Gdy dwie osoby spotykają się i zakochują w sobie nastaje piękny i szalony czas w ich życiu. Każdy, kto to przeżył, wie o czym mówię – zdecydowanie jest to coś, czego warto posmakować, bo wnosi wiele radości, inspiruje i dodaje skrzydeł. Jednak mimo wszystko, prawdziwa relacja dwojga ludzi zaczyna się w momencie, gdy największe zauroczenie przemija.

Zastanawiam się czy “prawdziwy/nieprawdziwy” to dobre określenie, bo przecież emocje i uniesienie z początkowego okresu są jak najbardziej prawdziwe. Nie chcę też wartościować żadnego aspektu relacji, bo każdy jest na swój sposób ważny. Mam raczej na myśli fakt, że gdy jesteśmy zakochani, to zazwyczaj obraz drugiej osoby jest mocno wybiórczy, czasem trochę zniekształcony i dość jednostronnie interpretowany.

Kogo widzę?

Zakochując się, zaczynamy projektować na obiekt naszego zauroczenia własne marzenia o idealnym partnerze. Każdy z nas niesie w sobie takie wyobrażenia, mniej lub bardziej uświadomione. Im mniej, tym większa wiara w realność “idealności” napotkanej osoby. To naturalne i dzięki temu możemy swobodnie bujać w obłokach, otwierać się przed drugą osobą, robić szalone rzeczy, poświęcając swój czas i energię – bo wierzymy, że to właśnie TEN/TA: absolutne spełnienie marzeń.

Oczywiście nasz idealny obraz niesie ze sobą cały zestaw oczekiwań. Jeśli jest idealny to… i tu pojawia się cała lista niewypowiedzianych założeń (płyną one często z tak głębokiego poziomu, że sami sobie z ich nie zdajemy sprawy) na temat sprawcy czy sprawczyni szaleńczego tempa bicia naszego serca. Zrozumie, pokocha, zaakceptuje, będzie zawsze ze mną, będzie dawać mi wolność, będzie wszystko rozumieć, zawsze mnie wesprze, będzie mnie inspirować, itd… Swoją drogą warto zrobić sobie “rachunek sumienia” i odkryć swoje nieuświadomione oczekiwania i wynikające z nich potrzeby – dlaczego, o tym za chwilę.

Zderzenie z rzeczywistością

W pewnym (często bardzo bolesnym) momencie faza zauroczenia przemija, emocje zaczynają się stabilizować i okazuje się, że ideał wcale ideałem nie jest. Spadają nam z nosa różowe okulary, które pozwoliły na zaangażowanie i wejście w relację, teraz zaczynamy kontaktować się z rzeczywistością. Do pewnego stopnia.

Mam wrażenie, że choć zakochanie blednie, to często przywiązujemy się do naszej projekcji i odmawiamy zobaczenia prawdy, która jest chropowata i ma poszarpane końce zamiast gładkich brzegów. Czym to się objawia? Na przykład przekonaniem, że jeśli tylko będziemy odpowiednio się zachowywać, to nasz partner zachowa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Możemy też mieć poczucie, że to wszystko kwestia czasu, a partner się kiedyś zmieni lub, co gorsza (częste podejście młodych żon) – “wychowam go sobie”.

Jak zaakceptować całość ciebie?

A przecież chcąc widzieć i doświadczać tylko i wyłącznie dobrych, miłych i gładkich cech, momentów, spotkań zamykamy się na całą różnorodność i wieloaspektowość bycia drugiego człowieka. Jak to powiedziała kiedyś moja przyjaciółka – czasem jestem kolczasta, a czasem aksamitna; i choć ja uwielbiam gładkość aksamitu, a kolców się zazwyczaj boję, to pełnia przejawia się dopiero w obecności obu aspektów.

Mimo świadomości powyższego, mam poczucie, że potrzeba nie lada odwagi, by zobaczyć drugiego człowieka takim, jaki jest i zaakceptować go.

Co to znaczy zaakceptować? Przez długi czas akceptacja wyrażała się dla mnie w stwierdzeniu “Taki jesteś i pasuje mi to”. Innymi słowy akceptację utożsamiałam z tym, że coś mi się podoba i traktuję to jako coś pozytywnego. Ewentualnie mogłam widzieć jakąś cechę jako niepożądaną, ale z wyrozumiałością ją przyjmowałam (jak blisko jest od takiej akceptacji do poczucia wyższości!) i nie odczuwałam większego dyskomfortu.

To dość wybiórcze i ostatnio zaczynam to zauważać, szczególnie pod wpływem zagłębiania się w filozofię terapii Gestalt (i różnych nocnych rozmów). Wg niej akceptacja to po pierwsze uznanie, że coś istnieje w takiej formie w jakiej rzeczywiście jest (i tu potrzeba wycofać swoje projekcje), a po drugie brak chęci zmieniania tego. Przy tym, dana rzecz wcale nie musi mi się podobać – mogę czuć sprzeciw, niezgodę, irytację do tego stopnia, że nie chcę z tym czymś obcować. Pozwolę sobie zacytować Jorge Bucay’a:

A “akceptować”? To uświadomić sobie, że jesteś tym, kim jesteś. Być może nie będę mógł Cię zrozumieć ani pojąć. Jeśli Cię jednak zaakceptuję, nie będę mógł za Ciebie ręczyć, nie będę po Twojej stronie, ale nie będę prosić, żebyś się zmieniła lub coś modyfikowała.
Wtedy zmienia się zakres znaczenia słowa “odrzucenie”.
Moje odrzucenie mogłby być pewną formą akceptacji Ciebie w tym sensie, że nie wymagałbym byś się zmieniła, była inna, zmieniła zachowanie po to, byś mogła przy mnie pozostać.

Nie akceptując tego, jaki jesteś oddzielam się od Ciebie. W tym sensie zarówno stawianie wymagań i oczekiwanie ich spełniania, jak i pozornie niewinne idealizowanie jest stawianiem bariery. Jak pisze dalej Bucay: “Gdybym Cię akceptował, nie musiałbym Cię idealizować“.

Kto ma zaspakajać moje potrzeby?

To paradoksalne, ale w tym kontekście, akceptację można wyrazić również swoim niezadowoleniem. Oczywiście wszystko zależy od tego, co się pod niezadowoleniem kryje. Są przynajmniej dwie możliwości.

1. Widzę co robisz, widzę jaki jesteś. Denerwuje mnie to, bo nie zaspakaja moich potrzeb, oczekuję czegoś innego. Zmień to, wtedy będę zadowolona.

2. Widzę co robisz, jaki jesteś. Denerwuje mnie to, bo nie zaspakaja moich potrzeb, oczekuję czegoś innego. Nie musisz jednak się zmieniać, bo nie jesteś od zaspakajania moich potrzeb.

Drugie podejście jest niezmiernie trudne do realizacji, bo wszyscy mamy jakieś potrzeby i chcemy by były zaspokojone – to najnormalniejsze ludzkie dążenie. Do tego w naszej kulturze silnie obecny jest model miłości romantycznej (i związków w ogóle), w którym dwie osoby spotykają się po to, by zaspokoić swoje potrzeby i uzupełnić jakieś braki (wystarczy obejrzeć kilka filmów o miłości lub posłuchać tekstów popularnych piosenek).

Jeśli jednak przychodzimy do drugiego człowieka z oczekiwaniem, że te nasze potrzeby będzie zaspakajać, zaczynamy go traktować przedmiotowo, jako obiekt, instrument, za pomocą którego wypełniamy własne puste miejsca. Niestety bardzo wiele związków polega właśnie na wzajemnym łataniu dziur i często nazywane jest to miłością.

Jakie stawiamy warunki?

Z drugiej strony, nie chodzi też to, że nie mamy nic na wzajem sobie dawać. Kwestią kluczową jest tutaj jednak stawianie warunków i oczekiwania, które nie są jasno wyrażane. Czym innym jest oczekiwanie, że zawsze i wszędzie będziesz sprawiać, że poczuję się bezpiecznie, a czym innym jest przyjść do Ciebie ze słowami “Boję się, chcę żebyś mnie potrzymał/a za rękę” ze świadomością, że masz całkowite prawo zarówno zgodzić się jak i odmówić.

W pierwszej sytuacji bardzo łatwo wpaść w pułapkę obwiniania, żalu czy złości z powodu niespełnionego oczekiwania, w drugiej pojawia się wolność i szacunek dla partnera. Prosząc (z czym bardzo wiele osób ma ogromny problem) zostawiam przestrzeń na Twoją ewentualną niezgodę, która oczywiście może mnie zaboleć (najczęściej wtedy, gdy nadal gdzieś krążą oczekiwania dotyczące tego jak “powinno być”), ale jest wyrazem tego kim i jak jesteś.

Inny przykład: jeśli porządek nie jest dla mnie bardzo istotny, nie oczekuj, że nagle zmienię się w kogoś, kto będzie o to dbać, bo Ciebie irytuje bałagan (i na przykład wciąż narzekasz lub robisz mi awantury). Jeśli jednak wiem, że lubisz jak jest posprzątane, to z radością i miłością mogę na przykład pozmywać naczynia, bo ja z kolei lubię jak czujesz się komfortowo. Potraktuj to jako prezent dla Ciebie (bo jest Ci przyjemnie) i dla mnie (bo jest mi przyjemnie, gdy widzę jak Tobie jest przyjemnie). Prezent, nie obowiązek.

Odłóż tę łyżeczkę na miejsce!

Jeśli mam świadomość tego, czego potrzebuję, by czuć się komfortowo, możemy o tym rozmawiać i ewentualnie coś negocjować. Jeśli irytuje mnie to w jaki sposób odkładasz łyżeczkę po zamieszaniu herbaty, to mamy kilka możliwych scenariuszy.

Mogę powiedzieć Ci o tym i zapytać czy możesz i chcesz to zmienić.
Możesz się zgodzić, ale możesz powiedzieć, że tego nie zrobisz, bo na przykład sposób w jaki odkładasz łyżeczkę jest wyrazem Twojego najgłębszego jestestwa albo najzwyczajniej w świecie nie chce Ci się nad tym pracować, bo masz ważniejsze rzeczy do zrobienia.

Mogę również przyjrzeć się swojej irytacji, wziąć za nią odpowiedzialność i nauczyć się reagować w inny sposób – ale też nie muszę tego robić (jeśli mam poczucie, że muszę to znaczy, że moją własną akceptacją jest coś nie tak).

Mogę podjąć decyzję o życiu ze swoją irytacją i Twoją łyżeczką tak długo, jak wywołany przez nie dyskomfort jest w granicach mojej akceptacji.
Mogę również stwierdzić, że nie chcę obcować z kimś kto w taki sposób odkłada łyżeczkę, bo to narusza moje najwyższe wartości, a ponieważ nie chcę byś się dla mnie zmieniał, lepiej będzie jak nasze drogi się rozejdą. Ja znajdę bardziej komfortową relację, a Ty kogoś kto zaakceptuje Cię razem z Twoją łyżeczką.

Po co się zmieniać?

Jestem jednocześnie głęboko przekonana, że będąc w bliskiej relacji (partnerskiej czy innego rodzaju) dostajemy mnóstwo okazji do tego, by się zmieniać. Pytanie jaki jest cel tej zmiany. Jeśli ma na celu tylko i wyłącznie zadowolenie partnera czy spowodowanie, by przy mnie pozostał, to jest to sprzedawanie się, nie rozwój. Jeśli jednak traktuję związek jako okazję do zmiany po to, by się rozwijać, móc pełniej doświadczać świata, żyć bardziej świadomie, to dlaczego nie? Jeśli do tego “skutkiem ubocznym” jest polepszenie funkcjonowania relacji to tym więcej powodów do radości. Jednak jeżeli okaże się w jakimś momencie, że owszem, relacja dobrze funkcjonuje, ale ja czuję, że nie jestem autentycznie sobą, że gram jakąś role – to znaczy, że zmiany nie były naturalnym rozwojem, a jedynie oszustwem wynikającym z lęku przed rozpadem relacji.

Zobaczyć drugiego człowieka takim, jaki jest, to również być go ciekawym. Jeśli pragnę byś się zmienił, to znaczy, że nie interesuje mnie to jaki jesteś. Wolałabym byś był kimś innym. To co ja w ogóle z Tobą robię? Ach prawda, wypełniam ziejącą dziurę lęku przed samotnością…

Jeśli jednak otwieram się na Ciebie, to interesuje mnie zarówno to, co jasne, jak i to co ciemne. W momencie gdy patrzę na Ciebie jako całość i nie oczekuję niczego innego, określenie jasne, ciemne, dobre i złe tracą sens. To mogą być cechy czy zachowania które służą lub nie służą Tobie i innym, to mogą być rzeczy, które przeszkadzają Ci w realizowaniu siebie i swojego potencjału, i tak dalej. Ale może też się okazać, że Twoje słabości okazują się siłą, albo najzwyczajniej dodają Ci uroku… Otwiera się cały złożony świat drugiego człowieka, z jego uwarunkowaniami, powiązaniami, reakcjami, uczuciami, które po prostu są. Ty jesteś, a ja mogę z Tobą obcować.

Słynna “modlitwa” Fritza Perls’a (twórcy terapii Gestalt) brzmi następująco:

Ja robię swoje, a ty robisz swoje.
Nie jestem na tym świecie po to, by spełniać twoje oczekiwania.
A ty nie jesteś na tym świecie po to, by spełniać moje.
Ty jesteś tobą, a ja jestem sobą.
A jeśli przypadkiem się odnajdziemy, to wspaniale.
Jeśli nie, nic nie można na to poradzić.

Ostatnie zdanie budzi mój sprzeciw o tyle, że wierzę w to, że czasem dwie osoby nie mogą się spotkać z powodu przeszkód, które spokojnie można pokonać. Poza tym nie lubię sytuacji, w których “nie da się nic zrobić”… Jednak domyślam się, że Perlsowi chodziło bardziej o to, że jeśli nie pasujemy do siebie tacy, jacy jesteśmy, to nie ma co tracić swojej autentyczności w imię pozostawania razem.

Moja ostatnia refleksja następująca: co, gdyby hipotetycznego Ciebie z powyższych rozważań, zastąpić samym sobą? Czyż nie ciekawie i pięknie byłoby odnieść to do naszej wewnętrznej relacji i stosunku do siebie?

  1. Przypominam sobie, Asiu, naszą rozmowę sprzed chyba 2 lat o relacjach, egoizmie, zachowywaniu własnych granic… Wtedy mówiłam, że czegoś mi w tym brakuje jeszcze, że coś mi nie gra… Ten artykuł jest brakującym elementem 🙂

  2. Ten temat jest mi bliski. Od ponad 4 lat jestem w związku z drugim człowiekiem. W wielu sytuacjach któreś z nas musiało ustąpić czy poddać się zmianie. Jednak naszym odwiecznym problemem jest sprawa papierosów (proszę potraktować je symbolicznie, jak łyżeczkę z powyższego tekstu). On pali mimo iż mu to szkodzi, a mnie potwornie irytuje, ponieważ martwię się o jego poważne problemy zdrowotne, nie chcę by taki przykład dawał naszym dzieciom w przyszłości (jeszcze ich nie mamy). Nie robi tego codziennie, jednak jego postawa wywołuje we mnie silne negatywne emocje (czuje że się ze mną nie liczy, nie dba o siebie, etc.), on natomiast twierdzi, że palenie zapewnia mu poczucie wewnętrznej wolności, niezależności, nieskrępownania, które są dla niego wyższymi wartościami niż własne zdrowie, czy moje samopoczucie. Jak rozwiązać ten konflikt? Nie chcemy się rozstawać, ponieważ się kochamy i nie chcemy niszczyć związku, w który włożyliśmy tyle cierpliowści, czasu, uczuć, etc. Czy mogę wymagać by nie palił, podkreślając wyższość moich wartości i większą siłę argumentów? Nie potrafię tego zaakceptować, a jego stracić także nie chcę.

  3. Witajcie,

    Chciałam poruszyć temat zaspokajania potrzeb. Joasiu, piszesz w skrócie, że miłość jest akceptacją, nie służy do “łatania dziur” czyli naszych potrzeb. Myślę, że jest w tym wiele racji. Aczkolwiek, poszukujemy więzi uczuciowych, a w nich bezpieczeństwa, lojalności, bezinteresowności, przyjaźni etc. To jest podstawą dla mnie w każdej głębszej relacji. Jeśli po “odczarowaniu” pierwszego zauroczenia, okazuje się, że któraś ze stron (bo jeśli obie – to relacja od razu się rozpada) nie angażuje wymienionej energii, uważam, że z jej strony nie ma miłości. Oczywiście, każdy z nas ma prawo odmówić zaspokojenia potrzeby bliskości drugiej osoby. Ale jakoś sobie nie wyobrażam związku / miłości, kiedy pragnąc zaspokoić swoją potrzebę bezpieczeństwa czy czułości i prosząc partnera np. o przytulenie mnie – on odpowiada – “nie chce mi się”, i to jest ok.
    Przekonywanie siebie w takiej sytuacji, że należy to zaakceptować, bo to mój problem “niezałatanej dziury” dzisiejszego wieczoru, i mam sobie poradzić sama z emocjami – jest bez sensu. Oczywiście, że poradzę sobie z wszystkim sama, ale w takim razie po co mi związek/miłość.
    Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach zmienia się/ gubimy sens uczuć/miłości/związku. Mocno podkreślamy już na wstępie swoją niezależność, indywidualność, zaradność. Tak jakbyśmy chcieli powiedzieć – nie, jest ok, wcale nie potrzebuję nikogo, jest dobrze. Kiedy jednocześnie wszyscy wiemy, że żadna niezależność, zawodowy sukces czy oryginalne zainteresowania nie zastąpią tej “podanej dłoni”, bliskości, po prostu uczucia. Bo każdy z nas ma takie “dziury do załatania”…

  4. …witam…. , czy mógłbym prosić byś napisała artykuł
    na temat ,,męskość,,z punktu widzenia kobiet i powyższego artykułu?

    cytat z pewnego wiersza:

    …gdy umysłem uwznioślonym….
    …przemierzałem niezbrukaną świątynię przestrzeni…
    …wyciągnąłem dłoń…
    … i dotknąłem …
    …twarzy Boga

  5. @Magda: kurcze, mam wrażenie, że wtedy podchodziłam do sprawy dość….radykalnie 🙂 choć szczegółów nie pamiętam już…może to i dobrze 🙂

    @Oliwka: ciężko mi doradzać tylko na podstawie tak naszkicowanej sprawy, ale myślę sobie, że w obecnej chwili każde z was walczy o uznanie i szacunek dla swoich wartości. Jak dla mnie, pierwszym krokiem do porozumienia byłoby uznanie, że druga strona ma prawo czuć/myśleć tak jak czuje/myśli, nawet jeśli jest to sprzeczne z wartościami pierwszej strony. Uznać, że dla drugiej osoby co innego jest ważne i wcale nie musi to być skierowane przeciwko mnie. Dopiero z takiej pozycji można cokolwiek negocjować, bo nie trzeba już walczyć w obronie swoich wartości/swojej wartości.

    @Romana: Hm, mocno skróciłaś mój cały wywód, ale ja nigdzie nie definiowałam miłości (takie mam wrażenie). I pewnie nasze definicje (gdybym się w ogóle pokusiła o coś takiego, a mam dużo wątpliwości na ten temat) by się w jakiś stopniu różniły.
    Rozumiem jednak o czym mówisz i nawet pisząc ten tekst pojawiał mi się w głowie podobny głos.
    Oczywiście, że jest tak, że wchodzimy w związki właśnie po to, by zaspakajać nasze potrzeby. Tak się dzieje i już. Jednak jak widzę ile cierpienia może przynieść taki “układ”, albo jak wyczerpujące dla jednej ze stron może być “uwieszenie się” emocjonalne, albo jak odbierające wolność może być uzależnienie swojego poczucia bezpieczeństwa od drugiej osoby, to zastanawiam się jakie może być rozwiązanie. To, o czym napisałam, wydaje mi się jedną z możliwości.
    Nie chodzi mi wcale o to, że nie mamy sobie nic nawzajem dawać, i to też w tekście sygnalizowałam. Chodzi mi o to, że jeśli traktuje się partnera głównie jako źródło zaspakajania potrzeb, to dla mnie mało jest miejsca na faktyczne z nim obcowanie. O ileż lepiej jest gdy chcę z Tobą być, bo to niesie radość, inspirację czy możliwość tworzenia czegoś wspólnie, niż gdy nie mogę bez Ciebie żyć, bo jesteś jak tlen.
    W tym pierwszym wypadku nadal jest mnóstwo miejsca na wspieranie się, czułość, bliskość, wymianę.
    Piszesz: “Ale jakoś sobie nie wyobrażam związku / miłości, kiedy pragnąc zaspokoić swoją potrzebę bezpieczeństwa czy czułości i prosząc partnera np. o przytulenie mnie – on odpowiada – “nie chce mi się”, i to jest ok.” – ja też nie chciałabym być z kimś, kto mi odpowie “nie chce mi się”. TO nie jest dla mnie ok. Ok jest za to otwarcie się na fakt, że jemu/jej naprawdę może się nie chcieć, a ja mogę odpowiedzieć – jak Tobie się nie chce, to żegnaj. Nie zrobię tego jednak, gdy nie mogę bez Ciebie żyć…
    Zaczynam mieć wątpliwości czy jeszcze mówimy o tym samym 🙂
    A co do niezależności… ja częściej spotykam ludzi, którzy niezależnie od tego, co deklarują, oddają swoją moc i kierowanie swoimi emocjami w ręce drugiej osoby, bo rozpaczliwie nie chcą być sami… choć jasne, że są też tacy, którzy boją się bliskości w obawie o utratę swojej niezależności. Temat rzeka…

  6. Dziękuję Joasiu za wyjaśnienie, teraz lepiej rozumiem, co chciałaś powiedzieć. Pozdrawiam serdecznie!

  7. Joanno,
    Mogłabyś przybliżyć jakiś zarys osobowościowy osób, popadających w uzależnienie od partnerki/ partnera? Czy w ogóle można określić tą grupę? Wpływ pewnie mają wzorce przejęte z dzieciństwa..ale pewnie nie tylko. Także to, w jaki sposób wartościujemy siebie i swój świat..Jak mocno jesteśmy w nim zakorzenieni, również jak pewnie stąpamy po świecie. Jeśli czujemy się dobrze sami z sobą, tym większe szanse, iż spotkamy osobę, która jest do nas podobna..

  8. Mama taką wątpliwość, że nigdy chyba nie jest łatwo powiedzieć “dla mnie to nie jest OK, że mnie nie chcesz przytulić i dlatego żegnaj”… Rozumiem, że to było duże uproszczenie i rozumiem też, że fajnie nie uwieszać się na drugiej osobie, nie uzależniać itd… w teorii brzmi to pięknie, praktyka pokazuje coś innego. Nie znam ludzi, którzy potrafią odchodzić ze związku, dlatego, że nie podoba im się coś tam, bez cierpienia. Chyba, że są to ludzie, którzy wypierają uczucia, zwalają winę na drugą stronę lub czynią inne manewry właśnie po to, żeby nie cierpieć… Nie neguję tego co napisałaś, tylko zastanawiam się, czy to jest w ogóle realne. Bo po coś w te relacje wchodzimy i gdybyśmy bez żalu potrafili odejść, to być może nie potrzebne by nam były relacje?

  9. Ciekawy temat interesująco przedstawiony…
    Tak bywa na początku, szczególnie w okresie zauroczenia, wzajemnej fascynacji, a z czasem dość często dochodzi się do stanu zwanego “samotnością we dwoje” i zaczyna się faktyczny rozpad związku.
    Zwykle na wszystko patrzymy przez pryzmat własnych życiowych doświadczeń.
    Pozdrawiam.

  10. @Joanno: Twoje artykuły były elementem mojej pracy ze Sobą oraz jednym z obszarów odniesienia.
    Dziękuję za zainteresowanie.pozwoliłem sobie na prośbę o wypowiedź
    o ,, męskości,, w kontekście i dodałem cytat który jest wyrazem poszukiwań w trakcie których jestem. Cierpliwie będę czekał na artykuł. Swojego czasu zamierzałem nieco wypowiedzieć ze swych doświadczeń lecz nie była jeszcze to pora.Zdaje się że dotyczyło to stosowania wiedzy w osiąganiu przemiany.
    Pozdrawiam.

    Robert

  11. Joanno, proszę Cię o radę.

    Mam przyjaciela, kiedyś ze sobą byliśmy. Rozmawialiśmy ostatnio i zauważyłam, zresztą sam się przyznał, że jego życie nie ma sensu, że wszystkie cele, które sobie postawił nie wypaliły, że nie ma siły dalej próbować.

    Jak i co mu powiedzieć, żeby zrozumiał, że życie stoi przed nim otworem, że jeśli jedna rzecz nie wypaliła jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które może zrobić…

    Co mam mu powiedzieć, serce się kraje, ja go słucham 🙁

  12. Joanno, mam dopiero 19 lat i duszę podzieloną na dwie części: jedna to ta empatyczna, pełna miłości, poszukująca sprawiedliwości i dobra, druga zaś należy do poszukiwania nowych wrażeń i zabawy.
    Zaledwie 2 tygodnie minęły odkąd poznałam tego, który mnie pokochał naprawdę. W tym młodym związku nie brakuje niczego: jest intymność, namiętność, przyjaźń, zaangażowanie… Nie mogę się nadziwić, że od razu zrobiło się poważnie; on chce dla mnie zmienić swoje życie, chce zarobić na wspólne mieszkanie. Nie ma euforii, nie latam z motylkami, on mówi, że nigdy wcześniej nie czuł takiego wewnętrznego spokoju.
    Chociaż razem szalejemy np. jadąc byle jakim autobusem do samej pętli, to ja nie czuję takiego realnego ‘zakochania’, jakby hormony za nie odpowiedzialne uciekły.
    Tak, w moim związku jest niemalże wszystko i wszystko jest niezwykle dojrzałe, nie wiem tylko czy naprawdę ja w nim jestem. On nie zakłada, że się kiedyś rozejdziemy, ja owszem… Obawiam się, że moja natura jest skomplikowana, pewnie przez teatralne skoligowacenie, patrzę na wszystko zbyt egoistycznie. Dostałam coś, co się nie zdarza, chcę to przeżywać, cieszyć się, chcę dobra tej drugiej osoby, ale chcę czuć wolność i młodość. Kłuje mnie też z boku mój perfekcjonizm, który szykanuje każde uczucia…
    A z drugiej strony wartości moralne, które mówią, że sprawiedliwym jest go kochać i doceniać jego uczucie, akceptować, zrozumieć, że to jest dobre. Nie jest to dokońca na siłę, lecz z pewnością inaczej to sobie wyobrażałam…

  13. A moze by tak… wszystko zintegrowac? Ciezko posluzyc sie terminem akceptacja w sytuacji gdy maz niekoniecznie wedle zyczenia zony kiwa sie z kolezankami na boku, czasami ja uderzy albo wlozy pod kanape w przyplywie apodyktycznej wizji swego zycia. AKCEPTACJA I ZROZUMIENIE. Wlasciwie w tym przykladzie bedzie niezbedne, o ile nie przeksztalci sie w jakies patologiczne zachowanie. Zobaczenie rzeczy takimi jakie one sa naprawde z pewnoscia musi rozpoczac sie od akceptacji tego iz nasze pojecie o nich mogloby byc mylne. Co dalej nastepuje: jest juz akceptacja czyli zobaczenie stanu rzeczy i ewentualne zrozumienie, natomiast przechodzenie od tego punktu do porzadkow dziennych nazwalbym juz z lekka masochizmem badz niewolnictwem – do tego nie potrzeba nam nawet akceptacji, toz to zwykla iluzja. Ludziom np medytujacym gdy wyklada sie teorie akceptacji i zrozumienia nie mowi sie “daj sie zastrzelic”, ale ow czynnik, z pewnoscia dzialanie umyslowe, dajac im ten wglad w nature problemu pomaga im go lepiej rozwiazac. Akceptacja – to mysle w pewnym sensie usadowienie sie ponad problemem aby przyjrzec mu sie blizej. Jest takie stare powiedzenie: chcesz zobaczyc las, unies sie nad niego i zobaczenie tego lasu jest takim zrozumieniem, akceptacja nastepuje wczesniej i moglaby sie przejawiac jako uznanie iz cos tu jest nie tak, zatem wycofanie sie z pewnej gamy projekcji mentalnych w danym temacie. Ludzkosc lubi mylic tolerancje z przyzwoleniem na chodzenie po sobie i tu mysle tkwi spory blad, gdyz taka filozofia wprowadza pewna nierownowage we wzajemnych relacjach spolecznych. Akceptacja i zrozumienie drugiego absolutnie nie musi sie wiazac z potrzeba indywiduum bo ta moze byc diametralnie rozna od tego co owa osoba dostrzega w kims innym. Przeciez ma to sluzyc poczuciu swojej wolnosci wiec sytuacja moglaby wygladac tak, gdy widze i rozumiem mam niewatpliwie o wiele wiecej mozliwosci aby komus pomoc, a ignorowanie faktu iz ktos zyje w sposob patologiczny nie jest zadnym zrozumieniem tylko firanka na oknie. jesli nie chce sie temu pomoc. Pomoc jednakze nie powinna byc silowa zmiana czyichs przyzwyczajen, raczej proba osiagniecia pewnego wspolnego poziomu czyli tzw zintegrowaniem.

  14. Bardzo bardzo dziekuje za ten tekst! Nazywa zgrabnie wszystko to co teraz odczuwam, wszystko to, czego wlasnie sie nauczylam i ucze, wszystko to, czego doswiadczylam!

    Przez ostatnie lata dokladnie tak nieakceptowalam partnerow, ktorych wydawalo mi sie, ze akceptuje i kocham, z ktorymi oczywiscie chcialam byc do konca zycia i jeszcze dluzej, a to dlatego, ze … no wlasnie? Wlasnie okazalo sie, ze pogon za partnerem powodowala niska samoocene i brak akceptacji siebie samej, czyli mnie samotnej w danym momencie. To z kolei mialo silne korzenie w przekonaniu, ze mozna byc szczesliwym wylacznie z kims, ze jest sie wartosciowa w spoleczenstwie jedynie w zwiazku. Do tego dochodzilo przekonanie o tym “jak powinno byc”, “jaki on powinien byc” i juz wychodzila z tego niezla mieszanka.

    Tak, najpierw rozowe okulary, i projekcja wlasnych wierzen i marzen na temat zwiazku i przyszlosci zamiast realne widzenie partnera. Potem okulary spadaly z nosa ale marzenie, ze ten zwiazek musi juz byc, bylo tak silne, ze nie pozwalalo na trzezwa ocene siebie w tym wszystkim. A wiec tak, jak najbardziej uleganie, ustepowanie, bo wazne jest by byc razem, a co tam moje potrzeby! Moge JA sie zmienic, a z czasem on sie zmieni, najwazniejsze, ze chcemy byc razem :-))

    A jak sie rozpadalo to histerycznie obwinialam swiat oraz oczywiscie tych gruboskornych partnerow, a innych epitetow nie przytocze…:-))

    Az nagle zatrzymalam sie i powiedzialam sobie: hej, cos moze z Toba jest nie tak!

    I bardzo sie ciesze, ze doszlam do tego. Widze swiat inaczej. Czuje sie szczesliwa i wartosciowa. Pozbyc sie tych wszystkich wpajanych od dziecinstwa przekonan o tym jak powinno byc, co jest szczesciem a co nie. I poznac siebie, swoje potrzeby prawdziwe, nie oczekiwac od partnera tego co spolecznie oczekiwane, niczego nie oczekiwac.

    Za to od siebie oczekiwac nalezy zycia szczesliwego.

    I zycie robi sie co raz piekniejsze. I lekkie.

    pozdrawiam Pani Joanno! I dziekuje za ten tekst!

  15. @Axa: cieszy mnie bardzo każde takie odkrycie wewnętrze. Wiem sama, że wiedza to jeszcze nie wszystko, że trzeba sporo roboty, by to w życiu utrzymać, tym bardziej gratuluję i życzę powodzenia 🙂

  16. Podobno gdy cos sie nam rozpada, wracamy czesto do poprzedniej rzeczy/osoby sprzed rozpadu, wracamy do wczesniejszych rzeczy, ktore nam kojarza sie dobrze.

    Pisalam i czytalam tu rok temu. Nadal tak uwazam jak rok temu. Wdrozylam w zycie. Akceptuje. Choc zabolalo.

    Caly rok tryskalam szczesciem na lewo i prawo i bycie samej nie przeszkadzalo mi wcale w byciu szczesliwa. Emanowalam szczesciem, o czym czesto znajomi mi mowili. Zreszta, czulam jak oddycham calym zyciem.

    I poznalam jego wlasnie lecac na skrzydlach tego swojego szczescia. Wspaniale zespolenie dusz, umyslow, i przyciaganie fizyczne naturalnie tez. Wszystko trwalo krotko. zakonczone wspanialym zespoleniem cial. By dowiedziec sie potem, ze….nie bylo prawda, ze jest wolny jak ja i ze moze byc otwarty na zwiazek. Myslal, ze byl wolny, bo od kilku lat w separacji, ze juz nie ma powrotu. Chcial rozwodu. A jednak byl powrot, nie byl wolny. Odpowiada na zabiegi zony, ktora po kilku latach zostawia jej kochanek/przyjaciel, ktora chce wrocic i dac im ktoras tam kolejna, bo nie pierwsza) szanse swojemu malzenstwu, choc…nie czuc w nim wiary w powodzenie. Ale dzieci, choc prawie dorosle, rodzice, znajomi, no i “kiedys bylismy szczesliwi, wiemy jak zyc razem i mozemy stworzyc szczesliwa relacje”.

    I ja to zaakceptowalam. Calkowicie. Wzbudzilam tym jego podziw za madrosc i sile. Eeee, takie tam. Mnie to zabolalo. Pewnie, ze tak. Bo ja juz zdazylam czesciowo otworzyc swoje serce i dusze, siebie, na to, tak powiedzmy uchylilam te drzwi, rozszczelnilam mocno, do tych pokladow we mnie, ktore dotycza bycia z kims, bliskosci ducha i ciala i serc. Otworzylam te czesc siebie, ktora trwala zamknieta wczesniej.

    Zaakceptowalam jednak jego i jego zycie i jego obecny punkt w zyciu. Gdy mi powiedzial, ze nawet jesli sie rozwiedzie, to nie chce zwiazku, chce wolnosci, co moglam zrobic innego niz to zaakceptowac? Nie mam nawet zalu do niego. I nie gniewam sie na niego. za to inaczej juz go widze.

    Pomyslalam sobie, ze dwa, trzy, cztery lata temu nie umialabym zaakceptowac. Pewnie bym sie szarpala, pewnie bym walczyla moze nawet. zgodzilabym sie na bycie kochanka z doskoku czekajaca az jemu sie rozpadnie do konca to malzenstwo odbudowujace sie po latach rzekomej separacji.

    Teraz jestem inna. Napisala Pani pod moim postem, ze wiedza to jedno, ale trzeba utrzymac ja. Mysle, ze to zrobilam, ze ten romans wlasnie o tym swiadczy (nadal jednak szkoda mi, ze tylko romans, ale przeciez jestem czlowiekiem, mam prawo odczuwac ten przeciag w moim sercu po takich wspanialych uniesieniach, prawda?)

    Teraz tylko zostalo mi wlasnie polatac te dziury w sobie, bo troche sie pootwieralam na bliskosc, na zwiazek, i troche czuje sie niestabilnie sama z tym. Jestem szczesliwa, ze tak to sie zakonczylo jednak, jestem szczesliwa, ze potrafilam zaakceptowac fakty i jego takim jakim jest. W tym przypadku, nie dla kontynuowania relacji z nim, a dla rozstania. Bo to jedyna szczesliwa droga. Bo przeciez znam siebie i wiem czego potrzebuje.

    A na tej destabilizacji po-romansowej, przy tych przeciagach, ktore zostaly we mnie jeszcze, siadam sobie w sobotnie popoludnie jak teraz, i rozmyslam sobie na ile jestem w stanie zrobic cos by zapoznac kogos wolnego kto ma na celu rowniez poznanie kogos, a na ile sa to tzw przeznaczenia zapisane reka Boga, bogow, wszechswiata, czy w co kto tam wierzy? I takie tam, chodza mi po glowie rzeczy. 🙂 🙂 Bo jeszcze tak w pelni nie tryskam znow swoim szczesciem.

    Pozdrawiam serdecznie

    Axa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Podobne wpisy

Powrót po przerwie w pisaniu

Sprawdziłam niedawno kiedy na stronie pojawił się ostatni wpis: w czerwcu 2017. W ostatnich paru latach artykuły publikowałam bardzo nieregularnie, ale aż…
Total
4
Share