"The Dark Side Of The Moon"

Praca nad sobą to nie spacer pachnącą łąką w słoneczny dzień

Praca nad sobą to nie spacer pachnącą łąką w słoneczny dzień. Prawdziwa praca nad sobą jest raczej jak grzebanie po łokcie, pachy, szyję, a czasem nawet uszy w gównie. Tak, wewnętrzny rozwój wcale nie jest tylko i wyłącznie przyjemnością, jak to próbują niektórzy sprzedawać. Każdy z nas ma swoją ciemną stronę i nie ma wyjścia, trzeba jej dotknąć, powąchać, posmakować, żeby ruszyć w życiu z miejsca.

I nie, wcale nie będę tu od razu pocieszać, że to, co „ciemne” tylko wydaje się ciemne, bo tak naprawdę szybko okazuje się, że jest długo poszukiwanym skarbem. Owszem, skarby się zdarzają, ale trzeba odwalić kawał roboty, by się do nich dostać – i często nie wystarczy tylko zmiana perspektywy. Czasem sednem jest dotarcie do tego, co ciemne, nieprzyjemne, przeszkadzające i doświadczenie tego, takim, jakie jest. Można tam też utknąć na kawałek czasu.

Trudy terapii

Mam przyjaciela, który od 3 lat bierze udział w terapii dla dorosłych dzieci alkoholików. Przeszedł grupową terapię podstawową, teraz jest na pogłębionej, ma też spotkania indywidualne z terapeutą. Chłopak ciężko haruje nad sobą, zderza się co rusz z jakimiś wewnętrznymi przeszkodami. Odkurza zakamarki przeszłości, pokrywa się tym kurzem, kicha i drapie się od niego, tylko niekiedy odczuwając ulgę. Uczy się obserwować siebie, zyskując zabójczą dla samopoczucia samoświadomość, dzięki której dostrzega swoje własne oszustwa, manipulacje i mechanizmy obronne.

Zaczyna trzeźwo patrzeć na siebie i swoje życie. I odkąd poszedł na terapię, nie jest okazem tylko radości i szczęśliwości. Gdy coś odkryje, czuje się przez jakiś czas zdołowany, a do tego konfrontuje się z lękiem przed ujawnieniem niezbyt sympatycznych rzeczy na swój temat przed grupą. Ale idzie do przodu. Zaczyna zmieniać rzeczy w swoim życiu. Ma więcej odwagi i próbuje nowych sposobów radzenia sobie i załatwiania spraw. Nie żałuje pójścia na terapię, mimo, że są momenty zwątpienia, kiedy to myśli, że terapia jest głupia, bez sensu i nic mu nie daje. Jednak wierzy i ufa, że wysiłek się opłaci, bo życie w iluzji daje tylko pozorny spokój i zadowolenie.

Moi klienci zazwyczaj są dość niecierpliwi. Może to kwestia czasów, w których żyjemy – wszystko musi być szybko, natychmiastowo, ekspresowo.  Choć raczej nikt nie deklaruje wprost chęci uzyskania recepty na lepsze życie, to nieświadomie takie oczekiwania są. Człowiek chce, by było mu lepiej i to jest naturalne. Jednak prawdziwa zmiana wymaga dwóch (między innymi) rzeczy: zaangażowania i wyrozumiałości, zarówno ze strony klienta jak i terapeuty.

Żeby było lepiej, czasem musi być gorzej

Usłyszałam niedawno na wykładzie dr Katarzyny Guzińskiej, że etyka profesjonalna wymaga, by uprzedzić pacjenta o możliwości pogorszenia samopoczucia czy wzmocnienia się symptomów w trakcie terapii. Z moich doświadczeń wynika, że po pierwszej uldze związanej z „wygadaniem się”, przychodzą (i odchodzą, i przychodzą) trudne momenty.

To, z czym przychodzi klient, przeszkadza mu w dobrym funkcjonowaniu, ale jednocześnie jest elementem złożonego mechanizmu „pokrywającego” problem. Wiele symptomów pojawia się w wyniku schowania czegoś (np. wspomnień, emocji, realnej oceny sytuacji), zamrożenia, odsunięcia ze świadomości. Gdy zaczyna się „grzebać” w problemie, to, co miało zapewnić bezpieczne status quo, jest zagrożone i ostatkiem sił stara sie utrzymać oblężoną twierdzę. Możemy mówić o mechanizmach obronnych, oporze czy progu, wszystko jedno. W efekcie, gdy zaczynasz się czymś zajmować, może się nagle zrobić gorzej.

Dlaczego więc zaangażowanie i wyrozumiałość?

Gdy staje się oko w oko z kupą gówna, albo przynajmniej czegoś, co jak gówno wygląda, odwagi wymaga włożenie tam ręki i pogmeranie. Co ja mówię, wkładanie ręki. Najpierw trzeba w ogóle zebrać się na odwagę, by tę kupę zobaczyć i do niej podejść. Wzbudza ona lęk, realny i czasem bardzo trudny do opanowania. Nie pachnie zbyt ładnie. Trzeba być nienormalnym, by chcieć w tym grzebać! Normalne jest, że człowiek nie chce w to wchodzić, że lepiej jest z tym, co znajome, bezpieczne, nawet jeśli niezbyt komfortowe. A jednak, przychodzi moment, w którym robi się decydujący ruch. Tym, co wspomaga taką decyzję jest właśnie zaangażowanie.

Nikt jednak nie gwarantuje powodzenia. Można dotknąć kupy i nie stanie się początkowo nic. Można znaleźć w niej diament, a szybko okaże się, że to był całkiem sympatyczny, ale tylko kamyczek. Innym razem lęk będzie tak silny, zmęczenie i zniechęcenie tak duże, że nawet nie będzie się chciało o kupie gadać. Spadek energii, znużenie kręceniem się wciąż wokół tego samego, z szaleństwem graniczące ciągłe odbijanie się od własnych oporów, słabości, wewnętrznych krytyków, nawykowych reakcji i uzależnień – można mieć dość. I do tych odczuć należy odnosić się z wyrozumiałością. Nawet wobec swojej niechęci wobec wyrozumiałości w stosunku do samego siebie.

Nie raz słyszę w gabinecie „ja już nie mogę”, „ja już mam dość”, „nic się nie posuwa do przodu”, „ciągle to samo”. Tak, masz prawo być zmęczony. Ale wcale nie stoisz w miejscu. Każdy kroczek się liczy, każdy przebłysk, każda malutka zmiana to zwycięstwo które należy świętować. Są chwile wzruszające i poruszające, są momenty zrozumienia i jasności. Udaje się zrobić coś inaczej, każde małe zwycięstwo zawsze z klientem świętujemy.

Nie uciekać od doświadczenia

Moje rozważania dotyczą nie tylko formalnej terapii. Osoby, które samodzielnie pracują nad sobą też doświadczają czegoś podobnego. Bardzo inspirującą postacią w tej kwestii jest Pema Chodron. Jest ona amerykańską mniszką buddyjską w tradycji Szambali, która niestrudzenie uczy ludzi zachodu medytacji. Medytacji, która jest żywa, niemal organiczna. Nie odrzuca żadnych emocji, nie każe odpływać w krainę wiecznej szczęśliwości, nie przywiązuje do stanów, w których jesteśmy pływającym po niebie obłoczkiem.

Oferuje za to żywy kontakt ze sobą, ze swoją nędzą, bólem, smutkiem, ekstazą, radością, miłością, trudem, zmęczeniem i tym wszystkim co nas na ludzkiej drodze spotyka. Pema uczy jak nie uciekać od tych doświadczeń, angażując się w ten proces, każdego dnia od nowa, mając jednocześnie dla siebie miłującą dobroć, dzięki której możemy z wyrozumiałym uśmiechem spojrzeć na swoją szarpaninę.

Widzę, ale znów „to” robię

Słuchałam wczoraj nagrania z weekendowego odosobnienia „Miejsca, które budzą lęk”, prowadzonego przez Pemę. Mówiła ona o sytuacji, którą doskonale znam z własnego doświadczenia, jak i z relacji moich klientów. Wyobraź sobie, że masz jakieś nawykowe, uwarunkowane zachowanie. To może być coś prostego, jak sięganie po słodycze w stresie. Albo coś bardziej złożonego: wycofywanie się z kontaktu z drugim człowiekiem, gdy poczujesz lęk, subtelne manipulowanie, by zdobyć akceptację i uznanie bliskiej osoby czy reagowanie nadmierną złością, gdy czujesz zagrożenie.  Przez lata funkcjonujesz z tym schematem. Nie widzisz jak to działa, po prostu „dzieje się”, jakby ktoś wcisnął przycisk. Widzisz ewentualnie konsekwencje, choć czasem jesteś zupełnie nieświadomy. To jest pierwszy poziom świadomości.

W pewnym momencie zauważasz swój schemat, czy to dzięki samoobserwacji, uwagom innych, medytacji czy terapii. Nagle w całej okazałości ukazuje Ci się Twój mechanizm działania. Widzisz jak to się dzieje, dostrzegasz, że „to” robisz. Najpierw orientujesz się po fakcie. O kurcze, znowu to samo. Znowu wpadłam w szał, gdy matka zachowała się „tak, jak zawsze”. Znowu uciekłem z kontaktu zamykając się w sobie, bo wystraszyłam się otwarcia i zranienia.

Wiem już, że to nie było związane z tą osobą, a z moimi wcześniejszymi doświadczeniami. Zaczynam wnikać w mechanizm, rozumieć go. Czas między „odpaleniem się” a zauważeniem jest coraz krótszy. W końcu widzę swoje emocje, widzę swoje reakcje i… to się nadal dzieje. Cholera. Myślałam, że jak już widzę i wiem o co chodzi, to nic, tylko przestać. A ja nie mogę, to się i tak dzieje. Bez sensu, jestem do niczego, nic do mnie nie dociera… Łatwo przeskoczyć do takiego myślenia, prawda?

Ale przecież, mówi Pema, Ty już jesteś na drugim poziomie świadomości! Ciesz się z tego, doceń swoją pracę, uznaj, że jednak coś się zmienia. Bądź dla siebie dobra i wyrozumiała. Świadomość tego, co się dzieje w danym momencie otwiera furtkę do podjęcia działania innego niż dotychczasowy schemat, więc jest nadzieja. Ale na zmianę potrzeba wewnętrznej gotowości, mocy i siły. Raz Ci się uda, a pięć razy nie. Ten raz jest ważniejszy. Doceń swoją ogromną odwagę, odpocznij chwilkę i idź dalej.

Demony potrafią zmęczyć, idź mimo to dalej

Prawdziwy rozwój więc, to nie karmienie się iluzjami pozytywnego myślenia, choć uważność na to, co się dzieje w głowie jest istotna, a i zdrowy optymizm przydaje się. Nie jest też odrzucaniem tego, co „brzydkie”, również pod płaszczykiem traktowania wszystkiego jako „dobrej lekcji”, bo to też może być ucieczka przed doświadczeniem. To zmierzenie się z wewnętrznymi demonami, które potrafią zadać całkiem realny ból. I proszę mi nie gadać, że ból jest tylko iluzją.

Droga rozwoju to droga trudna i wyboista, ale przynosząca mnóstwo satysfakcji. I jeśli coś Ci się na niej nie udaje, to wcale oznacza, że jesteś słaby, miękki, czy mało zdolny. Może potrzebujesz wolniejszego tempa. Może jutro będziesz mieć więcej energii. Nie zapominaj o swojej drodze, ale też nie katuj się. Frustracja jest normalnym przeżyciem.