byleby na sobie nie skończyć. Rozwój osobisty jest wspaniałą pożywką dla współczesnego narcyza.
Mariusz: Aż chciałbym się nie zgodzić, ale to prawda. Wiem po sobie. Mega pożywka dla ego. Przecież to ja się rozwijam, przecież to ja jestem lepszy. A Ci ludzie dookoła nie rozumieją mojego światłego podejścia do świata. Ciemniaki. Nic innego. Przyznaję ze wstydem, że zdarzyło mi się myśleć w ten deseń. To pułapka, w którą łatwo wpaść. To, że się rozwijasz to fajnie. Tylko inni też się rozwijają. Niekoniecznie czytając te same książki, co Ty, lub rozbijając się po seminariach. Tak naprawdę to nikogo nie obchodzi, czy się rozwijasz czy nie. Zdanie, które mi się bardzo spodobało „Nieważne kim jesteś w środku. Ważne co robisz!”. Jeżeli budujesz swoją wartość tylko o to, że się „rozwijasz” to słabe podstawy tak naprawdę. Po co to robisz? Co dzięki temu zyskujesz Ty, co zyskują inni?
Inna kwestia. Bardzo cenę sobie mój czas. Praktycznie cały czas teraz, gdy ktoś proponuje spotkanie, które nie wiem, co ma mi przynieść nalegam na ustalenie, o czym mamy rozmawiać. Wiem, że dla niektórych pytanie „Co chce Pan osiągnąć tym spotkaniem? Zanim się spotkamy chcę to wiedzieć.” może być odebrane jako aroganckie, ale trudno. To robię z szacunku dla mojego czasu, ale i czasu innych. Potrafię powiedzieć, że najwcześniej można do mnie dzwonić z nowym tematem w kwietniu 2012, bo do tego czasu jestem zajęty. To też może być odbierane jako „Nie zależy mu”. Prawda jest taka, że w tym momencie nie chcę tego zaczynać, bo nie zrobię tego dobrze. Po co to robić?
Z drugiej też strony przez ten etap każdy chyba musi przejść. Gdy dochodzisz do etapu, w którym „rekonstruujesz” swój system wartości, kwestionujesz to, co do tej pory uznawałeś za dogmat łatwo jest popełnić błędy. Moja rada: cokolwiek robisz zachowaj dystans i pokorę. Nie chcesz być Personal Development Zombie, który bełkocze „rozwój, rozwój, rozwój” ;).

Czy nie możemy po prostu zaakceptować siebie takimi, jacy jesteśmy? Czy nie lepiej po prostu nauczyć się BYĆ, zamiast gonić wciąż za doskonałością i wpędzać się w depresję?
Joanna: Nasza współczesna zachodnia kultura na oślep pędzi ku doskonałości. Szybkość i skuteczność są najważniejsze. Kremy mają być skuteczne w usuwaniu zmarszczek, które świadczą o niedoskonałości. Kursy NLP są szybkie, profesjonalne i skuteczne, by wykasować wszelkie niepotrzebne i źle działające elementy umysłu, by stał się idealnie funkcjonującym mechanizmem do… (no właśnie, do czego? do spełniania swoich marzeń, czyli osiągania tego, czego ego chce?). Więcej, lepiej, szybciej. Nie ma przestrzeni na bycie, na akceptację siebie takimi, jacy jesteśmy, z naszymi doskonałościami i niedoskonałościami.

Mamy być zdyscyplinowani, stawiać sobie wyzwania, osiągać coraz więcej i oczywiście – zarabiać wielką kasę (najlepiej przez internet). Powinniśmy też być kimś. Nie zapominajmy, że trzeba też nauczyć się pozytywnego myślenia i optymizmu oraz wykasowania ze swojego słownika słowa „problem” – bo problemów nie ma, są tylko wyzwania. Posiadanie problemu oznacza słabość, nieodpowiednie myślenie czy złe nastawienie – które trzeba oczywiście zmienić. Niestety, takie podejście to często kręcenie na samego siebie niezłego bicza.

Póki wszystko idzie dobrze, nie ma problemu. Gorzej, jeśli problemy (tak, moi drodzy, problemy istnieją) się pojawiają. Ostre standardy, do których się dąży, nie dość, że ostre, to jeszcze zachowują się jak uciekający punkt. Są nieosiągalne. Frustracja rośnie. Jest wiele badań, które pokazują, że zbyt piękna wizja idealna, u niektórych osób (szczególnie u tych o niskiej samoocenie) wzmaga poczucie nieadekwatności. Komentował kiedyś u mnie na blogu chłopak, który jako dodatek do terapii (depresja, stany lękowe) włączył pakiet rozwojowy – słuchał motywacyjnych nagrań i afirmacji niemal dzień i noc. W efekcie zaczął mieć napady lęku i zamiast coraz lepiej, czuł się coraz gorzej. Nic dziwnego, pewnie jego Wewnętrzny Krytyk pastwił się nad nim, że jeszcze nie jest taki świetny, jak w tych nagraniach.

Co zamiast? Może współczucie wobec siebie? Nie użalanie się, pobłażanie, tłumaczenie czy znajdowanie wymówek. Współczucie polegające na wyrozumiałości, byciu dla siebie miłym i dobrym, uznaniu, że ułomność i brak perfekcji jest nieodłączną cechą człowieczeństwa, wspólną nam wszystkim. I znów – badania pokazują, że to o wiele lepsze rozwiązanie. Chyba, że budowanie współczucia z rozpędu potraktujemy jako zadanie i wyzwanie, ideał, do którego trzeba dążyć za wszelką cenę. Wtedy dołożymy kolejne spięcie, że jesteśmy niewystarczająco uważni i współczujący wobec siebie.

Mariusz: To świetne pytanie jest. Dla mnie akceptowanie siebie to przyznanie, że jestem jaki jestem, podoba mi się to i to, a to i to chcę zmienić. Trudno jest zaakceptować siebie ze swoimi słabościami, bo faktycznie oczekiwanie dookoła i presja „na doskonałość” jest spora. Chociaż prawda jest taka, że większość z tego to ściema.

Przykład? Szokiem może być dla Ciebie informacja, że rodzice krzyczą na swoje dzieci! Bo każdy ma swój próg cierpliwości. I co się dzieje? Mają cholerne wyrzuty sumienia i wmawiają sobie, że są złymi rodzicami? Dlaczego? Bo wszystkie obrazki dookoła pokazują tylko stale zadowolone rodziny i idealnych rodziców. To zachowanie jest złe. Nie oni! Podobnie jest praktycznie w każdej dziedzinie. Pokazuje się ideały, które nie istnieją, a nie uczy ludzi radzić sobie z problemami, bo przecież one nie istnieją. Są tylko wyzwania ;).

Najgorsze w tym jest to, że zamiast rozwiązywać swoje problemy ciągle szukają złotego środka w poradnikach obiecujących „szczęście”, ale w żaden sposób nie dających informacji zwrotnej. Trochę odbiegłem od głównego wątku chyba ;). Ja nie potrafię przestać się zmieniać. Gdy coś poprawię widzę, że reszta przestaje pasować i ruszam dalej. Lubię wyzwanie, chcę zobaczyć jak to jest zrozumieć, doświadczyć, zmienić. Z drugiej strony akceptuję, gdy ktoś powie „tak jak jest jest dobrze”. Zazdroszczę trochę takiego podejścia. Czasem sam chciałbym zwolnić. Na jakiś dzień, czy dwa ;).

Czy rozwój osobisty to tylko (nie daj boże) NLP, programowanie umysłu i takie tam?

Joanna: Na szczęście nie. Właściwie wszystko może stać się elementem rozwoju osobistego (docieramy do momentu, gdzie definicja bardzo by się przydała). Ja próbowałam wielu rzeczy, z NLP włącznie, to co zostało do dziś to medytacja (wciąż bardzo raczkująca) i praca z procesem jako narzędzie do odszukiwania znaczeń tego, co we mnie i wokół mnie oraz do podejmowania prób integrowania konfliktów wewnętrznych. Kiedyś rozwój myliłam z czytaniem książek. Pułapka. Ale narzędzia to moim zdaniem drugorzędna sprawa, ważniejsze jest to, co pod spodem. Po co? Dla kogo? W jakim celu? W imię jakich wartości? Co oznacza dla mnie rozwój?

Mariusz: NLP jest świetne, ale to zestaw narzędzi. Dopiero ich zastosowanie ma sens. Wizualizacje, submodalności i inne takie są super! To świetna zabawa wyobrażać sobie pewne rzeczy. Tak robiłem jako dziecko i później w liceum, chociaż nie słyszałem o NLP :). Teraz już wiem, że to dzięki NLP sobie wizualizowałem ;).

Mam prostą zasadę: bierz to co się da od każdego i staraj się użyć u siebie. Wierzę, że kluczowa jest praca nad swoją misją, nad określeniem tego, co daje Ci satysfakcję i spełnienie. Cele służą do kształtowania siebie i uczenia się czegoś nowego, a narzędzia typu GTD (Getting Things Done), NLP, coaching ,czy cokolwiek innego pomagają się zmieniać. I często te najprostsze są najskuteczniejsze.

Przykład znowu z byciem rodzicem. Był taki czas, gdy zachowanie Wiktorii bardzo mnie drażniło. Wkurzałem się w 2 sekundy. Nie pasowało mi to. Jak zresztą każdemu normalnemu rodzicowi. Zastosowałem prostą technikę. Najpierw pytania? Co chcę osiągnąć? No, nie wkurzać się ;). To co mogę zrobić zamiast bycia wkurzonym? Jakie mam 3 inne alternatywy? Wymyśliłem: wyjść z pokoju, policzyć do 10, przytulić ją. Trzecia była najlepsza. Narzędzie bardzo proste, bo bazuje na określeniu zachowania, znalezieniu kilku alternatyw i świadomym wyborze spośród nich. Mózg, któremu pokaże się inne rozwiązania w takiej sytuacji „zapyta Cię o decyzję”, a Ty świadomie możesz sterować swoim zachowaniem. Narzędzia są super, natomiast kluczowe jest to, po co ich chcesz używać.

Jeżeli się Wam podobało to dajcie temu wyraz w komentarzach, „like’ach” na FaceBooku lub w jakikolwiek inny sposób. Uwagami krytycznymi również się dzielcie.  Będziemy wiedzieć w którą stronę zmierzać z naszymi eksperymentami i jak upewnić się, że dostajecie to, co Wam się naprawdę przydaje. Inspiruje, rozwija, skłania do refleksji i działania.

Kilka słów od Mariusza: Cieszę się, że mogliśmy zrealizować tę mini dyskusję i mam nadzieję, że Wam się podoba. Chciałem zaprosić Was na proaktywnie.pl, a w szczególności do przeczytania jednego z moich ulubionych postów „Nie pytaj, czy dobrze”  , który duchem nawiązuje do naszej dzisiejszej dyskusji.

Creative Commons License photo credit: milos milosevic