zobaczyć drugiego człowieka

Zobaczyć drugiego człowieka

Gdy dwie osoby spotykają się i zakochują w sobie nastaje piękny i szalony czas w ich życiu. Każdy, kto to przeżył, wie o czym mówię – zdecydowanie jest to coś, czego warto posmakować, bo wnosi wiele radości, inspiruje i dodaje skrzydeł. Jednak mimo wszystko, prawdziwa relacja dwojga ludzi zaczyna się w momencie, gdy największe zauroczenie przemija.

Zastanawiam się czy „prawdziwy/nieprawdziwy” to dobre określenie, bo przecież emocje i uniesienie z początkowego okresu są jak najbardziej prawdziwe. Nie chcę też wartościować żadnego aspektu relacji, bo każdy jest na swój sposób ważny. Mam raczej na myśli fakt, że gdy jesteśmy zakochani, to zazwyczaj obraz drugiej osoby jest mocno wybiórczy, czasem trochę zniekształcony i dość jednostronnie interpretowany.

Kogo widzę?

Zakochując się, zaczynamy projektować na obiekt naszego zauroczenia własne marzenia o idealnym partnerze. Każdy z nas niesie w sobie takie wyobrażenia, mniej lub bardziej uświadomione. Im mniej, tym większa wiara w realność „idealności” napotkanej osoby. To naturalne i dzięki temu możemy swobodnie bujać w obłokach, otwierać się przed drugą osobą, robić szalone rzeczy, poświęcając swój czas i energię – bo wierzymy, że to właśnie TEN/TA: absolutne spełnienie marzeń.

Oczywiście nasz idealny obraz niesie ze sobą cały zestaw oczekiwań. Jeśli jest idealny to… i tu pojawia się cała lista niewypowiedzianych założeń (płyną one często z tak głębokiego poziomu, że sami sobie z ich nie zdajemy sprawy) na temat sprawcy czy sprawczyni szaleńczego tempa bicia naszego serca. Zrozumie, pokocha, zaakceptuje, będzie zawsze ze mną, będzie dawać mi wolność, będzie wszystko rozumieć, zawsze mnie wesprze, będzie mnie inspirować, itd… Swoją drogą warto zrobić sobie „rachunek sumienia” i odkryć swoje nieuświadomione oczekiwania i wynikające z nich potrzeby – dlaczego, o tym za chwilę.

Zderzenie z rzeczywistością

W pewnym (często bardzo bolesnym) momencie faza zauroczenia przemija, emocje zaczynają się stabilizować i okazuje się, że ideał wcale ideałem nie jest. Spadają nam z nosa różowe okulary, które pozwoliły na zaangażowanie i wejście w relację, teraz zaczynamy kontaktować się z rzeczywistością. Do pewnego stopnia.

Mam wrażenie, że choć zakochanie blednie, to często przywiązujemy się do naszej projekcji i odmawiamy zobaczenia prawdy, która jest chropowata i ma poszarpane końce zamiast gładkich brzegów. Czym to się objawia? Na przykład przekonaniem, że jeśli tylko będziemy odpowiednio się zachowywać, to nasz partner zachowa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Możemy też mieć poczucie, że to wszystko kwestia czasu, a partner się kiedyś zmieni lub, co gorsza (częste podejście młodych żon) – „wychowam go sobie”.

Jak zaakceptować całość ciebie?

A przecież chcąc widzieć i doświadczać tylko i wyłącznie dobrych, miłych i gładkich cech, momentów, spotkań zamykamy się na całą różnorodność i wieloaspektowość bycia drugiego człowieka. Jak to powiedziała kiedyś moja przyjaciółka – czasem jestem kolczasta, a czasem aksamitna; i choć ja uwielbiam gładkość aksamitu, a kolców się zazwyczaj boję, to pełnia przejawia się dopiero w obecności obu aspektów.

Mimo świadomości powyższego, mam poczucie, że potrzeba nie lada odwagi, by zobaczyć drugiego człowieka takim, jaki jest i zaakceptować go.

Co to znaczy zaakceptować? Przez długi czas akceptacja wyrażała się dla mnie w stwierdzeniu „Taki jesteś i pasuje mi to”. Innymi słowy akceptację utożsamiałam z tym, że coś mi się podoba i traktuję to jako coś pozytywnego. Ewentualnie mogłam widzieć jakąś cechę jako niepożądaną, ale z wyrozumiałością ją przyjmowałam (jak blisko jest od takiej akceptacji do poczucia wyższości!) i nie odczuwałam większego dyskomfortu.

To dość wybiórcze i ostatnio zaczynam to zauważać, szczególnie pod wpływem zagłębiania się w filozofię terapii Gestalt (i różnych nocnych rozmów). Wg niej akceptacja to po pierwsze uznanie, że coś istnieje w takiej formie w jakiej rzeczywiście jest (i tu potrzeba wycofać swoje projekcje), a po drugie brak chęci zmieniania tego. Przy tym, dana rzecz wcale nie musi mi się podobać – mogę czuć sprzeciw, niezgodę, irytację do tego stopnia, że nie chcę z tym czymś obcować. Pozwolę sobie zacytować Jorge Bucay’a:

A „akceptować”? To uświadomić sobie, że jesteś tym, kim jesteś. Być może nie będę mógł Cię zrozumieć ani pojąć. Jeśli Cię jednak zaakceptuję, nie będę mógł za Ciebie ręczyć, nie będę po Twojej stronie, ale nie będę prosić, żebyś się zmieniła lub coś modyfikowała.
Wtedy zmienia się zakres znaczenia słowa „odrzucenie”.
Moje odrzucenie mogłby być pewną formą akceptacji Ciebie w tym sensie, że nie wymagałbym byś się zmieniła, była inna, zmieniła zachowanie po to, byś mogła przy mnie pozostać.

Nie akceptując tego, jaki jesteś oddzielam się od Ciebie. W tym sensie zarówno stawianie wymagań i oczekiwanie ich spełniania, jak i pozornie niewinne idealizowanie jest stawianiem bariery. Jak pisze dalej Bucay: „Gdybym Cię akceptował, nie musiałbym Cię idealizować„.

Kto ma zaspakajać moje potrzeby?

To paradoksalne, ale w tym kontekście, akceptację można wyrazić również swoim niezadowoleniem. Oczywiście wszystko zależy od tego, co się pod niezadowoleniem kryje. Są przynajmniej dwie możliwości.

1. Widzę co robisz, widzę jaki jesteś. Denerwuje mnie to, bo nie zaspakaja moich potrzeb, oczekuję czegoś innego. Zmień to, wtedy będę zadowolona.

2. Widzę co robisz, jaki jesteś. Denerwuje mnie to, bo nie zaspakaja moich potrzeb, oczekuję czegoś innego. Nie musisz jednak się zmieniać, bo nie jesteś od zaspakajania moich potrzeb.

Drugie podejście jest niezmiernie trudne do realizacji, bo wszyscy mamy jakieś potrzeby i chcemy by były zaspokojone – to najnormalniejsze ludzkie dążenie. Do tego w naszej kulturze silnie obecny jest model miłości romantycznej (i związków w ogóle), w którym dwie osoby spotykają się po to, by zaspokoić swoje potrzeby i uzupełnić jakieś braki (wystarczy obejrzeć kilka filmów o miłości lub posłuchać tekstów popularnych piosenek).

Jeśli jednak przychodzimy do drugiego człowieka z oczekiwaniem, że te nasze potrzeby będzie zaspakajać, zaczynamy go traktować przedmiotowo, jako obiekt, instrument, za pomocą którego wypełniamy własne puste miejsca. Niestety bardzo wiele związków polega właśnie na wzajemnym łataniu dziur i często nazywane jest to miłością.

Jakie stawiamy warunki?

Z drugiej strony, nie chodzi też to, że nie mamy nic na wzajem sobie dawać. Kwestią kluczową jest tutaj jednak stawianie warunków i oczekiwania, które nie są jasno wyrażane. Czym innym jest oczekiwanie, że zawsze i wszędzie będziesz sprawiać, że poczuję się bezpiecznie, a czym innym jest przyjść do Ciebie ze słowami „Boję się, chcę żebyś mnie potrzymał/a za rękę” ze świadomością, że masz całkowite prawo zarówno zgodzić się jak i odmówić.

W pierwszej sytuacji bardzo łatwo wpaść w pułapkę obwiniania, żalu czy złości z powodu niespełnionego oczekiwania, w drugiej pojawia się wolność i szacunek dla partnera. Prosząc (z czym bardzo wiele osób ma ogromny problem) zostawiam przestrzeń na Twoją ewentualną niezgodę, która oczywiście może mnie zaboleć (najczęściej wtedy, gdy nadal gdzieś krążą oczekiwania dotyczące tego jak „powinno być”), ale jest wyrazem tego kim i jak jesteś.

Inny przykład: jeśli porządek nie jest dla mnie bardzo istotny, nie oczekuj, że nagle zmienię się w kogoś, kto będzie o to dbać, bo Ciebie irytuje bałagan (i na przykład wciąż narzekasz lub robisz mi awantury). Jeśli jednak wiem, że lubisz jak jest posprzątane, to z radością i miłością mogę na przykład pozmywać naczynia, bo ja z kolei lubię jak czujesz się komfortowo. Potraktuj to jako prezent dla Ciebie (bo jest Ci przyjemnie) i dla mnie (bo jest mi przyjemnie, gdy widzę jak Tobie jest przyjemnie). Prezent, nie obowiązek.

Odłóż tę łyżeczkę na miejsce!

Jeśli mam świadomość tego, czego potrzebuję, by czuć się komfortowo, możemy o tym rozmawiać i ewentualnie coś negocjować. Jeśli irytuje mnie to w jaki sposób odkładasz łyżeczkę po zamieszaniu herbaty, to mamy kilka możliwych scenariuszy.

Mogę powiedzieć Ci o tym i zapytać czy możesz i chcesz to zmienić.
Możesz się zgodzić, ale możesz powiedzieć, że tego nie zrobisz, bo na przykład sposób w jaki odkładasz łyżeczkę jest wyrazem Twojego najgłębszego jestestwa albo najzwyczajniej w świecie nie chce Ci się nad tym pracować, bo masz ważniejsze rzeczy do zrobienia.

Mogę również przyjrzeć się swojej irytacji, wziąć za nią odpowiedzialność i nauczyć się reagować w inny sposób – ale też nie muszę tego robić (jeśli mam poczucie, że muszę to znaczy, że moją własną akceptacją jest coś nie tak).

Mogę podjąć decyzję o życiu ze swoją irytacją i Twoją łyżeczką tak długo, jak wywołany przez nie dyskomfort jest w granicach mojej akceptacji.
Mogę również stwierdzić, że nie chcę obcować z kimś kto w taki sposób odkłada łyżeczkę, bo to narusza moje najwyższe wartości, a ponieważ nie chcę byś się dla mnie zmieniał, lepiej będzie jak nasze drogi się rozejdą. Ja znajdę bardziej komfortową relację, a Ty kogoś kto zaakceptuje Cię razem z Twoją łyżeczką.

Po co się zmieniać?

Jestem jednocześnie głęboko przekonana, że będąc w bliskiej relacji (partnerskiej czy innego rodzaju) dostajemy mnóstwo okazji do tego, by się zmieniać. Pytanie jaki jest cel tej zmiany. Jeśli ma na celu tylko i wyłącznie zadowolenie partnera czy spowodowanie, by przy mnie pozostał, to jest to sprzedawanie się, nie rozwój. Jeśli jednak traktuję związek jako okazję do zmiany po to, by się rozwijać, móc pełniej doświadczać świata, żyć bardziej świadomie, to dlaczego nie? Jeśli do tego „skutkiem ubocznym” jest polepszenie funkcjonowania relacji to tym więcej powodów do radości. Jednak jeżeli okaże się w jakimś momencie, że owszem, relacja dobrze funkcjonuje, ale ja czuję, że nie jestem autentycznie sobą, że gram jakąś role – to znaczy, że zmiany nie były naturalnym rozwojem, a jedynie oszustwem wynikającym z lęku przed rozpadem relacji.

Zobaczyć drugiego człowieka takim, jaki jest, to również być go ciekawym. Jeśli pragnę byś się zmienił, to znaczy, że nie interesuje mnie to jaki jesteś. Wolałabym byś był kimś innym. To co ja w ogóle z Tobą robię? Ach prawda, wypełniam ziejącą dziurę lęku przed samotnością…

Jeśli jednak otwieram się na Ciebie, to interesuje mnie zarówno to, co jasne, jak i to co ciemne. W momencie gdy patrzę na Ciebie jako całość i nie oczekuję niczego innego, określenie jasne, ciemne, dobre i złe tracą sens. To mogą być cechy czy zachowania które służą lub nie służą Tobie i innym, to mogą być rzeczy, które przeszkadzają Ci w realizowaniu siebie i swojego potencjału, i tak dalej. Ale może też się okazać, że Twoje słabości okazują się siłą, albo najzwyczajniej dodają Ci uroku… Otwiera się cały złożony świat drugiego człowieka, z jego uwarunkowaniami, powiązaniami, reakcjami, uczuciami, które po prostu są. Ty jesteś, a ja mogę z Tobą obcować.

Słynna „modlitwa” Fritza Perls’a (twórcy terapii Gestalt) brzmi następująco:

Ja robię swoje, a ty robisz swoje.
Nie jestem na tym świecie po to, by spełniać twoje oczekiwania.
A ty nie jesteś na tym świecie po to, by spełniać moje.
Ty jesteś tobą, a ja jestem sobą.
A jeśli przypadkiem się odnajdziemy, to wspaniale.
Jeśli nie, nic nie można na to poradzić.

Ostatnie zdanie budzi mój sprzeciw o tyle, że wierzę w to, że czasem dwie osoby nie mogą się spotkać z powodu przeszkód, które spokojnie można pokonać. Poza tym nie lubię sytuacji, w których „nie da się nic zrobić”… Jednak domyślam się, że Perlsowi chodziło bardziej o to, że jeśli nie pasujemy do siebie tacy, jacy jesteśmy, to nie ma co tracić swojej autentyczności w imię pozostawania razem.

Moja ostatnia refleksja następująca: co, gdyby hipotetycznego Ciebie z powyższych rozważań, zastąpić samym sobą? Czyż nie ciekawie i pięknie byłoby odnieść to do naszej wewnętrznej relacji i stosunku do siebie?