Ostatnio sporo o szczęściu wokół słyszę i czytam. W Sopocie co jakiś czas odbywają się “rozmowy o szczęściu”, wydana została książka na ten temat, ciągle gdzieś coś to szczęście się przewija. Myślą, która niedawno najbardziej do mnie trafiła jest coś, co powiedział profesor Wojciszke na jednym ze spotkań: ludzie, którzy zastanawiają się nad tym czy są szczęśliwi, szukają sposobów na szczęście, i tak dalej, raczej stwierdzają, że szczęśliwi nie są. Szczęście to raczej coś, co przychodzi po drodze, jest efektem robienia rzeczy ważnych, sprawiających satysfakcję, efektem odnajdywania swojego miejsca w świecie. Odnajdywania, bo nikt nie mówi, że miejsce w świecie (też to metaforyczne) musi być jedno.

Skupianie się na pytaniu “czy jestem szczęśliwy/a?” automatycznie powoduje nastawienie się na wyszukiwanie brak, luk, niezaspokojonych potrzeb i trudno wtedy o zadowolenie.  Co prawda pracuję w dobrej firmie, ale moja pozycja mogłaby być lepsza. Co prawda mam wspaniałego partnera, ale wciąż napotykamy jakieś trudności, a gdyby zastanowić się lepiej, to on chyba mnie nie rozumie. Jeśli mnie nie rozumie, to czy ten związek ma sens? Czy ja nie potrzebuję więcej zrozumienia? I tak dalej. Szukanie szczęścia to jak pogoń za horyzontem. A przy okazji człowiek przestaje patrzeć pod nogi i wkoło siebie. Jasne, warto zdawać sobie sprawę ze swoich potrzeb, mieć marzenia i dążyć do osiągania celów. Nie chodzi o to, by stać w miejscu. Ale mam wrażenie, że gonitwa za wyśnionym i wymarzonym “szczęściem”, za tym, by zawsze i wszędzie było dobrze, miło i przyjemnie jest jakąś ogromną pułapką. Nie dajmy się zwariować. Skutki odsuwania od siebie spraw nieprzyjemnych i tzw. negatywnych emocji mogą być opłakane.

Zaciekawiła mnie jeszcze jedna informacja, również z wykładu prof. Wojciszke. Stwierdził on mianowicie (podsumowując wiele badań na ten temat), że poczucie szczęścia w 50% zależy od naszej konstytucji, od tego jacy się urodziliśmy. Można to wiązać wrodzonym optymizmem czy pesymizmem, nastawieniem na wyszukiwanie informacji zgodnych lub wyszukiwanie błędów, temperamentalną skłonnością do przeżywania emocji pozytywnych czy negatywnych albo innych psychologicznych koncepcji. Tak czy inaczej, taka myśl może choć odrobinę nas odciążać z tego “obowiązku” bycia szczęśliwym, który się coraz bardziej panoszy wkoło. Patrząc na niektóre osoby, będące zawsze w świetnym humorze, zawsze zadowolone z życia, łatwo zacząć im zazdrościć i tym bardziej szukać recepty na szczęście. Do tego wszechobecne dążenie do szczęścia, szukanie go, wymyślanie coraz to lepszych sposobów na dobre samopoczucie… A może lepiej jest zaakceptować siebie i swój sposób patrzenia na świat? Może prawdziwe poczucie szczęścia i ukojenia może płynąć ze zgody na to jakim się jest?

Z drugiej strony, pozostałe 50% poczucia szczęścia wynika z tego, co robimy ze swoim życiem, czym się zajmujemy – a przede wszystkim, czy robimy, to co lubimy / lubimy to, co robimy. A na to, w przeciwieństwie do cech swojego układu nerwowego, mamy o wiele większy wpływ. Nie można też zapomnieć o kontaktach międzyludzkich. Profesor Skarżyńska, która w Polsce przeprowadza sporo badań na temat szczęścia, twierdzi (polecam wywiad), że jest to niezbędny element bycia szczęśliwym. Bez drugiego człowieka, bez zaufania do ludzi, bez wsparcia innych, trudno o poczucie szczęścia. Takie to jesteśmy zwierzaki społeczne.

Znalazłam przy okazji taki oto tekścik, mający w sobie wiele mądrości. Jest odpowiedzią na pytanie jak być szczęśliwym.

Przykazania Leszka Kołakowskiego

Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:

Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

Creative Commons License photo credit: h.koppdelaney

33 komentarzy
  1. A ja jakiś czas temu stwierdziłem, ze im więcej posiadam wiedzy (o świecie, ludziach, życiu) tym gorzej się czuje. To przykre ale czasem myślę sobie, ze racje maja cynicy. Z ręka na sercu, kiedyś wiedziałem dyzo mniej, ale tez i duzo wiecej bylo we mnie jakiegos takiego zwyklego spokoju, dystansu.. Cieszyly mnie byle rzeczy, nie trwożyło tak życie…

    Faktem jest tez, ze żyjemy w czasach coraz większego szumu informacyjnego, nasz układ nerwowy nie jest przystosowany do przetwarzania takich potwornych ilości informacji, a niestety proces ten jest w dużej mierze poza nasza kontrola. Nasz mozg i układ hormonalny dostaje coraz większy wycisk. Ludzie są coraz bardziej nadpobudliwi, zagonieni, przemęczeni i roztargnieni i to niestety widać. Oddalamy się od życia w stronę wirtualnych narracji.

  2. ……to szczęście uwięziliśmy nieświadomi ograniczeń jakie nam wpojono w procesie tradycji tz.,,wychowania,, czytaj tresury w imię wyższej sprawy……
    …..a wynikiem jest min. ocenianie,osądzanie,nie akceptacja…..życie w przeszłości i w przyszłości jedynie……chwilę obecną nie zauważamy…nie jesteśmy w niej…stosujemy do przygotowania lepszego jutra które zawsze okazuje że było wczoraj……
    …..tak naprawdę wiedząc że nas niema -TERAZ- mamy jedną możliwość….
    stać się pięknymi i wszystkim czym można się stać…….dla siebie i przez siebie…..wtedy nie trzeba będzie naprawiać świata bo ….nim będziemy….
    ….wystarczy zrobić to o czym rozmawiamy i myślimy….czego pragniemy…
    ….zmienić siebie…….
    …uwielbiam być między Wami……
    ….nie jest to trudne……wiem to….
    ….być szczęściem….
    …bo tak naprawdę jesteśmy nim tylko wielu z nas tego nie wie i nie dostrzega…….
    ….nie mówię bądźcie szczęśliwi…
    ….mówię – BĄDŹCIE SZCZĘŚCIEM…………

  3. ….ALEEEEEEEEEEE MNIE PONIOSŁO !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    …piszę jedynie o moich doświadczeniach………………stosujcie to co na drodze swego rozwoju się nauczyliście………po prostu……………………..

  4. cytat z pewnego wiersza: (raz jeszcze)

    …gdy umysłem uwznioślonym….
    …przemierzałem niezbrukaną świątynię przestrzeni…
    …wyciągnąłem dłoń…
    … i dotknąłem …

    …troszkę go skróciłem…..
    …dziś jest piękna pogoda…..wręcz nietaktem jest jej nie przywitać…..dotknąć i doświadczyć w stanie uważności …przemierzyć część przestrzeni …..będąc..
    …i tylko tyle i aż tyle……
    …za dwie godziny spotkam się z przyjacielem i przejdziemy jak zwykle wiele kilometrów…..ciesząc się swym towarzystwem….obecnością drugiego człowieka w tej przestrzeni ….
    …..bodaj nepalskie pozdrowienie czy może tybetańskie…w każdym bądż
    razie pochodzące z wysokich gór … w tłumaczeniu na nasz język brzmi (nie do końca jestem pewien) – ,,pozdrawiam Najwyższą Istotę którą widzę w Tobie,, …..ot tak przy powitaniu…jeśli nie jest spowszedniałe ile znaczy…
    …i co mówi o jednym z odmian szczęścia….nadając mu …znaczenie
    ….pozdrawiam…Wszystkich bardzo……

  5. A może po prostu życie trzeba przeżyć, najpełniej i najpiękniej jak się da, tak bez asekuracji, ale z pełnym sercem i piersią, pozostając wiernym sobie i temu co stanowi o naszej drodze? Godząc się z tym, ze życie jest niedoskonale, ze czasem rani i brudzi, ale tez, ze kiedy trzeba, nie skąpi światła?

    Wiecie, bylem wczoraj na długiej przechadzce w górach i ta obecna brzydota przedwiośnia wydala mi się w pewnym momencie taka na swój sposób piękna, dostojna.. W powietrzu czuć było jakieś takie spowolnienie, wyczekiwanie.. Te nagie drzewa, suche kępy traw, stare szyszki i liście na przemarzniętej ziemi – wszystko zdawało się czekać na wiosnę, taka niema modlitwa. 🙂 Tak sobie myślę, że umysł żeby nie był martwy, musi doświadczać, musi być wrażliwy, wrażliwy na piękno i brzydotę, ubóstwo i obfitość, na ludzka dobroć i małość.. wszystko to co składa się na toczące wokół życie.

    Przeczytałem ostatnio pewien fragment z opowiadań Castanedy, była tam niezwykle interesująca rozmowa Castanedy z Don Juanem (odbyta – nie inaczej – po kolejnej sesji z peyotlem;). W pewnym momencie Don Juan powiedział coś co mnie w pewien sposób poruszyło: “Posłuchaj młody człowieku, twój umysł jest jak dzika owca, nad która bezskutecznie próbujesz zapanować. Zrozum, ze twoje wysiłki są bezcelowe. Kluczem do wszystkiego jest zaprzestanie wewnętrznego dialogu”.

    Tak sobie myślę odnosząc to w pewien sposób do siebie, może na taki malutki początek warto przestać samemu sobie dodatkowo komplikować życie, ciągłym roztrząsaniem i analizowaniem, co trzeba, a co nie trzeba robić, co tak a co nie? Jak to gdzieś napisała Joasia, wszystkie uczucia są piękne. 🙂 Czyż nie boimy się uczuć, ponieważ boimy się życia, ponieważ boimy się choć na chwile puścić ten iluzoryczny ster, którego się tak kurczowo trzymamy? Czyż nie boimy się tego co będzie, gdy ów ster pościmy?

    Cóż, na to chyba każdy musi sobie sam w duchu dać odpowiedz. A tymczasem dołączam się do zimowych drzew, szyszek i traw w nieśmiałym oczekiwaniu na wiosnę. 😉

  6. …stać się życiem…..wtedy nie trzeba go przeżywać……..
    ….a życie to…….- kto chce ,niech dopisze co jemu jest potrzebne …
    czego pragnie najbardziej…..by się tym stać…….

  7. Przykazania L.Kołakowskiego i mądre i trudne do zastosowania. Ale trudne nie znaczy niemożliwe;)
    Pozwoliłam sobie je wydrukować (żeby móc zerkać i pamiętać o nich na co dzień), jak również przekopiować i wysłać jako inspirację do ważnych osób w moim życiu:)
    W wielkim skrócie są zaprzeczeniem tego, czym karmi się nas bądź karmimy się sami na co dzień… Zdobywanie, cele, sława, rywalizacja, konkurencja, musisz być lepszy, chciej więcej, żądaj, wymagaj, bądź perfekcyjny, nie popełniaj błędów, miej oczekiwania, nie ufaj, bo się zawiedziesz itd. Czy to nam służy…?

    “Szczęśliwym się nie jest, szczęśliwym się bywa” – nie wiem kto jest autorem, ale dla mnie to sedno sprawy. Na co dzień bliższe jest mi zadowolenie raczej i to mi wystarcza;)

    Pozdrawiam:)

  8. A ja gdzieś,kiedyś na swej drodze usłyszałem ( i “kupiłem” ) powiedzenie które jest bliskie temu co mówił p.profesor;
    ” szczęście jest produktem ubocznym właściwego postępowania “

  9. Nie jestem pewien, czy kwestie szczęścia warto zamykać w kategoriach w kategoriach właściwego czy niewłaściwego zachowania. Blisko stad do wniosku, ze coś z nami nie tak, jeśli tylko nie czujemy się ciągle szczęśliwi.

    Podrazylem dzisiaj trochę kwestie szczęścia w internecie, i co znalazłem, dosyć ciekawe i przede wszystkim konstruktywne – jak myślę – spostrzeżenia na ten temat znalazłem na stronie Sue Blackmore, brytyjskiej psycholog. Podważa ona kilka popularnych mitów odnośnie szczęścia. Oto co m.in. pisze (niestety tylko po angielsku):

    Isn’t it funny how the things you think will make you the happiest don’t – or at least they don’t do it in the way you intend and when you want it. Happiness is a strange and elusive beast – in fact it’s a bit like my cat – go hunting for it and it will evade you; ignore it and get on with your life and it creeps up and sits on your lap.

    Early this summer I moved here to south Devon. This has been a long dream for me. I spent all my childhood holidays here, my grandparents lived here, my parents recently died here, and my brother and sister are here too. We found a wonderful house with space to grow vegetables, trees for firewood, and a river running straight down off the moor. The move went well and we got on with unpacking.

    Yet I was edgy. I found myself very up and down, not quite myself. I woke in the morning feeling unsettled instead of bright and cheerful. And then I began to get cross with myself. Why am I not gloriously happy now I’m here where I always wanted to be?

    It took me a long time to work out something so obvious that I feel silly about it now. That is, that happy events can also be stressful ones. Think of holidays, or Christmas. These are right up there in the list of most stressful life events, along with illness, divorce – and moving house. So it wasn’t surprising that I felt so uneasy. The real trouble, I realised, was that I was making everything worse by criticising myself for not being happy. How silly!

    Much better, I finally worked out, to accept the way I feel – not to reject the “bad” feelings and chase after the “good” ones. Then, curiously, that elusive feline happiness did come creeping up on me. I know it won’t last. But I also know it will come again.
    (….)

    Our society seems a bit obsessed with happiness and I’m not sure this is doing us much good. I don’t mean that there’s something wrong with being happy – far from it – just that we might be making it harder on ourselves by wanting it too much. A recent poll suggested that people in Britain are less happy now than they were 50 years ago, in spite of us being three times wealthier and living a lot longer.

    It’s a well worn truth that seeking wealth doesn’t bring happiness, but perhaps seeking happiness doesn’t bring happiness either. All this talk about happiness and how to “achieve” it implies that we need to be always happy, or – worse still – that there is something wrong with us if we’re not happy. Yet no one is happy all the time. The human condition is one of change, and natural ups and downs.

    One of my pet hates is that jolly little children’s song (I’ll try to sing!) “If you’re happy and you know it clap your hands. If you’re happy and you know it clap your hands. If …” Am I a kill-joy in not liking it? It seems to me that from a young age it teaches children that there’s something wrong with them, or they are an outsider, or inadequate in some way, if they aren’t happy. But it’s simply not true. No one is happy all the time, even if everything is going well – even if, like me, you’ve just moved to Devon, are living in a place you love, have work you enjoy and family near by.

    So how about “If you’re miserable and you know it clap your hands …” or “If you’re gloomy and you know it stamp your feet.” No, I don’t think it’ll catch on. But it makes me laugh to sing it, and that cheers me up. And it would be more realistic. Perhaps accepting that we can’t be happy all the time, and accepting the low bits, will, paradoxically, make us happier.

  10. Bartku79, a może mógłbyś podać po polsku choć kwintesencję esencji z tej wypowiedzi ? Myślę, że byłoby więcej Ci wdzięcznych, nie tylko ja;)

  11. Racja, przepraszam za moje przedwiosenne lenistwo. 😉 Próbowałem w googlowym translatorze ale wyszła z tego niezła beka. :)) Wieczorkiem przysiądę i potłumaczę.

  12. No, udało mi się znaleźć chwile I przetłumaczyć. W sumie jak to teraz czytam to nie jest to nic odkrywczego, prosta opowiastka jak z lokalnej gazetki, ale mnie samego chyba taki prosty („z życia wzięty”) i czytelny przekaz najbardziej przekonuje, no a poza tym zapada w pamięci.

    “To zabawne, jak sprawy, które myślisz, ze pomogą ci poczuć się szczęśliwszym, nie działają – lub przynajmniej nie działają w sposób, który byśmy po nich oczekiwali. Szczęśliwość to dziwna i ulotna bestyjka – w gruncie rzeczy, jest trochę jak mój kot – chodź za nim, a będzie cie olewał, zignoruj go i zajmuj się swoimi sprawami, a za chwile zacznie się do ciebie skradać i pakować ci się na nogi.

    Wcześnie tego lata przeprowadziłam się do Devon (południowa Walia – przyp. tłumacza ;). To było dla mnie odwieczne marzenie. W dzieciństwie spędzałam tam wszystkie wakacje, moi dziadkowie tam żyli, moi rodzice tam niedawno umarli i moje rodzeństwo także tam obecnie mieszka. Znaleźliśmy cudny dom z przestrzenią na ogród, drewnem do kominka i rwąca przez wrzosowiska rzeka. Przeprowadzka poszła dobrze i poradziliśmy sobie z rozpakowywaniem.

    A jednak byłam nerwowa. Dokuczały mi zmiany nastroju, co dla mnie niepodobne. Budziłam się rano nieswoja, zamiast radosna i wdzięczna. Postanowiłam przyjrzeć się temu co ze mną się dzieje. Dlaczego nie jestem doniośle szczęśliwa, teraz gdy jestem tutaj, gdzie zawsze chciałam być? Cos musi być nie tak!

    Zabrało mi chwile aby rozgryźć coś tak prostego, ze czuje się teraz wręcz głupio. Tak jest, te szczęśliwe wydarzenia tez bywają stresujące. Pomyśl o wakacjach, o świętach. Sa one na górze listy najbardziej stresujących wydarzeń, razem z choroba, rozwodem – i przeprowadzka. Nie było wcale niespodzianka, ze było mi tak ciężko. Rzeczywistym problemem, jak sobie uświadomiłam, było to, ze wszystko pogarszałam sama przez ciągłe krytykowanie siebie, za to, ze nie czuje się szczęśliwa. Ale głupie!

    Tak oto doszłam ostatecznie do postawy pełnej akceptacji tego jak się czuje – bez odrzucania “złych uczuć” i “polowania” za “dobrymi”. Wtedy właśnie, ta ulotna kocia szczęśliwość zaczęła skradać mi się na kolana. Wiem, ze nie zostanie tam na zawsze, ale wiem tez ze przyjdzie znowu.
    (…)
    Nasze społeczeństwo wydaje się być tak zafiksowane w tematyce szczęścia, ze nie jestem pewna czy to nam przynosi wiele dobrego. Nie twierdze, ze coś nie tak z byciem szczęśliwym – jestem od tego daleka – po prostu twierdze, ze sami komplikujemy wszystko i wywieramy presje przez to, ze za bardzo tego chcemy. Ostatnie badania sugerują, ze Brytyjczycy są mniej szczęśliwi niż pół wieku temu, pomimo bycia trzykrotnie bogatszymi i żyjącymi znacznie dłużej.

    To znana prawda, ze szukanie bogactwa nie przynosi szczęścia, ale zdaje się, ze szukanie szczęścia nie przynosi szczęścia również. Wszystkie te dyskusje na temat szczęścia i jego doświadczania, sugerują ze tak ma być, ze mamy być bez przerwy szczęśliwi, lub – co gorsza – ze coś z nami nie tak jeśli nie czujemy się wciąż szczęśliwi. A jednak nikt nie jest przez cały czas szczęśliwy. Ludzka kondycja jest ciągłą zmiana i rozwojem, z naturalnymi “wzlotami i upadkami”.

    Jedno z moich dziecięcych nielubianych przyśpiewek było: “jeśli jesteś szczęśliwa, i to wiesz, klaszcz rączkami! jeśli jesteś szczęśliwa, i to wiesz, klaszcz rączkami!” Czy zabijam radość, jeśli nie lubię tej przyśpiewki? Wydaje mi się, ze od wczesnego wieku uczy to dzieci, ze jest coś z nimi nie tak, ze są outsider’ami, czy w jakimś sensie nie odpowiednie, jeśli nie są szczęśliwe. Ale to przecież nieprawda. Nikt nie jest ciągle szczęśliwy, nawet jeśli na zewnątrz wszystko się układa – nawet jeśli, tak jak ja, właśnie przeprowadziłaś się do Devon, mieszkasz w miejscu, które kochasz, masz prace, która się cieszysz i rodzinę blisko ciebie.

    No wiec, co z tym “jeśli jesteś szczęśliwa, i to wiesz, klaszcz raczkami!” lub “jeśli jesteś przygnębiony, i to wiesz, to tupnij noga”. Nie, nie wydaje mi się abym podchwyciła ta melodie. Ale chce mi się śmiać jak to śpiewam i to mnie cieszy. I to byłoby bardziej realistyczne. Zapewne akceptując to, ze nie możemy być ciągle szczęśliwi i akceptując nasze “dołki” paradoksalnie uczyni nas szczęśliwszymi.”

  13. Dziękuję:)
    Potwierdza się, że szczęśliwym się bywa, że szczęście jest stanem ulotnym i chwilowym. No i może dobrze, bo od nadmiaru słodyczy można dostać mdłości;P

  14. http://www.jutrzenka.cba.pl/warto_przeczytac_5.html
    -tak jak nie istnieje jedna definicja “szczęścia” , tak też nie istnieje jednoznaczna definicja ” właściwego postępowania ” – jest to bardzo subiektywne. Polecam stronkę powyżej ,mniej – więcej to miałem na myśli,a każdy sam musi zdecydować co dla niego jest ” kamieniem ” a co “piaskiem”

  15. Wojtek, nie twierdze, ze w tym podejściu do szczęścia nie ma “nic na rzeczy”, natomiast myślę, ze w wielu z nas tkwią rożne społeczne uwarunkowania, które wpływają na nasze postrzeganie i mogą splatać nam figla (sam to wiem doskonale po sobie). Dokładnie, trzeba to po prostu brać na pewien dystans.

    Artykuł Blackmore pomógł mi dostrzec jak wiele we mnie samym jest pod tym względem pomieszania. Co nie znaczy, ze nie wole czuć się lepiej niż gorzej. ;)) Myślę natomiast, ze takim dobrym punktem wyjścia jest nie komplikować sobie życia bardziej niż to konieczne. 😉

    Co do samej definicji szczęścia, mam na myśli szczęście pojmowane jak bliższe stanowi “zadowolenia”, o którym pisze sowa (i o którym zdaje się pisała właśnie Sue Blackmore), niż szczęście w rozumieniu ekstatycznym, duchowym.

  16. No, no, widzę, że dyskusja rozgorzała, to dobrze 🙂
    Bartek, to co pisze Sue Blackmore wpisuje się w to, co chciałam przekazać w moim tekście – że szukanie szczęścia raczej go nie przynosi. Bardzo obrazowo to przedstawiła. A co do tego, że szczęśliwym się nie jest, a sie bywa… Prof. Czapiński stworzył tzw. cebulową teorię szczęścia. Tłumaczy ona m.in takie zjawisko, że jak się zapytamy ludzi o dany moment w ich życiu i czy są szczęśliwi, to odpowiedzi są bardzo różne, w zależności od okoliczności. Ale gdy pytamy o ich życie jako całość, to większość ludzi twierdzi, że jest szczęśliwa. Czapiński mówi, że mamy taki swój wewnętrzny rdzeń, wolę życia, która powoduje, że nawet gdy w życiu nie dzieje się dobrze, i tak wracamy potem do jakiejś równowagi i zadowolenia. Poza tym są też rożne rodzaje szczęścia, takie związane z odczuwaniem przyjemności po prostu (dobre jedzenie, towarzystwo, zabawa, seks, itd), ale jest też takie, które odnosi się do naszych wartości i idei. Np. praca może przynosić szczęście, choć na co dzień bywa różnie (wyzwania, trudności, itd). Tworzenie czegoś może dawać szczęście, choć sam akt może nie być tylko przyjemnością.
    A ja odkryłam, że na drodze do mojego szczęścia (każdy rozumie je po swojemu, każdy też wie kiedy czuje się szczęśliwy) jest niezgoda na to, że rzeczy są takie, jakie są.

  17. Tak Asiu, oba teksty nie przypadkowo mają podobne przesłanie. 🙂

    Myślę, ze w kryzysowych momentach, taką naturalną alternatywą wobec podejścia “coś jest nie tak, trzeba coś w sobie zmienić” jest bardziej miękka postawa: “to dla mnie trudny czas, jest we mnie jakaś cześć, która wymaga mojej uwagi lub troski”.

  18. Kiedyś czytałam o pewnych badaniach, z których wynikało, że im ludzie są starsi, tym bardziej czują się szczęśliwi i zadowoleni z życia. Pomimo marszczącej się skóry i częściej pojawiających się chorób, ludzie starsi czują się szczęśliwsi od dwudziestolatków. Na pierwszy rzut oka to trochę zaskakujące, bo przecież zewsząd dochodzi do nas przekaz, że lepiej być młodym, gładkim i pięknym niż starym, pomarszczonym i brzydkim. A jednak starsi ludzie mają to, co najbardziej pomaga czuć się szczęśliwym: wynikający z doświadczenia dystans do świata, ludzi i siebie samych. W konsekwencji mniej w nich wygórowanych oczekiwań, które łatwo zawieść. Mniej kategorycznych sądów, których krytyka potrafi tak boleśnie dotknąć i rodzi poczucie nieufności i wrogości do inaczej myślących. Mniej niecierpliwości wywołującej frustrację. I tak dalej.

    Nie jestem jeszcze szczególnie dojrzałą osobą, ale w ciągu ostatnich dwudziestu lat, kiedy to z młodej kobiety stałam się panią w średnim wieku, udało mi się nabrać już sporo tego zdrowego dystansu. Dziś czuję się dużo lepiej niż wówczas, czuję się dużo szczęśliwsza. Muszę też przyznać, że sama doszłam do podobnych wniosków, co profesor Kołakowski i fakt ten sprawia mi w tym momencie ogromną satysfakcję:).

  19. Ren-ya – tak sobie myślę… jest nadzieja, będzie lepiej 🙂
    A bardziej serio – myślę, że dystans jest przywilejem dojrzałości, ale też może można się przyjrzeć sobie pod tym kątem mimo wieku…

  20. Z tym dystansem macie zapewne sporo racji. Młodość to czas hormonalnych burzy, dojrzałość – stabilizacji. Z drugiej strony zastanawia mnie codzienny widok tylu starszych ludzi, którzy zmęczenie i sfrustrowanie życiem mają dosłownie wypisane na twarzy. Gdzie ci wszyscy pogodni starcy pełni mądrości, którzy są skarbem każdej społeczności, i w których wsłuchują się młodzi? Mam wrażenie, ze coraz mniej jest takich starych mądrych ludzi, w każdym razie coraz mniej ich widać.

    Przybywa za to niestety zblazowanej młodzieży, z takim z jednej strony nihilistycznym, a z drugiej hedonistycznym podejściem do życia, którzy myślę, ze bardzo by chcieli w coś wierzyć i robić coś ze swoim życiem fajnego, ale sami nie wiedza co takiego i po co. Żyjemy w czasach bankructwa wartości i ludzie zwyczajnie nie potrafią się odnaleźć w tym pędzącym coraz szybciej nie wiadomo dokąd świecie. Każdy głosi to co mu wygodne. Bo przepraszam, ale nie wierze, ze kiedyś tylu młodych ludzi cierpiało na depresje, załamania – owszem życie było cięższe, ale mam wrażenie, ze ludzie byli psychicznie silniejsi, mieli poczucie wewnętrznej spójności, celu, wizji. I dotyczy to chyba tak starszych, jak i młodszych.

  21. Bartek, przede wszystkim to może dlatego, że my na ulicach rzadko się do siebie uśmiechamy. I dotyczy to i młodych i starych. Wszyscy zmierzają w swoją stronę skupieni na własnych sprawach. Ale w domu, wśród rodziny i znajomych jest już inaczej:)

    Co do upadku wartości, to jest to taki, stale powtarzający się na przestrzeni pokoleń, refren. Czasy się zmieniają, a w pewnym sensie zawsze pozostają takie same. Formy wyrazu własnej indywidualności są inne, bunt jest inny, ale nasze potrzeby i pragnienia (a więc i wartości) wciąż pozostają takie same. Wciąż chcemy po prostu kochać oraz by ktoś nas kochał i akceptował, wciąż mamy marzenia do spełnienia. Różnica jest tylko taka, że mamy coraz więcej wolności. Nie krępują nas i nie uwierają tak bardzo, jak w latach poprzednich normy i tradycje, coraz mniej należymy do rodziny, w której się wychowaliśmy, a coraz bardziej do siebie samych. I ma to oczywiście (jak wszystko inne zresztą) swoje dobre i złe strony. Dobrze jest być wolnym, samodzielnym i niezależnym, ale też ileż łatwiej jest żyć, gdy wszystko jest uregulowane i z góry ustalone? Depresje i załamania zdarzały się zawsze i w każdej epoce ludziom, którzy dusili się w sztywnych ramach społecznych norm, bo w tych normach się nie mieścili, albo nie potrafili im sprostać. Teraz zaś “nieznośny dar wolności” dokucza nam, gdy nie radzimy sobie z konsekwencjami naszych własnych wyborów, gdy nie potrafimy sami podejmować decyzji, gdy sami nie wiemy, co dla nas dobre.

    Osobiście jednak uważam, że najlepsza jest najtrudniejsza wolność, niż najwygodniejsze zniewolenie.

  22. Ja bym z tym dystansem nabieranym z wiekiem trochę polemizowała. Dystans do życia i siebie to wg mnie coś bardziej wypracowanego niż coś, co samo z wiekiem przychodzi. Broda wszak mędrcem nie czyni… Można przeżyć całe życie i nic nie wyciągnąć ze swoich doświadczeń, a same doświadczenia – bez refleksji i wniosków – niewiele zmieniają w naszym życiu. Ja tak sobie nawet myślę, że o ile trudno może być mędrcem w wieku 30 lat, o tyle można spokojnie być głupcem w wieku 70 czy 80 lat, cokolwiek to znaczy i jakkolwiek to brzmi;)
    Zaczęłam pisać odnośnie tego o czym napisał Bartek, czyli wartości i świata w jakim żyjemy, a tu w międzyczasie moje myśli dokładnie tak jak chciałam zdążyła wyrazić Ren-ya:)
    Dodam tylko, że mamy wybór pomiędzy wolnością a bezpieczeństwem, obydwu tych rzeczy nie można mieć naraz! A tak byśmy chcieli i być wolnymi i żeby nam zapewniono poczucie bezpieczeństwa. Myślę, ze to może być duży konflikt wewnętrzny odpowiedzialny za stan naszej duszy, bo im więcej wolności, tym mniej poczucia bezpieczeństwa i jednocześnie więcej odpowiedzialności…
    A odnośnie świata pędzącego nie wiadomo dokąd, to sama tak myślałam do dzisiaj. A w tym momencie przyszło mi do głowy, czy KIEDYKOLWIEK świat szedł w jakimś kierunku…? Dobrym, słusznym, sensownym czy jakimkolwiek… Świat jest jaki jest, po prostu. Za chwilę będzie inny, potem znów jeszcze inny i tak jest od początku jego istnienia. A to my nadajemy mu etykietki, że jest zły czy dobry czy przyjazny czy wrogi.

  23. Pytanie zatem brzmi, czym w ogóle jest wolność? I czy to nie jest trochę taki ideał wzięty z choinki? Czy można żyć na tym świecie, nie będąc odludkiem, zdziwaczałym joginem czy innym eremita i rzeczywiście być w duchu wolnym? A może coś takiego jak wolność, wolna wola, to tak naprawdę mrzonki? To może dlatego w całej tej wschodniej duchowości tak silnie akcentuje się odrzucenie świata, pragnień itp?

  24. Oczywiście, że wolność istnieje, przynajmniej taka, jak ja ją rozumiem.
    Poczucie wolności wiążę bardziej z wolnością wyboru, niż z wolnością od zobowiązań i posiadania. Choć jedno drugiego nie wyklucza.

  25. Chyba jest coś w tym, że wolność będzie sumą wolności “do” i wolności “od”…

  26. Człowiek dąży do tego aby być szczęśliwym – to subiektywna potrzeba “dążenia do” ( czyli osiągnięcie tych pozytywnych emocji) tak aby na końcu “drogi” każdy z nas mógł popatrzeć wstecz i powiedzieć sobie – jestem szczęśliwy. Tak samo jest z wolnością – wszystkie te aspekty są bardzo osobiste – jeśli czujesz się wolny/szczęśliwy i potrafisz wytłumaczyć sobie swój stan to znaczy że jesteś na drodze udanego życia.
    Odnosząc się do tematu – osobiście śmieszy mnie widok książek zatytułowanych : “jak osiągnęłam-osiągnąłem szczęście/wolność” – jest to moim zdaniem bezwartościowa rzecz dla człowieka która szuka tego szczęścia u siebie. Jest to czyjś sukces a nie mój – ja sam chce zrozumieć i dojść do tego aby być szczęśliwym. Prosta czynność która pomaga – sporządzam listę tego co chce osiągnąć, układam wartość tych czynności i sposobem “schodków” dochodzę do tego najwyższego zwanego szczęściem/sukcesem/wolnością.

  27. Wiecie, przypomniała mi się taka jedna sentencja:

    “Kiedy jestem głodny, jem. Kiedy jestem zmęczony, kładę się spać”. Proste ale czy łatwe do wykonania. Lub może należałoby spytać: dlaczego tak trudno jest w ten sposób żyć? I czy to nie ma coś wspólnego z wolnością?

  28. Bartek, a kto poza Tobą samym nie pozwala Ci tak żyć? Z pewnością znajdzie się mnóstwo wymówek “bo się nie da”, “bo świat”, “bo przeszłość”, “bo wychowanie”, “bo kasa”, itd, itp. Ale może można sie pozbyć tego wszystkiego? Za trudne? Kolejna wymówka 🙂

  29. Masz racje Asia, trzeba najpierw umieć sobie samemu na to pozwolić. 🙂 Dziwnie jest w wieku 30 lat na nowo uczyć się chodzić, jeśli ciągało się przez ten cały czas kule u nogi. Puszczają rożne rzeczy w człowieku, nad którymi ma się niewiele kontroli.

    Ale pewnie jak, sama zauważyłaś, jest to możliwe. 🙂

  30. I jeszcze jedna rzecz. Być może to wszystko co mówisz da się, najpierw trzeba jednak dotknąć swojego bólu, ale tak naprawdę go dotknąć, a nie odprawiać nad nim czary mary. A my, ludzie, niestety mamy tendencje chować ten ból pod (nieraz bardzo ozdobnym) dywanikiem ze slow, teorii i innych bajek. Tak, ze z pozoru wszystko jest pięknie i cacy – ale do czasu. I warto o tym pamiętać, bo żadne mądrości nie zastąpią prawdziwego życia i osobistego doświadczenia.

  31. A według mnie,recepta na szczęście to powiedzenie sobie i innym:potrzebuję świętego spokoju,wtedy będę szczęśliwy….Życie w harmonii ze sobą i światem też jest szczęściem…,a może życie tak jakby ten dzień był dniem najważniejszym,najpełniejszym i jedynym jest szczęściem…
    Byłem ostatnio na pielgrzymce w Rzymie na którą długo i z przejęciem oczekiwałem.Całokształt wycieczki skłonił mnie do refleksji ,że była ona taka jak życie:trudna i ciężka czasem,czasem fascynująca i bogata w wartości duchowe,ale i tak jestem wdzięczny życiu lub losowi że się tam znalazłem.
    I jeszcze sentencja św.Augustyna:szczęśliwy jest człowiek,który posiada to,czego chce,a nie chce nic złego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Podobne wpisy

Powrót po przerwie w pisaniu

Sprawdziłam niedawno kiedy na stronie pojawił się ostatni wpis: w czerwcu 2017. W ostatnich paru latach artykuły publikowałam bardzo nieregularnie, ale aż…
Total
0
Share