Praca nad sobą to nie spacer pachnącą łąką w słoneczny dzień. Prawdziwa praca nad sobą jest raczej jak grzebanie po łokcie, pachy, szyję, a czasem nawet uszy w gównie. Tak, wewnętrzny rozwój wcale nie jest tylko i wyłącznie przyjemnością, jak to próbują niektórzy sprzedawać. Każdy z nas ma swoją ciemną stronę i nie ma wyjścia, trzeba jej dotknąć, powąchać, posmakować, żeby ruszyć w życiu z miejsca.

I nie, wcale nie będę tu od razu pocieszać, że to, co “ciemne” tylko wydaje się ciemne, bo tak naprawdę szybko okazuje się, że jest długo poszukiwanym skarbem. Owszem, skarby się zdarzają, ale trzeba odwalić kawał roboty, by się do nich dostać – i często nie wystarczy tylko zmiana perspektywy. Czasem sednem jest dotarcie do tego, co ciemne, nieprzyjemne, przeszkadzające i doświadczenie tego, takim, jakie jest. Można tam też utknąć na kawałek czasu.

Trudy terapii

Mam przyjaciela, który od 3 lat bierze udział w terapii dla dorosłych dzieci alkoholików. Przeszedł grupową terapię podstawową, teraz jest na pogłębionej, ma też spotkania indywidualne z terapeutą. Chłopak ciężko haruje nad sobą, zderza się co rusz z jakimiś wewnętrznymi przeszkodami. Odkurza zakamarki przeszłości, pokrywa się tym kurzem, kicha i drapie się od niego, tylko niekiedy odczuwając ulgę. Uczy się obserwować siebie, zyskując zabójczą dla samopoczucia samoświadomość, dzięki której dostrzega swoje własne oszustwa, manipulacje i mechanizmy obronne.

Zaczyna trzeźwo patrzeć na siebie i swoje życie. I odkąd poszedł na terapię, nie jest okazem tylko radości i szczęśliwości. Gdy coś odkryje, czuje się przez jakiś czas zdołowany, a do tego konfrontuje się z lękiem przed ujawnieniem niezbyt sympatycznych rzeczy na swój temat przed grupą. Ale idzie do przodu. Zaczyna zmieniać rzeczy w swoim życiu. Ma więcej odwagi i próbuje nowych sposobów radzenia sobie i załatwiania spraw. Nie żałuje pójścia na terapię, mimo, że są momenty zwątpienia, kiedy to myśli, że terapia jest głupia, bez sensu i nic mu nie daje. Jednak wierzy i ufa, że wysiłek się opłaci, bo życie w iluzji daje tylko pozorny spokój i zadowolenie.

Moi klienci zazwyczaj są dość niecierpliwi. Może to kwestia czasów, w których żyjemy – wszystko musi być szybko, natychmiastowo, ekspresowo.  Choć raczej nikt nie deklaruje wprost chęci uzyskania recepty na lepsze życie, to nieświadomie takie oczekiwania są. Człowiek chce, by było mu lepiej i to jest naturalne. Jednak prawdziwa zmiana wymaga dwóch (między innymi) rzeczy: zaangażowania i wyrozumiałości, zarówno ze strony klienta jak i terapeuty.

Żeby było lepiej, czasem musi być gorzej

Usłyszałam niedawno na wykładzie dr Katarzyny Guzińskiej, że etyka profesjonalna wymaga, by uprzedzić pacjenta o możliwości pogorszenia samopoczucia czy wzmocnienia się symptomów w trakcie terapii. Z moich doświadczeń wynika, że po pierwszej uldze związanej z “wygadaniem się”, przychodzą (i odchodzą, i przychodzą) trudne momenty.

To, z czym przychodzi klient, przeszkadza mu w dobrym funkcjonowaniu, ale jednocześnie jest elementem złożonego mechanizmu “pokrywającego” problem. Wiele symptomów pojawia się w wyniku schowania czegoś (np. wspomnień, emocji, realnej oceny sytuacji), zamrożenia, odsunięcia ze świadomości. Gdy zaczyna się “grzebać” w problemie, to, co miało zapewnić bezpieczne status quo, jest zagrożone i ostatkiem sił stara sie utrzymać oblężoną twierdzę. Możemy mówić o mechanizmach obronnych, oporze czy progu, wszystko jedno. W efekcie, gdy zaczynasz się czymś zajmować, może się nagle zrobić gorzej.

Dlaczego więc zaangażowanie i wyrozumiałość?

Gdy staje się oko w oko z kupą gówna, albo przynajmniej czegoś, co jak gówno wygląda, odwagi wymaga włożenie tam ręki i pogmeranie. Co ja mówię, wkładanie ręki. Najpierw trzeba w ogóle zebrać się na odwagę, by tę kupę zobaczyć i do niej podejść. Wzbudza ona lęk, realny i czasem bardzo trudny do opanowania. Nie pachnie zbyt ładnie. Trzeba być nienormalnym, by chcieć w tym grzebać! Normalne jest, że człowiek nie chce w to wchodzić, że lepiej jest z tym, co znajome, bezpieczne, nawet jeśli niezbyt komfortowe. A jednak, przychodzi moment, w którym robi się decydujący ruch. Tym, co wspomaga taką decyzję jest właśnie zaangażowanie.

Nikt jednak nie gwarantuje powodzenia. Można dotknąć kupy i nie stanie się początkowo nic. Można znaleźć w niej diament, a szybko okaże się, że to był całkiem sympatyczny, ale tylko kamyczek. Innym razem lęk będzie tak silny, zmęczenie i zniechęcenie tak duże, że nawet nie będzie się chciało o kupie gadać. Spadek energii, znużenie kręceniem się wciąż wokół tego samego, z szaleństwem graniczące ciągłe odbijanie się od własnych oporów, słabości, wewnętrznych krytyków, nawykowych reakcji i uzależnień – można mieć dość. I do tych odczuć należy odnosić się z wyrozumiałością. Nawet wobec swojej niechęci wobec wyrozumiałości w stosunku do samego siebie.

Nie raz słyszę w gabinecie “ja już nie mogę”, “ja już mam dość”, “nic się nie posuwa do przodu”, “ciągle to samo”. Tak, masz prawo być zmęczony. Ale wcale nie stoisz w miejscu. Każdy kroczek się liczy, każdy przebłysk, każda malutka zmiana to zwycięstwo które należy świętować. Są chwile wzruszające i poruszające, są momenty zrozumienia i jasności. Udaje się zrobić coś inaczej, każde małe zwycięstwo zawsze z klientem świętujemy.

Nie uciekać od doświadczenia

Moje rozważania dotyczą nie tylko formalnej terapii. Osoby, które samodzielnie pracują nad sobą też doświadczają czegoś podobnego. Bardzo inspirującą postacią w tej kwestii jest Pema Chodron. Jest ona amerykańską mniszką buddyjską w tradycji Szambali, która niestrudzenie uczy ludzi zachodu medytacji. Medytacji, która jest żywa, niemal organiczna. Nie odrzuca żadnych emocji, nie każe odpływać w krainę wiecznej szczęśliwości, nie przywiązuje do stanów, w których jesteśmy pływającym po niebie obłoczkiem.

Oferuje za to żywy kontakt ze sobą, ze swoją nędzą, bólem, smutkiem, ekstazą, radością, miłością, trudem, zmęczeniem i tym wszystkim co nas na ludzkiej drodze spotyka. Pema uczy jak nie uciekać od tych doświadczeń, angażując się w ten proces, każdego dnia od nowa, mając jednocześnie dla siebie miłującą dobroć, dzięki której możemy z wyrozumiałym uśmiechem spojrzeć na swoją szarpaninę.

Widzę, ale znów “to” robię

Słuchałam wczoraj nagrania z weekendowego odosobnienia “Miejsca, które budzą lęk”, prowadzonego przez Pemę. Mówiła ona o sytuacji, którą doskonale znam z własnego doświadczenia, jak i z relacji moich klientów. Wyobraź sobie, że masz jakieś nawykowe, uwarunkowane zachowanie. To może być coś prostego, jak sięganie po słodycze w stresie. Albo coś bardziej złożonego: wycofywanie się z kontaktu z drugim człowiekiem, gdy poczujesz lęk, subtelne manipulowanie, by zdobyć akceptację i uznanie bliskiej osoby czy reagowanie nadmierną złością, gdy czujesz zagrożenie.  Przez lata funkcjonujesz z tym schematem. Nie widzisz jak to działa, po prostu “dzieje się”, jakby ktoś wcisnął przycisk. Widzisz ewentualnie konsekwencje, choć czasem jesteś zupełnie nieświadomy. To jest pierwszy poziom świadomości.

W pewnym momencie zauważasz swój schemat, czy to dzięki samoobserwacji, uwagom innych, medytacji czy terapii. Nagle w całej okazałości ukazuje Ci się Twój mechanizm działania. Widzisz jak to się dzieje, dostrzegasz, że “to” robisz. Najpierw orientujesz się po fakcie. O kurcze, znowu to samo. Znowu wpadłam w szał, gdy matka zachowała się “tak, jak zawsze”. Znowu uciekłem z kontaktu zamykając się w sobie, bo wystraszyłam się otwarcia i zranienia.

Wiem już, że to nie było związane z tą osobą, a z moimi wcześniejszymi doświadczeniami. Zaczynam wnikać w mechanizm, rozumieć go. Czas między “odpaleniem się” a zauważeniem jest coraz krótszy. W końcu widzę swoje emocje, widzę swoje reakcje i… to się nadal dzieje. Cholera. Myślałam, że jak już widzę i wiem o co chodzi, to nic, tylko przestać. A ja nie mogę, to się i tak dzieje. Bez sensu, jestem do niczego, nic do mnie nie dociera… Łatwo przeskoczyć do takiego myślenia, prawda?

Ale przecież, mówi Pema, Ty już jesteś na drugim poziomie świadomości! Ciesz się z tego, doceń swoją pracę, uznaj, że jednak coś się zmienia. Bądź dla siebie dobra i wyrozumiała. Świadomość tego, co się dzieje w danym momencie otwiera furtkę do podjęcia działania innego niż dotychczasowy schemat, więc jest nadzieja. Ale na zmianę potrzeba wewnętrznej gotowości, mocy i siły. Raz Ci się uda, a pięć razy nie. Ten raz jest ważniejszy. Doceń swoją ogromną odwagę, odpocznij chwilkę i idź dalej.

Demony potrafią zmęczyć, idź mimo to dalej

Prawdziwy rozwój więc, to nie karmienie się iluzjami pozytywnego myślenia, choć uważność na to, co się dzieje w głowie jest istotna, a i zdrowy optymizm przydaje się. Nie jest też odrzucaniem tego, co “brzydkie”, również pod płaszczykiem traktowania wszystkiego jako “dobrej lekcji”, bo to też może być ucieczka przed doświadczeniem. To zmierzenie się z wewnętrznymi demonami, które potrafią zadać całkiem realny ból. I proszę mi nie gadać, że ból jest tylko iluzją.

Droga rozwoju to droga trudna i wyboista, ale przynosząca mnóstwo satysfakcji. I jeśli coś Ci się na niej nie udaje, to wcale oznacza, że jesteś słaby, miękki, czy mało zdolny. Może potrzebujesz wolniejszego tempa. Może jutro będziesz mieć więcej energii. Nie zapominaj o swojej drodze, ale też nie katuj się. Frustracja jest normalnym przeżyciem.

  1. Fakt, …per aspera ad astra… nikt nam nie zapewniał, że zawsze będzie łatwo, nie każde nowe doświadczenia i odkrycia są miłe… ten koktajl rozmaitości zwie się życiem 🙂

  2. Asiu, brawurowy post! 🙂

    Wydaje mi się, ze jedna z takich istotnych kwestii jeśli chodzi o prace z trudnymi stanami/emocjami jest wyrobienie w sobie pewnego takiego wewnętrznego punktu widokowego – dystansu do naszej wewnętrznej szamotaniny. Nie chodzi jednak o stan bierności czy “odcinania się”, ale raczej o postawę wyrozumiałego i serdecznego rodzica, który z uwaga zajmuje się dzieckiem. Co ciekawe, z mojego doświadczenia wynika, ze jak już uda się mi w ten sposób “zestroić”, to również bardzo ułatwia i pogłębia komunikacje z innymi ludźmi.

    Tak na marginesie, takie chwile przebłysku trafiają mi się dość rzadko. Większość to nawyki, skostniałe przyjemnostki, takie lub inne metody chowania się przed bólem. I mnóstwo samo obwiniania się, praktycznie niemal o wszystko.

    Nie mniej jednak cieszą mnie te rzadkie chwile kiedy czuje się bardziej życzliwy, przytomny. Dodam, ze utrzymanie tego typu “życzliwej” postawy jest trudne, ponieważ nieraz dość nawykowo wikłamy się w wewnętrzny konflikt i destrukcyjny wewnętrzny dialog. Ale może jest i tu ciekawy kawałek do zobaczenia: no bo przecież trudno się cieszyć czymkolwiek, jeśli brak w nas cierpliwości i choćby odrobiny wyrozumiałości względem tego co w nas “porowate”, “szorstkie”, “niefajne”, “egoistyczne”.

    Nawykowo wdajemy się w wewnętrzny wyczerpujący dialog zapominając, ze czasem najlepsza odpowiedz nie stoi po żadnej ze stron tego dialogu; ze nasza przemożna chęć kontroli nad wszystkim co się w nas i wokół nas dzieje zapędza nas w kozi róg; ze czasem podpowiedzi okazują się nam tuz pod nosem, a to tylko my nie potrafimy ich dostrzec, bo przyrośliśmy jak niemoty do naszych wewnętrznych “pewników”, jakkolwiek by nas one nie uwierały.

    Zycie jest krótkie, ale chyba na tyle długie żeby się ze sobą i z tym światem odrobinę zaprzyjaźnić. Poza tym wtedy zawsze jest łatwiej jak jest trudno. 🙂

  3. @bartek: Poza tym wtedy zawsze jest łatwiej jak jest trudno. – Łatwiej? Czy może przynosi to więcej satysfakcji, jakiejś przyjemności?

    Dobry post. Kończę w tym momencie swoją roczną terapię, ale nie jestem pewna, czy chciałabym w to wchodzić, gdybym miała pełną świadomość, że nie będzie łatwo.

  4. Ann, a czy jedno przeczy drugiemu? Z drugiej strony trudno o satysfakcję jak człowiek tkwi “po uszy w gównie”, jak idzie “ciemną doliną” – satysfakcja to jest coś co najczęściej przychodzi potem, na przestrzeni całego procesu, jako bonus. Łatwiej natomiast jest w w sensie, ze nie podkładamy już sobie kłód pod nogi, nie wdajemy za każdym razem (niejako “z automatu”) w bezsensowna szarpaninę z samym sobą. Zaprzyjaźniając sie ze sobą, również z tymi obszarami które są w nas “ciemne”, uczymy się nie dokladac juz sobie dodatkowego cierpienia, wychodzimy poza tym ponad swoje nawykowe, desturkcyjne reacje.. Dlatego wszystkie okresy kryzysu możemy wykorzystać jako okazje do zmiany stosunku do nas samych.

    Jasne, że istotną sprawą jest tutaj zwiększenie tolerancji dla poczucia dyskomforu. Oczywiście w pewnych granicach, bo łatwo pójść w “drugą mańkę” i przesadzić. Pewien umiar i wyczucie są jednak wskazane przede wszystkim dlatego, że ludzie z zaburzeniami psychicznymi maja tendencje do radykalizmów, do sztywnego myślenia, do nadmiernej surowości wobec siebie i innych. Sam to wiem po sobie, jak surowym i nieprzejednanym bywam dla siebie recenzentem. Dlatego tak ważne jest to aby uczyć sie o siebie dbać, a to oznacza być troskliwym również wobec tych miejsc w nas, które nas bolą i uwierają. Bez nawykowego odwracania wzroku.

    Być może pisze tutaj pewne trywializmy, ale przyznam, że zbieram w ten sposób swoje spostrzeżenia na własny użytek. 😀

  5. Dziękuję za ten art ,
    akapit z “Widzę, ale znów “to” robię” jest świetny i docierajacy bo mnie dotyczy. pozdrawiam.

  6. Co sobie jeszcze myślę, odrobina optymizmu i pozytywnego rzeczywiście bywa przydatna, chociażby jako przeciwwaga dla całej tej mentalnej negatywnej paplaniny. Rzecz przecież w tym żeby nie robić z tego wszystkiego takiej wieeelkiej sprawy, a dość łatwo jest wpaść w sidła myślenia, również w kontekście idei samorozwoju, o kolejnym teście do zaliczenia, w którym liczą się tylko punkty, definicje i formułki. Większość z nas jest chyba troszkę spetana tego typu nastawieniem, co nie zawsze jest zdrowe. Samym przymusem daleko się nie zajedzie.

    To nasuwa mi pewne pytania. Czy możliwe jest zatem takie spojrzenie na życie, na rozwój jako na przygodę, podroż w nieznane? Czy warto spróbować przejść przez życie bez kompletu kamizelek ochronnych i linek asekuracyjnych, dać się czasem trochę poobijać, doświadczać czegoś, pozwolić sobie otworzyć na to co życie przynosi – zamiast zafiksowywac się ciągle na kwestiach z gatunku “co, jak i dlaczego”?
    Czasem trudno jest cokolwiek konstruktywnego przedsięwziąć bez takiej zdecydowanej postawy, bez przyzwolenia aby ten przysłowiowy brud wszedł nam choć odrobinę za paznokcie.

    Warto chyba sobie na to odpowiedzieć; jakie przymioty, czy też jakie zasoby w nas samych pozwoliły by nam podjąć tego typu wyzwanie jakie przed nami staje, coś co sprawiłoby, że czujemy, że wzrastamy a jednocześnie nie chowamy się ciągle w mysia norę. I odpowiedzieć sobie też na pytanie: czym jest dla nas duchowość – czy aby nie kolejną ucieczką, mechanizmem obronnym, przytulnym zapieckiem w którym życie nie może nas dosięgnąć ani zranić – bo zwyczajnie w nim samym życia już nie ma?

    Ok, znowu poleciałem po bandzie i wandzie. :)) Wcale nie twierdzę, że tak być musi. Tak się tylko luźno zastanawiam… 🙂

  7. Ech, Bartek, chyba trochę nie nadążam;)

    Wydaje mi się, że czegokolwiek byś się nie podjął, kropla optymizmu zawsze się przyda. Może się zawierać choćby w nadziei, że coś się uda, że warto zaufać itd.

    “Czasem trudno jest cokolwiek konstruktywnego przedsięwziąć bez takiej zdecydowanej postawy, bez przyzwolenia aby ten przysłowiowy brud wszedł nam choć odrobinę za paznokcie.” – zdecydowana postawa, czyli co konkretnie? Zabezpieczanie się kamizelkami i asekuracją czy wręcz przeciwnie?

    A duchowość? Praca nad sobą, poszukiwanie drogi moim zdaniem nie muszą być związane z duchowością. Duchowość to jakby o pół szczebla wyżej na tej drabinie.

  8. Heh, a ja dalej nie nadążam w czym jest tu znowu sprzeczność? 🙂 Zdecydowana postawa, czyli taka, która daje nam poczucie zaangażowania w życie, a nie ze czujemy, ze “przepływa sobie gdzieś obok”. Wiesz, to nie są żadne kategoryczne stwierdzenia z mojej strony, raczej swobodne rozważania. 🙂

  9. Myślałem, ze z tekstu jakoś wynika, ze “zdecydowana” postawa to trochę taka antyteza do chowania się w “mysia norkę”, czyli “odsłonięcie się”, zdjęcia masek, przyzwolenie na pewne trudne rzeczy, stawienia czoła pewnym sprawom. To w pewnym sensie również odwaga bycia sobą, bez przesadnego aktorzenia i kombinatorstwa. Naprawdę można rozumieć to na wiele sposobów, sedno tego jest jednak jedno, a poznać można je chyba jedynie przez osobiste doświadczenie.

    Sorry jeśli pisze niezrozumiale. Kurczaki, rzeczywiście łatwo zafiksować się na słowach. 🙂

  10. Zastanawiam się nadal nad powyższą “myślą przewodnią”… i teraz myślę, że niekoniecznie trzeba “grzebać ” w przeszłości, aby sięgnąć samego dna, by następnie poczuć się nieco lepiej bez gwarancji, że będzie to trwała psychiczna zmiana (przemiana)…
    Przecież w tym “sambie” i tak wszystko co rzadkie z rąk nam się wymyka… 😉
    Pożyteczna jest tylko segregacja wytworzonych przez nas tych fizycznych śmieci…
    Przeszłość czasem warto potraktować bezpośrednio i twardo jak zapisane dane na dysku komputera – RESET i pełny FORMAT jak dysku komputera i rozpocząć kolejny etap życia “tu i teraz”, bez tego nieprzyjemnego bagażu przeszłości… przecież co nieprzydatne zwykle i tak wcześniej czy później ląduje na śmietniku, a tam przecież po to co wyrzucamy nie powracamy, a demony przeszłości niech też tam pozostaną 🙂

  11. Piotrze: na dłuższą metę raczej nie. Oczywiście na pewnym etapie warto z tym odpuścić, nie brać sobie pewnych rzeczy na barki – chocby po to, aby pójść dalej z innymi sprawami, zadbać o inne sfery. Takie okresy wytchnienia i odświeżenia są niezbędne. Dopóki jednak nie doświadczysz i przeżyjesz ponownie tzw bólu pierwotnego, to raczej trudno o pełne wyzdrowienie. Stare doświadczenie zostanie zamrożone w głębszych warstwach psychiki a nad tym wszystkim pozostaną “turbulencje” z negatywnych myśli, natręctw itp.

    Dlatego pisałem w jednym z poprzednich postów o niebezpieczeństwie pokusy stosowania duchowości/rozwoju jako zasłony przed naszymi prawdziwymi uczuciami, jako dywanika pod który zamiatamy nasze problemy. Niby czujemy się odświętnie i wszystko wyglada ładniej a problem pozostaje.

    Polecam książkę, którą właśnie wertuje: John Bradshaw “Podroż do Swojego Wewnętrznego Domu”, tam jest cały ten problem objaśniony od strony neurologicznej i psychlogicznej. No a przede wszystkim są pewne interesujące uwagi jak zaopiekować się swoim zranionym dzieckiem wewnętrznym i dotrzeć do źródeł bólu.

    Oczywiście praca nad sobą, terapia, nie oznacza, że mamy “zamrażać” swoje życie i czekać aż poczujemy się lepiej. To byłby nonsens. No bo przecież, tak przynajmniej wierze, ważnym elementem całej tej pracy jest również nauka jak żyć z naszym emocjonalnym bagażem, nie dając się przy tym zwariować. 🙂

    No właśnie Asia, jak to zrobić? 😀

  12. Kochani, dzięki za wszystkie komentarze i dyskusję, wszystko pilnie śledzę. Obiecuję, że jak będę miała moment żeby spokojnie usiąść i się zastanowić, to wtrącę swoje trzy grosze 🙂 A póki co, pozdrawiam i zachęcam do dalszej debaty.

  13. No dobrze, staram się jakoś ogarnąć Wasze komentarze (wada braku systematyczności).
    Bartek pytasz jak to zrobić, żeby żyć z emocjonalnym bagażem i nie dać się zwariować. Nie wiem, nie wydaje mi się, by istniały jakieś recepty. To trochę jak z tą przeszłością. Są momenty, kiedy trzeba się pogrzebać, wyciągnąć rożne rzeczy, by je zrozumieć i zintegrować. Ale w pewnym momencie wystarczy tego ciągłego babrania się i trzeba iść dalej mimo wszystko, a przeszłość zamknąć. Może nie zresetować, bo tego nie da się zrobić, ale zostawić za sobą. W końcu przeszłość jest też w jakimś stopniu częścią nas, choć życie toczy się teraz, w tym momencie. Jednak z pewnością nie ma co czekać, aż poczujemy się lepiej, bo to lepiej bywa po prostu ulotne. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Ogólny bilans często dostrzega się dopiero po jakimś czasie.
    Ania napisała, że nie wie czy by weszła w terapię wiedząc, jak trudno będzie. Tego się nie wie i nie da się uświadomić tak naprawdę, zanim człowiek tego nie doświadczy. A jednak warto wiedzieć na co się decydujemy, bo mogą z tego wyniknąć nieporozumienia i poczucie, że np. terapia mi szkodzi i jest bez sensu; tylko dlatego, że nie zrobiło się szybko “lepiej”.
    Jeśli chodzi o duchowość, bo też taki wątek się pojawił, to po pierwsze każdy inaczej to rozumie. Duchowość to niekoniecznie modlitwa, rytuał czy formalna medytacja. To szukanie odpowiedzi na fundamentalne pytania dotyczące życia, wykraczające w pewnym sensie poza jednostkę. Tak ja to rozumiem.
    Jednak obecnie pomysłów na “duchowość” jest mnóstwo różnych i ma Bartek rację, że czasem może to przynieść więcej szkody niż pożytku (ale znów – z jakiego i czyjego punktu widzenia?). Czasem cukierkowa polewa pozytywnych afirmacji i korzystania z “energii serca” oddala nas od prawdziwego życia, zamiast do niego przybliżać. Dlatego mi tak bardzo pasuje ścieżka Szambali i jej pomysły na doświadczanie świata, siebie, emocji i tego wszystkiego.
    A co do zdecydowanych postaw versus chowania się w mysią norę. To znów zależy od momentu i sytuacji. Czasem trzeba o siebie zadbać, o swoje bezpieczeństwo, komfort, nalać sobie ciepłej herbaty (albo ice tea o tej porze roku) i nie myśleć za bardzo o trudnych sprawach. To też jest ważne. A czasem zdecydowanie iść do przodu i doświadczać. Najważniejsza jest chyba elastyczność i nie przywiązywanie się do żadnego z tych stanów jako najlepszego czy najmądrzejszego. Mądre moim zdaniem jest podążanie za tym, co się dzieje, co jest potrzebne w danej chwili. Podążanie za procesem czy tao, jak zwał.

  14. Piękny tekst bardzo się mi podoba. Prosto i jasno wręcz łopatologicznie. Dobre na oferentów “warsztatów” typu inwestycja duchowa za grubą kasę. Dwa dni i doświadczysz wolności ? Wiele już doświadczyłem i pewnie jeszcze doświadczę. Wiele razy upadałem ale się podnoszę idę dalej. Brawo Joasiu i trzymaj tak dalej. Ja przekazuje Twoje słowa dalej 🙂

  15. Zbyszku, dzięki za dobre słowa.
    Tak, z tymi warsztatami to często jest tak, że owszem, podczas weekendu można *doświadczyć* różnych rzeczy, wolności, miłości, przepływu, itd. Sztuką jest zabrać to ze sobą dalej w życie i nie zapomnieć po dwóch dniach, zakorzenić te doświadczenia w sobie. Nauczyciel może wiele nauczyć, ale to ostatecznie od nas zależy co z tego wyniknie i jak trwałe będą efekty. pozdrawiam.

  16. “Doświadczamy wolności, miłości, przepływu” – a potem powracamy do cywilizacji. 😀

  17. I dalej możemy doświadczać przepływu … 🙂 Uważam że gdy osiągnie się pewien poziom świadomości to inaczej się ten świat odbiera. Ja skłaniam się ku takiej perspektywie :

    “Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. To znaczy wszystkim cząstkom siebie, na które się podzielił, powołując do życia wszechświat, udzielił swej mocy tworzenia, którą posiada jako całość. Tak więc ludzie, duchowe potomstwo Boga, posiadają identyczne właściwości i zdolności jak On. Celowo jednak, wkraczając do fizycznego świata, zapomnieliśmy, kim jesteśmy. To umożliwia nam ZOSTANIE Z WYBORU tym, Kim Jesteśmy zamiast zwykłego pogodzenia się z tym faktem. (Duchowi nie wystarcza sama wiedza, że jest Bogiem, lub Jego częścią, lub potomstwem; Duch pragnie poznać siebie w doświadczeniu. A tylko w wymiarze fizycznym można poznać doświadczalnie to, co się zna od strony koncepcyjnej – to główny powód powołania do istnienia kosmosu i rządzących nim zasad względności.) ”

    http://www.rzb.pl/tm1.html

  18. Czekam zatem na nowy serial: “Przepływ w Wielkim Mieście”. :)) I krainę wiecznej szczęśliwości na tym “łez padole”.

    Przepraszam Cię Zbigniew, ale dla mnie to jakaś utopia w stylu new-ageowskim.

  19. No cóż “Rozmowy z Bogiem” można tak odebrać tak samo jak blog Joasi. Ja postanowiłem inaczej to co do mnie dociera odbierać. Sam Walsh na końcu książki mówi : jeśli Ci się nie podoba tak “Rozmowa” przeprowadź ją na swój sposób. Rozwój osobisty, podnoszenie świadomości to temat rzeka 🙂

  20. @bartek: czy to nie było tak, że przeleciałeś przez tekst, który zamieścił Zbyszek i włączył się Twój przewrażliwiony radar anty-ezoteryczny?
    Bo moim zdaniem, można ten tekst sobie przefiltrować… dla mnie wniosek jest taki: jesteśmy tutaj, by doświadczać siebie, tego kim jesteśmy, kim chcemy być, a kim nie chcemy. Że po to są te wszystkie doświadczenia, byśmy mogli odkryć (lub stworzyć) siebie. Że istotą naszego istnienia jest dokonywanie wyborów.
    Pewnie, można to wszystko napisać bez odwoływania się do Boga i kosmicznej harmonii, mnie to też czasem drażni. Ale czasem warto spojrzeć poza swoje uprzedzenia…

  21. Tak, jestem przewrażliwiony, jeśli już tak chcesz to nazwać. A Ty byś nie była przewrażliwiona gdybyś na jednym z najpopularniejszych duchowych bogów w internecie czytała litanię tekstów w stylu “maltretowanie dzieci jest właściwe”, że “zgwałcona kobieta sama sobie ów akt gwałtu przyciągnęła” i, że generalnie “zabijanie nie jest złe”. Przecież to się kłóci z jakąkolwiek wrażliwością (chyba nie tylko w wersji “prze-“) i zmysłem etycznym. Ale w końcu wszyscy jesteśmy Bogami i odpowiadamy osobiście za wszystko, nawet za wybuchy supernowych jak stwierdzono na tym samym blogu.

    Tak Asiu, jestem przewrażliwiony – jestem przewrażliwiony na punkcie nagminnego i zbyt lekkiego w moim odczuciu stosowania słowa Bóg, Zen, duchowość, miłość – zwłaszcza przez ludzi, którym zdaje się, że o życiu wiedzą już wszystko i biorą się za “oświecanie” innych. Jakby po drodze zapominając, że umysł Zen, to “umysł początkującego”, a sam Budda Sakjamuni raczej nieprzypadkowo unikał dywagacji w tzw “kwestiach metafizycznych” i dla dobra słuchaczy zachowywał “szlachetne milczenie”.

    Co mnie jeszcze drażni w tzw new-ageowskiej duchowości. Otóż drażni mnie owa bezkrytyczna wiara w nieograniczone możliwości jednostki, w jej absolutną odpowiedzialność za niemal wszystko, w potęgę ludzkiej woli, w możliwość dowolnego kontrolowania własnego umysłu i świata materialnego. To jest moim zdaniem utopia i to niebezpieczna utopia i proszę zrozum, że abstrahuję już tutaj od mistycznego znaczenia słowa Bóg, czy nawet od relatywnej prawdziwości w/w twierdzeń. Twierdzę, natomiast, że to jest utopia, która z duchem Zen, z duchem “początkującego” ma niewiele wspólnego, natomiast dosyć niepokojąco przywołuje skojarzenia z objawami klinicznymi niektórych chorób psychicznych.

    Być może dlatego mistrzowie Zen odradzali wszelkie tego typu ” metafizyczne rozważania” i inne próby czarowania rzeczywistości, a proponowali raczej skupienie się na sprawach dnia codziennego. Całe te new ageowskie podejście tylko wzmaga niezdrową fiksację na swoim JA, wzmaga przeczucie, że uczuciami, rzeczami i w ogóle życiem można sterować jak pilotem; bo przecież jesteśmy Bogiem w ludzkiej karnacji. Dla mnie to nie jest żadna “droga środka”, to nie jest żaden duch Zen, na które tak często i gęsto fani “nowej duchowości” się powołują. Może natomiast się okazać niebezpieczną pułapką, co powinno być oczywiste dla każdego kto choć trochę łapie się w tym jak działa ludzki umysł.

    Możesz mi Asiu pisać, że jestem “przewrażliwiony” “uprzedzony”, że to lub tamto, a ja Ci mówię, że choć do ideału w czymkolwiek mi daleko, to w pewnych sprawach jednak mam nosa i coś jest jednak na rzeczy.

    Chciałbym na koniec przytoczyć taką historyjkę wziętą z Zen właśnie. Nie jest jakaś szczególna – jest raczej dla Zen dosyć typowa opowiastka. Przychodzi uczeń do mistrza z prośbą o pouczenie w kwestiach “życia i śmierci”. Mistrz pyta “zjadłeś obiad”? “Tak” – odpowiada uczeń. “Więc idź umyj swą miskę”.

    Ps: Oczywiście, “Przepływ w wielkim mieście” także jest możliwy.

  22. “Że istotą naszego istnienia jest dokonywanie wyborów.” – za dużo wybierania i rozkminiania Asiu też nie jest zdrowe. Sama to zresztą gdzieś ostatnio zauważyłaś.

  23. Tak nieco na marginesie, dla tych wszystkich którzy wierzą w potęgę ludzkiej woli i moc dokonywania wyborów – polecam wykład z TED Barry Schwartza. Tak na marginesie, badania odnoszą się do przeciętnego ludzkiego umysłu, a nie do nadprzyrodzonego umysłu new-ageowskiego.

    http://www.youtube.com/watch?v=VO6XEQIsCoM

  24. Oj @bartku dużo by można pisać. Uważam że co człowiek to inne widzenie świata i każda ta wizja ma rację bytu. Mógłbym napisać cała książkę na temat swej wizji 🙂 Co do praktyki życia, dość mocno dostałem w d… a nawet bardzo i mimo tego perspektywa że w 100 % ponoszę za to odpowiedzialność pociąga mnie bo daje nadzieję że mogę je zmienić i nie doświadczać kopów w d… ale rodzi też pokorę. Co do Boga podoba mi się jego idea z Rozmów z Bogiem, polecam. Ja tą książkę przeczytałem 3 razy 🙂 Co do blogów akurat blog Joasi jest boski 🙂 min. przez swoją prostotę

  25. Wszyscy ponosimy odpowiedzialność ponieważ wszyscy ten świat współtworzymy. To są właśnie nauki o współzależnym powstawaniu. Takie są fakty i uważam, że każda inna wizja łatwo może prowadzić do nadużyć i zniekształceń, o których wspomniałem.

    Wiem co chcesz przekazać o tzw “dostawaniu kopa” od życia, ale to jest jedna strona sprawy i nie to akurat miałem na myśli – poza tym, na miłość Boską, są pewne granice! Granice szacunku, zwykłej ludzkiej wrażliwości, poszanowania dla czyichś uczuć i całościowego spojrzenia na ludzkie relacje. A niestety niektóre osoby zajmujące się duchowością nie rozumieją, że jest typ ludzi, którzy przesadzają z braniem na siebie za wszystko odpowiedzialności i mają nieco inną historię emocjonalną, inne rzeczy przeżyli i inaczej doświadczają świat – i warto o tym pamiętać!

    Co do pokory – popieram, ale nadmierna uległość, potulność i branie “z automatu” wszystkiego na swoje barki – już nie. I też mówię to ze swojego doświadczenia Zbigniewie. Nie chodzi mi tutaj o to, że uważam się za “aniołka” czy coś w tym rodzaju, wcale nie a wręcz przeciwnie. Mam pewien wgląd w swoje zagwozdki. Chodzi o to, że czasem też trzeba postawić jasno granice i trzasnąć ręką w stół, czego oczywiście “new ageowska mentalność” bardzo się boi. Powiem szczerze – też z własnego doświadczenia – osobiście bardziej obawiam się osób, które nigdy nie wyrażają gniewu, od tych którym jednak zdarza się w ten przysłowiowy stół trzasnąć.

    Zauważ proszę, że osoby, które doświadczyły ciężkich traum czy nadużyć właśnie dosyć często mają tendencję do nadmiernego obarczania odpowiedzialnością samych siebie, co jest dla nich prawdziwym koszmarem z którego trudno się im potem wydostać. Jeśli oglądałeś film “Buntownik z Wyboru” z Mattem Damon’em, to będziesz wiedział o co mi chodzi. Pakowanie takim osobom do głów “new age” uważam za obłęd, nieodpowiedzialność. Naprawdę należy ostrożnie podchodzić z przekładaniem własnych doświadczeń na życie innych, no i może pamiętać jednak o tej drodze środka, również w odniesieniu do naszej emocjonalności, uczuć.

    Zresztą uważam, że prawdziwe zdrowienie przebiega na poziomie uczuć, doświadczeń, a nie tego typu intelektualizowania. Ktoś może sobie łatwo “wdrukować”, że “przebaczył”, że “dostrzegł” itd, itp – i zapewne niejednokrotnie czuje się z tym lepiej. Problem jednak w tym, czy problem został rzeczywiście rozwiązany, czy tylko “uśpiony” – czy prawdziwe uczucia przypadkiem nie tkwią w nas dalej, nieprzeżyte, niewyrażone. I na ten głównie problem próbuję zwrócić uwagę.

    Rozmowy z Bogiem przeczytałem, podobnie jak może sto innych “duchowych książek”. I im więcej miałem tego w głowie, tym gorzej się czułem sam ze sobą. A to we mnie nie takie, a tamto trzeba by poprawić, a te uczucia są fuj, a tamte jeszcze co innego – a pal to wszystko licho! Ale to fakt, czegoś się z tego wszystkiego nauczyłem – żeby polegać głównie na sobie i ufać własnym uczuciom. Mówię to z pewnym żalem, ale zupełnie szczerze – przestałem już szukać u ludzi zrozumienia. Staram się zaakceptować siebie mimo wszystkich swoich wad, mimo, że czasem cierpię i mam uczucia i – tak jak mówił Budda – być samym dla siebie światłem. I mimo wszystko chronić swoją wrażliwość. I to samo staram się przekazywać innym.

  26. Co do bloga Joasi, to też uważam, że jest fajny. Asia mówi prostym, intuicyjnym językiem i raczej unika wszelkich “radykalizmów” w obszarze psychologii czy duchowości i za to bardzo ją cenię. Moje uwagi dotyczyły raczej new-ageowskiego “mainstreamu” propagującego “Sekret”, prawo przyciągania itp.

    Tak na marginesie, doskonała artykuł krytyczny pod adresem Secretu i tego typu myślenia ukazał się na blogu Anthonego Lemme (kanadyjski nauczyciel Zen), w którym swego czasu się zaczytywałem i “odtruwałem” po lekturze niektórych innych blogów. Uważam, że facet naprawdę trafił w sedno – niestety mam wersję znów tylko angielskojęzyczną. Jednak te obce języki się czasem przydają. 😉

    http://anthonylemme.com/432/warning-new-agers-advisory-the-secret-is-responsible-for-an-outbreak-of-new-agers-disease/

    Ale skoro już była mowa o książkach, to polecam Ci Zbigniewie jedną – “Odwaga Poddania Się” Tommego Hellstena. Gość właściwie sam od nowa “odkrył” w sobie duchowość, co jest dla mnie prawdziwym fenomenem. Powiedziałbym, że w swoim myśleniu i spojrzeniu na wiele spraw naprawdę wykracza “poza schematy” i tak sobie myślę, bardzo by one pasowały do tytułu i przesłania tego bloga. 🙂

  27. A dla wszystkich tych, którzy przeżyli dramat traumy, nadużycia lub wykorzystania – i żyją z tym jarzmem, cierpią, ciągle się obwiniają o to co doświadczyli i doświadczają – gorąco polecam książkę ” PODRÓŻ DO WEWNĘTRZNEGO DOMU” (J. Bradshaw). Ta książka naprawdę wam pomoże, pomoże dotrzeć do waszych uczuć i źródeł bólu i się nim RZECZYWIŚCIE zająć, a przede wszystkim zaopiekować swoim “wewnętrznym dzieckiem”.

    Nie zmieni się jak “za pstryknięciem palcem”, ale jeśli już raz dotkniecie pewnych miejsc w sobie – nic ani nikt nie będzie w stanie odciągnąć was z waszej drogi.

  28. Ok, masz prawo pytać o to co robię, skoro tak Cię to interesuje. Ale wiesz co, myślę sobie, że czasem nie jest tak ważne co robisz, ile jak to robisz; czy czujesz, że to co robisz pomaga ci wzrastać, zbliża do ludzi i do samego siebie.. I bywają też takie chwile, że o dziwo, mam poczucie, że w końcu mam taką pracę..

    Od kilku miesięcy pracuję w sklepie elektronarzędziowym przy obsłudze klienta i prowadzeniu bazy danych produktów. 🙂

    Pozdrawiam. 🙂

  29. A może wszystko to i tak nie ma znaczenia a my jesteśmy tylko hodowani dla luszu ?
    http://astromaria.wordpress.com/lusz/
    Jak pisałem wcześniej co człowiek to inny punkt widzenia. Coś może uzdrawiać jednego innego nie. Ja już staram się na luzie spokojnie podchodzić do życia z dystansem. Często mówię : wydaje mi się … bo pewności nie mam i uważam że im więcej się wie to przychodzi wtedy pokora. Pokora ze świadomości że tak naprawdę nic nie wiem.
    Taka dygresja do wybaczania :
    Dla osób,które potrzebują konkretniejszych wskazówek,żeby zrobić pierwszy krok milowy, podaję dość pomocne przykłady(opracowane przez B. Włodawiec).

    Wybaczyć nie oznacza:
    1) zapomnieć
    2) zrozumieć
    3) usprawiedliwić
    4) udawać że nic się nie stało
    5) zbagatelizować krzywdę
    6) znów zaufać
    7) zaprzyjaźnić się 8) być blisko z osobą, która nas skrzywdziła
    9) zrobić niezasłużony przezent sprawcy krzywdy
    10) zrezygnować ze sprawiedliwej kary
    11) zrezygnować z obrony przez ponownymi krzywdami

    Wybaczyć oznacza:
    1) zrezygnować z pielęgnowania urazy
    2) zrezygnować z zemsty (w tym karania samego siebie)
    3) pogodzić się z tym, że nie będzie rekompensaty za doznane krzywdy
    4) pogodzić sie z tym miejscem w życiu, w którym jest się teraz..

    z komentarza :
    http://zenforest.wordpress.com/2009/08/24/metoda-ho%E2%80%99oponopono/comment-page-1/#comments

  30. całe szczęście Boga nie ma, i nie stworzył ani tego świata, ani nas, więc nie ma się czego bać

  31. Hm, Bóg to tylko słowo. Ja też uważam że Boga osobowego tworzą ludzie i on jest ale w świadomości ludzi którzy w takowego wierzą. Dlatego właśnie podoba mi się idea Boga z Rozmów z Bogiem oczywiście nie traktuję jej dosłownie sztywno to taki punkt wyjścia w drodze do….

  32. Przemawiam do każdego człowieka. Nieustannie. Rzecz nie w tym do kogo się zwracam, ale kto mnie słucha. Przemawiam na różne sposoby. Nasłuchuj mego głosu w prawdzie swojej duszy. W uczuciach serca. W wyciszonym umyśle. Słuchaj mnie w każdym kroku. Ilekroć zechcesz Mnie zapytać, wiedz że Ja już odpowiedziałem. Otwórz szeroko oczy i spójrz na świat Rozmowy z Bogiem, tom I

    I można tak długo ciągnąć dyskusję 🙂

  33. A mnie się przypomniał pewien cytat z ks. Tischnera – mam nadzieję, że na tym akurat blogu nikogo nie odstręczę cytując katolickiego księdza;): “jest na tym świecie prawda, tyż prawda i g..o prawda”. 🙂

    Jeśli chodzi o dystans, to masz Zbigniewie tyż prawdę, a może nawet prawdę. 🙂 Pewnie to z moich wcześniejszych postów nie wynika, ale gdybym nie miał też trochę tego dystansu i humoru to przy mojej wrażliwości i doświadczeniach (nie tylko moich ale i innych osób, których byłem świadkiem) – wierz mi, że dawno bym ześwirował. 🙂 Co nie znaczy, że czasem nie mam rozterek, że coś mnie czasem nie boli – jak chyba większość ludzi. Poza tym, dla mnie życie, w którym nie ma o co czasem “zawalczyć” jest zwyczajnie nudne, bezsensowne i przygnębiające.

    Też tak jednak czasem miewam, że jestem raczej dość bezpośredni, dość dobrze wyczuwam ludzkie intencje (ach ta moja nieskromność i brak pokory!;) i nie lubię udawactwa – czasem lubię natomiast dowalić tego dziegdziu do beczki miodu. A New Age to prawdziwe rzeki miooodu, które czasem z prawdziwymi rzekami życia mają jednak niewiele wspólnego.. 🙂

    I niech sobie Joasia czy Zbigniew gada, że jestem przewrażliwiony, czy jaki tam jeszcze. Jestem jaki jestem.

    Coś na polepszenie nastroju bo dyskusja stała się dość przyciężkawa 😀

    http://www.youtube.com/watch?v=Fl4Oms4qcoE

  34. Michael – grube tauzeny. Tak między nami, chłopie, czy Ty nie masz innych problemów na głowie? 🙂

  35. Ps: A jeśli chodzi o Felicitę.. – jej akurat New Age nie pomogło.. Znałem tą dziewczynę, znałem dość dobrze..

  36. Bartku a gdzie Zbyszek pisze że jesteś przewrażliwiony ? Przedstawiam tylko swój punkt widzenie i mówię że każdy jest inny i inaczej widzi świat i każda wizja ma rację bytu. Prawd jest tyle ilu ludzi 🙂 Możemy tak sobie dyskutować choćby do końca świata i tak byśmy wszystkiego nie omówili ale myślę że warto dyskutować dla samej przyjemności dyskutowania. 🙂
    Sensem życia jest samo życie.
    Jeszcze trochę i wyjadę. Wyjadę gdzie oczy poniosą. Wsiąść do pociągu byle jakiego trzymając w ręku kamyk zielony…
    Sprzedałem mieszkanie, wypowiedziałem umowę z firmą i jadę w świat 🙂

  37. Spoko, spoko, wszystko w temacie Zbigniewie. 😉 O przewrażliwieniu wspominała Asia. I jasne, że sensem życia jest życie, a więc to wszystko co się na życie składa.

    Zgadzam się z tym, że każdy może się od kogoś czegoś nauczyć. Ja akurat jestem na etapie przede wszystkim uczenia się od samego siebie, zamiast tylko zwracania się na zewnątrz – zostawiłem za sobą książki i poradniki duchowe tak jak Ty firmę i mieszkanie. 😉 Niewątpliwie wymaga to pewnej odwagi i zdecydowanego kroku w nieznane. 🙂

    Życzę owocnej i pełnej przygód podróży. Sam kiedyś odbyłem taką tułaczkę po świecie i przyznam, że choć cenię sobie obecną stabilizację, czasem marzy mi się następna. 🙂 Czym jest przystań bez mórz bezkresnych, czym są morza, bez przystani?

    Pozdrawiam i szerokiej drogi!

  38. a mnie się podobał zwłaszcza :”I proszę mi nie pieprzyć, że ból jest tylko iluzją.”
    strasznie mnie wkurza jak ktoś się naczyta mądrych ksiąg i neguje rzeczywistość doświadczania bólu.
    Dobrze powiedziane, Boli-ma boleć. Póki żyjemy czasami boli a czasami jest pięknie.
    Ból- nie wiem czemu kojarzy mi się z porodem;)))
    czyli życiem.
    Buziaki

  39. chciałam powiedzieć narodzinami (życiem).
    Myślę że cierpienie i tworzenie czegoś nowego jest bardzo bliskie,
    kiedy nie boli to nawet dziwne (czesto nietrwałe- tak mi się zdaje po sobie)
    Pamiętam jak kiedyś bardzo rozpaczliwie bolało umieranie iluzji…bezpiecznej w jaką uciekałam przed rzeczywistością…bolało bardzo/słowo rozpacz jest najbliższe.
    na dzien dzisiejszy wiem, że to było dobre doświadczenie,
    jednocześnie boimy się bólu…
    Pozdrawiam serdecznie

  40. Poród, narodziny, ból po obu stronach.
    Bóle twórcze, też się człowiek czasem męczy i łatwiej i przyjemniej byłoby nic nie robić. Wizualizować piękną przyszłość najlepiej 🙂
    Z drugiej strony, czasem jak boli to też trzeba o siebie zadbać, ukoić, żeby nie przegiąć w drugą stronę…

  41. No właśnie – ból jest często znakiem, że należy czymś w nas się zaopiekować i zająć a nie, że mamy go celebrować lub, że coś z gruntu jest z nami “nie tak”.

    A co ciekawe, wbrew pozorom od bólu można się też uzależnić – można go ćpać jak substancje psychoaktywne. W trakcie przedłużającego się bólu, również tego psychicznego, wydzielają się różne substancje o działaniu lekko otępiającym i narkotycznym.

  42. hmm..Myślę że ból może stać się klatką (jeśli się w nim zamknie człowiek) klatką umysłu. Wtedy faktycznie można oderwać się od rzeczywistości i tak bardzo skoncentrować na sobie że człowiek nie jest w stanie przyjąć nic z zewnątrz. Chociaż ból jest prawdziwy. Mogę mówić o tym o czym wiem- wiem, że ból odrywa, zamyka, odcina. Że może stać się KLATKĄ dla umysłu-człowiek nie jest w stanie zobaczyć nic poza tym co się tworzy w bólu. (może to jest ten stan otępienia, naćpania?). Wtedy widzi się inaczej. Można sobie jeszcze podokładać (przecież nie będąc w pełni świadomym- dobijać siebie-nie widzieć nic co byłoby jasne).Ale …on mija. Powoli poprzez wychodzenie do ludzi, poprzez KONTAKT z drugim człowiekiem-można wyjść poza tą rzeczywistość i zobaczyć inną. Potem można nawet popatrzeć na to co było ze zdziwieniem, zaskoczeniem…jak bardzo nie widziało się całości-tylko fragment.hm..ciekawe- zastanawiam się nad słowem uzależnić od bólu… Wydaje się być to niedorzeczne-a jednak…przypomina mi się osoba która zadawała sobie ból. Więc chyba można. Nie jestem pewna.
    Wiem natomiast, że ból może być zarówno przepaścią jak i prezentem od losu…chyba zależy co się z tym zrobi.

    pozdrawiam serdecznie

  43. Jasne, że można się od bólu uzależnić. A czym jest sado-maso lub niektóre praktyki religijne? Oto fragment z artykułu Leszka Żądło:

    Człowiek, który zgadza się żyć w bólu i cierpieniu, staje się coraz bardziej nieprzytomny. Dzieje się tak za sprawą endorfin (narkotycznych substancji) produkowanych przez gruczoły wydzielania wewnętrznego w celu uśmierzenia bólu. Tak więc umysł cierpiącego człowieka staje się coraz bardziej zanarkotyzowany. A jak wiadomo, zapotrzebowanie cierpiącego organizmu na narkotyki ciągle wzrasta.
    W wyniku utrzymywania się długotrwałego bólu w podświadomości pojawia się stan subtelnego napięcia związanego z oczekiwaniem na kolejne cierpienia. I ten stan generuje wytwarzanie coraz większej ilości endorfin.
    Jak z tego wynika, człowiek cierpiący staje się (endo)-morfinistą.

  44. cóż- coś w tym jest.
    Dwa przykłady z życia: ból zęba/i co za ulga i radość (haj?) jak przestanie boleć..niesamowite jak się zmienia perspektywa.
    2. koleżanka po porodzie opowiadała: czułam się jak na haju (otumaniona bólem) w pewnym momencie nie czułam (porozrywana od środka-cięcia, poród)
    więc coś a tym jest.

    Przypomina mi się też- ból związany z tzw. niespełnionym zakochaniem (haj totalny;-))i ból totalny związany z odrzuceniem.

    więc faktycznie jak się głębiej nad tym zastanowić-coś w tym jest.,

    z drugiej strony osoby które są ‘wiecznie nieszczęśliwe’-przeżywające ból związany z czymś np. samotnością (i nic faktycznie z tym nie robię tylko się w tym zatapiają) -jakoś tutaj nie widzę haju…ale to nie jest FIZYCZNY ból-ale psychiczny, fizycznie w porządku, ale dusza choruje…tutaj nie widzę haju w sensie pozytywnym.

    Pozdrawiam

  45. Masz rację Lulu, ale tutaj chodziło raczej o stan przymroczenia (umysłowa “mgiełka”) i “haju”, które pojawiają się w warunkach przedłużającego się cierpienia (miesiące, lata). Organizm zaczyna się wtedy przyzwyczajać do owych wewnętrznych “zastrzyków” endorfin i innych pochodnych morfiny, w wyniku czego dochodzi do swego rodzaju emocjonalnego uzależnienia od bólu. Oczywiście podałem pewne skrajne przykłady, a objawami przypomina to też trochę tzw depresję dwubiegunową, czyli zmiany nastroju od euforii do totalnego “doła” (aczkolwiek nie jestem pewien czy działa tu ten sam mechanizm).

    Oczywiście, w opisanych przez Ciebie przykładach też jest poczucie “haju”, ale to jeszcze nie jest równoznaczne z uzależnieniem.

    Dobra, starczy tych “bolesnych tematów”. 🙂 Miłego i radosnego weekendu życzę. 🙂

  46. A mi się wydaje, że ból wcale nie jest iluzją, lecz to co go powoduje najczęściej jest iluzją. Np. wspomnienia, albo jakieś zdarzenie do którego przyczepiliśmy łatkę “musi sprawić ból”. Oczywiście chodzi tu o ból wewnętrzny, rozterki jakieś, a nie o np. ranę otwartą 😀

  47. Problem w tym (a może zarazem – na szczęście), że ludzie nie są całkiem racjonalnymi istotami. Zresztą nie ma czegoś takiego jak decyzje czy pobudki całkowicie racjonalne, wszystko robimy pod wpływem emocji, nawet jeśli nie do końca to sobie uświadamiamy. Jeśli by wyłączyć człowiekowi ośrodki emocjonalne, otrzymalibyśmy mózg w słoiku, niezdolny do samostanowienia, do jakiegokolwiek działania.

    Co to oznacza? To oznacza dokładnie wszystko to co składa się na bycie człowiekiem, mówiąc w ogromnym wręcz skrócie, rzecz jasna. 🙂

  48. Jedno z moich ulubionych powiedzeń Zen:

    “Umysł Zen jest jak lustro, które doskonale odzwierciedla wszystko to, co się w nim pojawia: niczego nie zatrzymuje ani niczego nie odrzuca. Jest ból – oto jest ból. Jest radość – oto jest radość. Oto są zasady higieny umysłowej”. – Hui neng

    Czyli zarazem bez przesadnego deliberowania i intelektualizowania uczuć, co samo w sobie aż nadto często jest przejawem wewnętrznego oporu i… emocjonalnych blokad. 🙂

  49. “W końcu widzę swoje emocje, widzę swoje reakcje i…to się nadal dzieje. Cholera. Myślałam, że jak już widzę i wiem o co chodzi, to nic, tylko przestać.”
    czyli:
    od widzenia do widzenia ? A co wówczas jak ktoś słyszy, czuje lub jest poruszony ? 😉

    1. Wówczas – pewnie podobnie, tylko w innej modalności 😉 A może bardziej głęboko demokratycznie było by użyć słowa “rozpoznaję”, ewentualnie “doświadczam na swój sposób”, co? 🙂

  50. Stoję na początku. Patrzę na siebie i tak cholernie chcę i zarówno nie chcę tych zmian, że przyjmuje to wręcz formę wewnętrznej walki. Najdziwniejsze jest to, że zdałem sobie właśnie sprawę, iż mam na karku dwadzieścia i pięć wiosen, a tak naprawdę jeszcze nie określiłem jasno czego ja tak naprawdę oczekuję od siebie i od życia, bo nieustannie chcę czegoś innego, byleby tylko odsunąć moment, kiedy trzeba będzie skonfrontować się z rzeczywistością i wcielić marzenie (wizję, cel) w życie, a stąd już prosta droga do porażki i całego wiadra pomyj, które wyleję sobie “za karę” na łeb, stąd łatwo już do kolejnego dołka, obniżenia samooceny i myślokształtu (który towarzyszy mi od zawsze) że inni są lepsi bo przecież wszyscy dookoła sobie jakoś radzą i osiągają swoje cele, a ja nawet jak coś osiągnę, to przestaje mnie to satysfakcjonować w myśl zasady, że skoro ja coś osiągam, to nie może mieć żadnej wartości. A wszytko to zdarzyło się dziś, kiedy znów po etapie marazmu i niewychodzenia z domu zapalił mi się grunt pod nogami. A może to znaczy, że jednak trochę mi na sobie zależy. Idę na spacer, może coś się wyklaruje z tego misz-maszu pod kopułą czachy. 🙂 Pozdrawiam wszystkich.

    1. Spacer dobrze robi 🙂 Widzę też, że Twój krytyk wewnętrzny szaleje i próbuje Cię nieźle dołować… sztuką jest takie wyważenie podjęcia pracy nad sobą, żeby nie stało się to kolejną pożywką dla krytycyzmu.

  51. Wielokrotnie myślę sobie o dialogu:
    “-Co u Ciebie?
    – Dziękuję, dobrze. Wyparłam.”
    I szlag mnie trafia i myślę sobie: trzeba było nie ruszać. Rok temu rozkopałam poważne gówno (wcześniej chodziłam wokół niego i oglądałam nie bardzo wiedząc co z tym zrobić). Zrobiłam ogromny postęp. Jeden wielki problem rozwiązany- zerwałam kontakt z matką, która katowała mnie przez całe życie a gdy stałam się dorosłą kobietą tylko zwiększyła agresję i siłę rażenia. Odkopałam rodzinne manipulacje, zobaczyłam, radzę sobie z nimi. Ale przy okazji spadła na mnie lawina mniejszych gówienek- nie mniej przeszkadzających w życiu i przerażających. Patrzę i zbieram zęby z podłogi jak wiele zobaczyły moje oczy. Patrzę i nie wiem co zrobić bo wszystko mam rozsypane. Dawne drogi rozpadły się a nowych nie ma. I patrzę i szukam trochę na ślepo. Największy ból po zerwaniu tych kluczowych więzów juz przeszedł, ale nadal ma dziurę w sercu. Patrzę na nią i nie wiem- czy ona się kiedyś zagoi? Patrzę, jest tam nadal. Tak samo głęboka. Brak pomysłu na to jak pomóc jej się zagoić i zabliźnić? Da się ją zagoić i zabliźnić?

    1. “dawne drogi rozpadły się a nowych nie ma” – to taki trudny moment, kiedy wszystko się zmienia, z tożsamością włącznie. Nie jest to łatwy okres, bo nie wiadomo co jest za zakrętem… ale coś jest, coś będzie, coś przyjdzie. Czy dziura w sercu się zabliźni? Tego nie wiem, z pewnością coś pozostanie, życie nie będzie takie samo, brzmi banalnie, ale to prawda. Czas, z pewnością czas jest potrzebny. Akceptacja, że żałoba wymaga czasu, jest dwoma krokami na przód i jednym w tył, lepszym dniem i okresem, a potem gorszym, falując raczej niż idąc jakimiś konkretnymi etapami. Tulić tę ranę, dawać jej być, dawać sobie czuć to, co się czuje – i już. Aż tyle.

  52. Ja właśnie jestem na etapie chodzenia koło tego kupska i szukam metody albo sposobu jak się do tego zbliżyć jak w tym pogrzebać
    Jestem świadoma ( przynajmniej tak się domyślam ) mojego problemu , a mianowicie toksycznej relacji z moją mamą
    Nie wiem w jaki sposób bracia są odporni na wpływy mojej mamy ale świetnie sobie radzą , niestety jeśli z braćmi mojej mamie się nie powiodło to wszystkie siły skoncentrowała na mnie …;( choć dzisiaj mam 30 lat wspaniałego narzeczonego za którego w tym roku wyjdę za mąż to moja mama nadal próbuje mną manipulować do tego stopnia że zaczęła się wtrącać z przygotowania do ślubu zagrażając w jednej rozmowie telefonicznej ze mną ze nie przyjdzie na ślub bo ona nie będzie się wstydzić
    w życiu codziennym tez próbuje wywierać wpływ
    Jezzu to jest chore ale sama się łapie na tym ze jak kupie coś nowego (ubranie, buty ) czy też po wizycie u fryzjera moja pierwsza myśl jest taka A CZY MAMIE SIĘ SPODOBA
    choć już od kilku lat nie mieszkam z rodzicami to po każdej wizycie u rodziców jestem psychicznie rozwalona na 1000000000 kawałków ograniczam wizyty do minimum ale to i tak nic nie da , po każdej rozmowie telefonicznej ( oczywiście z kłótnia ) czuje się zawsze tak paskudnie a poczucie winy i wyrzuty sumienia nie dawają mi spokoju że znów zawiodłam mamę( osobę która mnie urodziła , wychowała nosiła 9 miesięcy pod sercem ) odbij się to na relacjach z moim narzeczonym , bo jestem przygnębiona i wogóle do narzeczonego się nie odzywam , albo jestem tak nabuzowana że wystarczy mały pretekst do kłótni z narzeczonym
    a moja mama potrafi po godz zadzwonić jak gdyby nigdy nic zadowolona i w świetnym humorze. Cały czas wpaja we mnie poczucie winy ze ja się wyprowadziłam zostawiłam ją sama ( choć całe rodzeństwo tez praktycznie poszło na swoje , każdy próbuje ułożyć sobie życie ) ale to zawsze ja wysłuchuje ……
    jest tak podstępna że próbuje przeze mnie manipulować moim narzeczonym ( tekst typu ” możesz mu podpowiedzieć żeby tak zrobił ” ale żeby narzeczony nie dowiedział się ze moja mama ma w tym swój cel )
    pamiętam z młodszych lat jak babcia z mamą się kłóciły i mama nieraz wybiegała z domu a później jej szukaliśmy z rodzeństwem a ona z ironiczną satysfakcją czekała aż po nią przyjdziemy ( że ona taka biedna , głodna , zmarznięta, nie rozumiana itd…) …….ale po pewnym czasie nawet na babci przestało robić to wrażenia zawsze wtedy mawiała jak będzie głodna to sama przyjdzie 😉
    KOCHANA MOJA BABCIA
    Babcia zawsze była taką pozytywną energią w domu rodzinnym której teraz bardzo ale to bardzo brakuje wiedziałam że babci mogę wszystko powiedzieć i nikomu nie powtórzy.
    Mama osoba która kocha bezwarunkowo miłością rodzicielską , która powinna w każdej sytuacji stanąć po stronie swoich dzieci , powinna dbać żeby jej dzieci wyrosły na pewnych siebie ludzi , mających swoje zdanie ,

    A ja mam obraz matki która zawsze będzie niezadowolona ze mnie , nigdy nie spełnię jej oczekiwań , jeśli nie bębę miała takiego samego zdania jak ona to będzie tak manipulować tak wiercić dziurę w brzuchu że prędzej czy później i tak wyjdzie na jej .

    Może ktoś odezwie się z podobnym problemem ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Podobne wpisy

Powrót po przerwie w pisaniu

Sprawdziłam niedawno kiedy na stronie pojawił się ostatni wpis: w czerwcu 2017. W ostatnich paru latach artykuły publikowałam bardzo nieregularnie, ale aż…
Total
0
Share