blog psychologiczny - introwersja - mity

Kilka mitów o introwersji

Mój poprzedni króciutki wpis na temat introwersji wzbudził spore zainteresowanie. W komentarzach często pojawiały się stwierdzenia, że introwertycy czują się niezrozumiani przez „resztę”. Z drugiej strony miałam wrażenie sporego zamieszania jeśli chodzi o definicje i to, jak rozumiemy potocznie introwersję. Zresztą nieporozumienia definicyjne mogą prowadzić do tworzenia się stereotypów. Dlatego też warto obalić trochę mitów związanych z tą cechą charakteru, wyjaśnić pewne pojęcia i może choć trochę zwiększyć zrozumienie po obu stronach.

Czy każdy z nas jest albo introwertykiem albo ekstrawertykiem?

Niekoniecznie. Jak większość cech psychologicznych, ekstrawersja jest wymiarem i ma rozkład normalny. Już mówię po polsku. Wymiar oznacza, że miedzy jednym a drugim biegunem (ekstremum) jest linia ciągła i teoretycznie możemy uplasować się w jej dowolnym miejscu. W praktyce, wyniki testów podaje się na kilkustopniowej skali, na przykład od 1 do 10. 1 to najmniejsze nasilenie ekstrawersji, czyli introwersja, 10 to największe, czyli tzw. idealny typ ekstrawertyka, a 5 można nazwać ambiwertykiem. Ambiwersja oznacza, że mamy różnorodne preferencje dotyczące ilości stymulacji, która jest nam potrzebna do efektywnego funkcjonowania. W praktyce bardzo niewiele osób to tzw. czyste typy, plasujące się na krańcu skali. Statystycznie (zgodnie z rozkładem normalnym) tylko około 4% to osoby na krańcach, a im bliżej środka skali, tym ich więcej. Innymi słowy większość jest przeciętna. Ilustruje to poniższy obrazek.

Odnosząc do naszego tematu, na osi poziomej byłoby nasilenie introwersji, a na pionowej ilość osób w populacji.

Introwertycy boją się ludzi

To jest chyba jeden z najbardziej krzywdzących poglądów, a także wynik pewnych nieporozumień definicyjnych. Popularnie bowiem „introwertyk” często mówi się o osobach, które są zamknięte w sobie i nie mają zbyt wielu kontaktów towarzyskich. To jest to, co widzimy na zewnątrz, pewnego rodzaju zachowanie. Nie mamy jednak dostępu do tego, co dzieje się wewnątrz danego człowieka (chyba, że sam zechce się tym z nami podzielić). A tam może być bardzo różnie. To co istotne, to odróżnienie kierunku nastawienia swojej aktywności („ku światu” lub „ku wewnątrz”) od poziomu lęku. Oczywiście te dwa elementy nie są tak zupełnie od siebie niezależne (sprawdzić korelację introwertyzmu z innymi cechami – neurotyzmem, reaktywnością), ale nie są na pewno tym samym.

Introwertyk jest po prostu nieśmiały

Bardzo blisko pojęcia introwersji pojawia się „nieśmiałość”. Jonathan Cheek, amerykański psycholog zajmujący się tym tematem wyróżnia cztery typy ludzi nieśmiałych, podkreślając ich potrzebę socjalizacji (czyli przebywania z innymi ludźmi).

1. Nieśmiali-bezpieczni: identyfikują się jako osoby nieśmiałe, ale nie robią z tego wielkiego problemu. Kontakty trochę ich stresują, ale nie mają dużej potrzeby interakcji z innymi. Kiedy z kimś rozmawiają, są dość spokojni, ani ich to specjalnie nie ekscytuje, ani nie napawa lękiem.

2. Nieśmiali-wycofani: są bardziej lękowo nastawieni do innych. Obawiają się odrzucenia, popełnienia gafy towarzyskiej, czy zawstydzenia. Ten typ może też czasem czuć się samotnie.

3. Nieśmiali-zależni: tak bardzo chcą być z innymi ludźmi, że stają się zbyt ulegli, uprzejmi i nadskakujący. Z pozoru ich relacje społeczne są dobre, ale na dłuższą metę „jak można zbudować relację opartą na wzajemności, jeśli się zgłaszasz na ochotnika by być młodszym partnerem”, jak mówi Cheek.

4. Nieśmiali-skonfliktowani: mają dużą potrzebę bycia z innymi, ale również wysoki lęk z tym związany. Cheek nazywa to konfliktem dążenie-unikanie. W związku z tym są w ciągłym napięciu, odczuwają lęk antycypacyjny (czyli boją się jeszcze zanim wejdą w realną interakcję), wahają się, zbliżają i wycofują. W związku z tym, jest to grupa, która ma najwięcej problemów i odczuwa największy dyskomfort.

Z kolei Louis Schmidt, amerykański badacz zajmujący się biologicznymi podstawami osobowości, twierdzi, że introwersja i nieśmiałość to dwie różne rzeczy, choć popularnie bywają mylone. Podkreśla on podstawową różnicę, że czym innym jest niechęć do wchodzenia w kontakty, a czym innym lęk przed nimi. Introwersja związana jest z motywacją do bycia w towarzystwie (mam ochotę/nie mam ochoty), a nieśmiałość z zachowaniem wśród ludzi (zahamowanie lub jego brak, poczucie napięcia i dyskomfortu). Stąd też wynika, jak pisze Sophie Dembling w artykule na którym się opieram, że introwertyk jest w stanie zachować się jak ekstrawertyk (będzie to go kosztować psychicznie, ale pójdzie na imprezę i niekoniecznie będzie stał sam w kącie), za to osoba nieśmiała nie potrafi ot tak wyłączyć swojej nieśmiałości.

Jeśli rozdzielimy introwersję i nieśmiałość, traktując je jako odrębne wymiary, to znów mamy możliwość stworzenia czterech kategorii, w obrębie których ludzie będą zupełnie inaczej się zachowywać i czuć. I tak nie będzie tym samym ktoś kto jest introwertyczny i nieśmiały oraz ktoś, kto jest introwertyczny i mało nieśmiały, ktoś kto jest ekstrawertyczny i nieśmiały oraz ktoś ekstrawertyczny i mało nieśmiały.

Introwertycy kierują swoją energię do wewnątrz

Pisałam już o tendencji do kierowania energii na zewnątrz lub do wewnątrz, koncepcji obecnej w pierwotnej definicji ekstrawersji autorstwa Junga. W komentarzach padło pytanie co to dokładnie oznacza. Badania, w których skanowano (metodą PET – tomografia pozytronowa) mózgi introwertyków i ekstrawertyków pokazują trochę bliżej na czym to polega. Gdy zadaniem było „luźne myślenie” (czyli brak konkretnego zadania), w mózgach introwertyków bardziej aktywne były płaty czołowe i inne obszary związane z planowaniem, rozwiązywaniem zadań i przypominaniem zdarzeń. Ekstrawertycy z kolei mieli bardziej aktywną tylną część wzgórza i tylną część wyspy, regiony odpowiedzialne za interpretację danych zmysłowych. Wyniki te pokazują, że faktycznie różnica między tymi typami polega na innym kierunku uwagi. Introwertycy są bardziej introspektywni, zwracają uwagę na swoje myśli, a ekstrawertycy potrzebują stymulacji zmysłowej.

Jak się jednak okazuje, jungowski konstrukt kierowania energii psychicznej na zewnątrz lub do wewnątrz wcale nie jest taki jasny, gdy chce się przyjrzeć temu stosując narzędzia naukowe. Co to jest energia psychiczna? Jak sprawdzić gdzie jest kierowana? Nieoceniona w zgłębianiu tych tematów Sophie Dembling, przytacza ciekawy pomysł autorstwa Jennifer Grimes dotyczący właśnie aspektu energetycznego. Według niej każdy człowiek ma różne zapotrzebowanie na energię płynącą z interakcji. Niektórzy czują się „doładowani” interakcjami, a inni wręcz „wypompowani”. Różnica ta bierze się z różnych poziomów chęci „inwestowania” energii i otrzymywania jej w zamian. I znów mamy cztery możliwe skrajności przy takich dwóch wymiarach. Jedni potrzebują mało i dają mało, inni potrzebują wiele, ale dają mało (tzw. wampiry energetyczne), itd. Grimes twierdzi, że poczucie wypompowania bierze się z niezgodności między ilością dawania i brania w interakcjach, co związane jest z głębokością wchodzenia w relacje. Ekstrawertycy są towarzyscy, ale często odbierani (przez introwertyków, a jakże) jako powierzchowni w rozmowach. Introwertycy z kolei mają zazwyczaj mniej znajomych, ale wchodzą w te relacje głębiej, co może męczyć ekstrawertyków, którzy mają mniejsze zapotrzebowanie na tego rodzaju intensywność i wolą lecieć już gdzieś dalej.

Niezrozumiany introwertyk

W moich poszukiwaniach natrafiłam na artykuł Jonathana Raucha, który również pochylił się nad społecznymi trudami życia introwertyka, któremu wciąż przykleja się etykietkę ponuraka, aroganta czy odludka. Niezrozumienie introwertyków bierze się według z niego z tego, że ekstrawertyk nie jest w stanie wyobrazić sobie jak można lubić być samemu. Jak można nie chcieć jego towarzystwa. Jak ludzie mogą męczyć zamiast nakręcać. Ekstrawertycy są też tymi, którzy „rządzą” światem, zarówno duża część polityków, dziennikarzy to ludzie towarzyscy, także kultura masowa promuje taką postawę. Wartością jest być otwartym, towarzyskim, przebojowym, ekstrawertycy sprawiają wrażenie pewnych siebie i przyjaznych w kontaktach z innymi. Introwertyk z kolei, zamknięty w sobie ponurak, najpierw myśli a potem dopiero mówi (a ekstrawertyk myśli mówiąc) i to oszczędnie – można to odebrać jako wywyższanie się.
Jonathan daje radę ekstrawertykom – jeśli widzisz introwertyka zatopionego w myślach, nie dopytuj się co się stało i czy wszystko w porządku. I nie mów też nic innego.
Ja z kolei nie jestem na jakimś krańcu introwertycznym (większość moich wyników w testach jest nudnie przeciętna), choć identyfikuję się jednak bardziej po stronie I niż E. Pamiętam, jak kiedyś dawno temu, korespondowałam emailowo z pewnym młodym człowiekiem. Korespondencja była ta ciekawa i intensywna. Gdy się spotkaliśmy, szybko usłyszałam zarzuty „no, jednak nie mas z nic do powiedzenia”, co było bolesne. Generalnie trzeba mi czasem przypominać, że istnieje taka funkcja jak rozmowa, a nad emailem czy tekstem mogę siedzieć godzinami. I znów – to nie tak, że nie lubię rozmawiać (bywa, że jest wspaniałą przyjemnością), ale nie umieram bez rozmowy, nie jest to moje „ustawienie fabryczne” i wymaga czasem sporego wysiłku – znam takich, dla których wysiłkiem jest wysiedzieć w milczeniu. Z drugiej strony, milczenie w czyjejś obecności często wywołuje we mnie napięcie, wynikające z wkodowanego poczucia, że nie rozmawiając robię z siebie ponuraka, gbura, czy kogoś kto nie jest interesujący.

Na tym zakończę, choć temat jest rozległy. Jest bardzo wiele badań, które głębiej eksplorują różnice między ekstrawertykami i introwertykami, pewnie warto byłoby się im przyjrzeć. Jestem zwolenniczką podkreślania różnorodności, zamiast skupiać się na wadach czy zaletach takiego czy innego temperamentu. No, ale to innym razem. Jestem ciekawa Waszych komentarzy, opinii i pytań.

Creative Commons License photo credit: mark sebastian