ego

Łechtanie ego

Pod przedostatnim artykułem pojawił się komentarz, którego autor poruszył temat „łechtania ego”. Zastanawiał się jak to jest, że tak bardzo lubimy, gdy inni nas podziwiają i czy można bez tego żyć.

Jasne, że fajnie jest, gdy inni wyrażają swoją aprobatę, podoba im się to, co robimy, chwalą nas, i tak dalej. Wydaje mi się, że naprawdę niewiele jest ludzi, którzy autentycznie i prawdziwie mają „gdzieś” opinie innych. To piękny ideał, zalecany przez różnej maści poradniki, ale powiedzmy sobie szczerze – rzadko udaje się go osiągnąć. Opinia innych osób jest dla nas ważna, choćby dlatego wychowaliśmy się i żyjemy w strukturze społecznej, gdzie zależności między ludźmi są istotne. Generalnie zawsze lepiej było, gdy to, co robiliśmy w domu czy w szkole spotykało się z aprobatą niż z dezaprobatą innych – tych Większych, ważnych, decydujących o różnych sprawach. Oczywiście, niektórzy byli bardziej pokorni, inni mniej, jedni bardziej bali się konsekwencji, inni czerpali satysfakcję z przeciwstawiania się światu, a jeszcze inni mieli swój własny i reszta niezbyt ich obchodziła. Większość z nas nauczyła się jednak, że to, co sądzą inni jest ważne.

Gdy patrzę na to pytanie „procesowo”, przychodzą mi do głowy dwie postacie. Są one w konflikcie, a jednocześnie szukają jakiegoś dopełnienia i wyraźnego wyrażenia się. Jedna z nich, to ta, która chce być w świetle reflektorów, chce się podobać. To Gwiazda. Jak zrobi zdjęcie, to umieszcza je szybciutko w sieci i rozsyła wiadomość po znajomych, komentuje na innych fotoblogach, głównie po to, by dostać informację zwrotną. Nie, ona nie szuka informacji zwrotnej, ona chce być pochwalona. Czeka na słodkie słowa pochwały i aprobaty. Gdy napisze artykuł, z niecierpliwością czeka na nowe komentarze, lekko denerwując się, że mogłyby być nieprzychylne. Negatywne komentarze nie rujnują jej jakoś szczególnie samopoczucia, ale chce być podziwiana i kochana przez resztę świata, bo to dodaje jej energii i motywacji do dalszego działania. Jaka jest jej historia? Dlaczego uznanie jest dla niej tak ważne? Może dojdziemy do tego za chwilę, ale na razie spróbujmy po prostu wczuć się w Gwiazdę, odsuwając Krytyków na chwilę na bok. Gwiazda kąpie się w słowach pochwały i uznania, lubi to, cieszy się tym, świat dzięki temu nabiera barw.

Druga postać, to taki… Niezależny, który staje w całkowitej opozycji do Gwiazdy.  Nie robi nic na pokaz i wyznaje zasadę „A co Cię obchodzi, co myślą inni?” (przy okazji to tytuł świetniej książki Richarda Feynmana). Z lekką pogardą patrzy na Gwiazdę, bo wie, że jego wartości nie tworzą opinie innych ludzi, a tak naprawdę to, co sam o sobie sądzi. Uważa, że zbytnie przejmowanie się aprobatą lub jej brakie ze strony otoczenia jest oddawaniem swojego samopoczucie w ręce czegoś zupełnie nieprzewidywalnego. Woli więc formułować własne zasady i ich się trzymać. Niezależny twierdzi, że naprawdę nie czuje potrzeby otrzymywania oklasków, bo on i tak będzie się zajmować tym, czym chce i będzie robić to, co on sam uważa za słuszne. Nie ma powodów, by mu nie wierzyć. Można jedynie się zastanowić, czy urodził się takim, czy też skutecznie odłączył się od „systemu” i zbudował samodzielnie swoją niezależność.

Czy jesteście w stanie powiedzieć, bliżej której postaci się czujecie? Która postawa jest Wam bliższa w codziennym życiu?

Zazwyczaj jest tak, że gdy faworyzujemy jedną z nich, druga chce się „dobić” innymi kanałami. Jeśli ktoś mówi dużo o tym, jak ważna jest niezależność, że należy w miarę możliwości oddzielać się od opinii innych i utrzymywać swoje ego w ryzach, to może się zdarzyć tak, że Gwiazda będzie mu, kolokwialnie mówiąc „wywalać”. Czyli na przykład będzie często występować publicznie lub będzie „po cichu” marzyć o popularności snując fantazje na temat wystąpień w pękające w szwach sali. Może też na przykład dość gwałtownie reagować na krytykę swojej osoby lub tego, co robi i toczyć zacięte dysputy z tymi, którzy mają inne zdanie.

Mam wrażenie, że nie jest łatwo objąć swoją Gwiazdę. Z jednej strony „gwiazdy” czy tzw. „celebryci” są, no właśnie, celebrowani, otaczani atencją i mimo, że często krytykowani, to społecznie są „kimś”. Z drugiej strony, wyobraźcie sobie, że ktoś otwarcie mówi o tym, że uwielbia, gdy tłumy go kochają i robi to, co robi tylko po to, by być wielbionym. Z dużym prawdopodobieństwem zostałby uznany za bufona, megalomana i narcyza. A jednak, może dopiero wtedy byłby spójny i nie musiał toczyć podwójnej gry – pokazywać „fuck you” opinii publicznej, pławiąc się jednocześnie w światłach reflektorów.

Gwiazdy show biznesu są tylko przerysowanym przykładem, bo przecież i w innych dziedzinach życia społecznego czy kulturalnego jest podobny konflikt. Z jednej strony podkreśla się, że ktoś jest „znany na całym świecie”, „doceniony przez europejskich/amerykańskich/światowych krytyków/znawców/koneserów/wybitnych przedstawicieli świata X”, otrzymał „prestiżowe nagrody”, a drugiej z dezaprobatą patrzy się na cokolwiek, co jest uznawane za zrobione „dla poklasku” czy „pod publiczkę”. Czyli Gwiazdą można zostać, ale najlepiej przy okazji i nie czerpiąc z tego szczególnej satysfakcji.

We mnie samej są takie dwie postacie. Jedna pisze artykuły, bo lubi, bo cieszy ją, jak może coś dać innym, a druga pisze je, bo lubi słyszeć, że daje coś innym, że pisze w taki to a taki sposób. Za tą drugą nie przepadam, bo jest troszkę próżna, czasem stara się zrobić coś, by wywrzeć na innych wrażenie i pokarmić się reakcją. Ta pierwsza, niezależna, z kolei ma dobre intencje, bo chce chronić przed zranieniem (jeśli mam świat gdzieś, to nie jest on w stanie mnie zranić), a jednocześnie odmawia Gwieździe jej potrzeby aprobaty. W związku z czym, Gwiazda bierze sobie tę aprobatę na różne pokrętne sposoby, wysyłając w świat niespójne sygnały, zamiast może… może wykorzystać to do czegoś? Może obie mogą się czegoś od siebie nauczyć? Na każdą jest gdzieś miejsce? Przychodzi mi do głowy taka fantazja, że Gwiazda uczy się od Niezależnego trochę tej jego niezależności i dzięki temu otwarcie i odważnie „pokazuje się”, ciesząc się pochwałami, ale nie bojąc się za bardzo opinii negatywnych. Niezależny może zaś zobaczyć, że pewien stopień zależności od ludzi wcale nie musi być zabójczo niebezpieczny, a realizowanie swoich potrzeb może być formą dobrego kontaktu z samym sobą, a nie narcyzmem.

Tak, lubię, jak się mnie chwali.

p.s. Wewnętrzny Krytyk zmusza mnie do napisania, że cenię sobie też sensowną i konstruktywną krytykę, która prowadzi do nauczenia się czegoś nowego, ale szczerze Wam powiem, że nie jest to najprzyjemniejsza część życia 🙂

p.s.2 Właśnie przyszło mi do głowy, że jednym z jungowskich archetypów jest Gwiazda, ale rozumiana bardziej jako świetliste ciało niebieskie. Gwiazda w tym rozumieniu jest tym, co w nas najlepsze i najwspanialsze, jest całkowitą realizacją, ale którą często jest projektowana na zewnątrz (Tak, jak trudno jest się skonfrontować z Cieniem, tak równie trudno jest zintegrować Gwiazdę) na inne osoby, tworząc w ten sposób mistrzów i idoli. Ciekawe.

Creative Commons License photo credit: Brainsonic