Kiedy jestem naprawdę sobą?

Next DimensionKtóregoś razu na zajęciach ze studentami pojawiło się pytanie „Kiedy jesteśmy naprawdę sobą?”. Minęło parę miesięcy zanim wróciłam do tego tematu, może dlatego, że wydaje mi się on trochę zwodniczy. Spróbujmy jednak.

Pierwsza trudność związana jest z tym, że tak naprawdę nie jesteśmy tak bardzo spójni i jednorodni psychicznie jak się nam wydaje. W psychologii funkcjonuje pojęcie subosobowości (czy też pod-osobowości), odnoszące się do różnych części naszej psychiki. Jak się okazuje nie jesteśmy jednym spójnym bytem psychologicznym, raczej „dajemy schronienie” różnym postaciom, które mają swoje przekonania, swój temperament, umiejętności i inne cechy charakterystyczne. Są względnie stałymi i autonomicznymi elementami psychiki, które funkcjonują jak osoba. Jedne z postaci sprzyjają nam, a my je lubimy i cenimy, inne zaś bywają trudnymi lokatorami, których najchętniej byśmy się pozbyli, jeszcze inne są gdzieś głęboko ukryte i rzadko mamy ich świadomość – co nie znaczy, że się nie ujawniają.

Subosobowości nie tylko wpływają na nasze myślenie i nastawienie, ale również (czy też w konsekwencji) na nasze zachowanie. I nie jest to nic zaskakującego, wystarczy, że zastanowimy się nad tym w jak różny sposób zachowujemy się w różnych sytuacjach czy w towarzystwie różnych ludzi. Jesteśmy inni w pracy, inni w domu, inni podczas rozmowy z sąsiadem, a inni podczas dobrej imprezy z przyjaciółmi. Jak się okazuje, nasze różne „Ja” są od siebie na tyle niezależne, że jesteśmy w stanie działać nawet w sprzeczny sposób i nie dostrzegać niespójności. Psychologowie w różny sposób opisują i wyjaśniają ten fenomen. Psychologia społeczna posługuje się pojęciem roli społecznej, jako odpowiedzi na zapotrzebowania kontekstu społecznego, w tradycji psychoterapeutycznej pojawiały się takie pojęcia jak „kompleksy”, „stany ego”, „stany tożsamości” czy „archetypy” psychologia procesu zaś używa koncepcji postaci ze snu.

Ktoś może być na co dzień bardzo konkretną i zdecydowaną osobą, która ma wszystko poukładane i nie pozwala sobie na chwile słabości. Jednak od czasu do czasu, w zaciszu swojego mieszkania, osoba ta włącza ukochaną operę i wzrusza się przy dźwiękach muzyki.

Ktoś inny jest na co dzień bardzo wrażliwą, wręcz sentymentalną osobą, pisze wiersze i snuje romantyczne wizje. Ale gdy spotyka swoją matkę, nagle staje się „zupełnie kimś innym”, ironicznie odpowiada na jej pytania, potrafi wbić przysłowiową szpilę, a nawet unieść w irytacji głos.

Która z tych postaci jest najprawdziwsza? Każda posiada swoją historię i uwarunkowania, każda ujawnia się w pewnych, nie zawsze możliwych do przewidzenia, ale powtarzalnych, okolicznościach. Każda z nich w końcu spełnia jakieś zadanie, jest do czegoś potrzebna, pomaga radzić sobie z pewnymi kwestiami.

Mamy taką zdroworozsądkową tendencję do określania prawdziwszymi te części naszej osobowości, które są bardziej ukryte, z którymi trudniej jest się ujawnić. Czy określenie „prawda” ma w tym kontekście jednak jakiś sens?

Możemy również stwierdzić, że tak naprawdę zarówno bywamy wszystkimi tymi postaciami jak i, że nie jesteśmy żadną z nich. W końcu są to pewne konstelacje myśli, uczuć i reakcji, a my nimi nie jesteśmy, jesteśmy jedynie ich nośnikami. Kim więc jesteśmy? Pojawia się grząski grunt pytań metafizycznych.

Z innej perspektywy, gdy zastanawiam się nad pytaniem kiedy jestem naprawdę sobą, przychodzi mi na myśl poczucie swobody i spontaniczności. Inni ludzie wpływają na nas swą obecnością, psychologia społeczna jest pełna badań tego dowodzących. Z jakiegoś powodu w towarzystwie jednych czujemy się swobodnie i „jesteśmy sobą” a przebywając z innymi czujemy się sztywni i skrępowani. Intuicyjnie wyczuwamy też kiedy ktoś zachowuje się „prawdziwie” a kiedy coś udaje – nawet jeśli jest to świetnie zagrane.
Z drugiej strony, nie powinno dziwić to, że zależy nam na opinii czy ocenie innych i pewne sprawy pragniemy ukryć czy przemilczeć. Czasem wolimy powiedzieć coś, co będzie zgodne z opinią większości czy naszego rozmówcy, by nie wdawać się w konflikt. Innym razem nawet najbliższej osobie czegoś nie powiemy, wstydząc się na przykład swoich pragnień przed samym sobą.

Czyżby było tak, że sobą bywamy dopiero w bezpiecznej przestrzeni naszej prywatności? W granicach naszych czterech ścian, niezależnie od metrażu, dopuszczając na to najbliższe terytorium jedynie (a to i tak nie zawsze) najbliższych. Czy dopiero wtedy możemy spokojnie odetchnąć i być tacy, jacy naprawdę jesteśmy? Czy może wtedy jedynie możemy sobie pozwolić na odpuszczenie przestrzegania pewnych norm społecznych i swobodniej dać się ponosić pewnym impulsom?

W jakimś sensie zwodnicze jest samo użycie słowa „jestem” (Robert Anton Wilson się kłania, zajrzyjcie do Jacentego). Jeśli czasem jestem miła, a czasem złośliwa, a innym razem współczująca, a jeszcze innym wściekła, to raczej taka bywam zależnie od okoliczności (wewnętrznych, zewnętrznych, międzyludzkich, a nie po prostu „jestem jakaś”. A może sobą bywam w każdym momencie, tylko przejawiam się za każdym razem w innej postaci? Czy też może „bycie sobą” jest jedynie filozoficznym konstruktem, którego nie możemy dotknąć ani bezpośrednio doświadczyć? Sporo tych „może”.

W sukurs może przyjść nam trochę bardziej mistyczne spojrzenie na całą sprawę. W kręgach tak zwanego rozwoju duchowego mówi się sporo o naszej „prawdziwej naturze”, którą odkrywamy na duchowej ścieżce. Nasze prawdziwe ja jest doskonałe, absolutnie dobre i emanujące czystą miłością. Nie doświadczamy go na co dzień, ponieważ nasza ludzka natura ma skłonność do zaciemniania tego jasnego obrazu. Miewamy więc raczej przebłyski niż stałe poczucie naszej prawdziwej istoty. Zdając sobie sprawę, że emocje i myśli to tylko coś, co przez nas przechodzi i nie jest nami, możemy do niej coraz skuteczniej docierać.

Psychologia procesu wspiera nas w pewien sposób w tych zmaganiach z tożsamością. Jak pisałam w ostatnim artykule, w nurcie tym uważa się, że nasz repertuar zachowań i odczuć jest praktycznie nieskończony, tyle tylko, że część z nich jest bliższa nam i naszej świadomości, a część jest dalsza. Nasza „praca rozwojowa” polega na włączaniu w obszar tożsamości jak największej ilości różnych „kawałków”. Im swobodniej i naturalniej czujemy się z różnymi zachowaniami, tym częściej czujemy się sobą i akceptujemy siebie w każdej postaci. Potrafimy też reagować w elastyczny sposób, w zależności od potrzeb własnych i danej sytuacji. Mam wrażenie, że poczucie nie bycia sobą, pojawia się wtedy, kiedy nawet chcielibyśmy (może nie zawsze świadomie) albo „dobrze byłoby” (niebezpieczne określenie, ale niech zostanie) zachować się inaczej niż do tej pory. Płynność jest zdecydowanie bardziej naturalna niż sztywność, to oczywiste. Podobnie nasza natura jest bardziej dynamiczna i płynna niż stała i niezmienna.

A może (i jest to ostatnie „może” w tym tekście) tytułowe pytanie jest zwodnicze, bo odpowiedź jest prosta i tkwi w każdym z nas, czekając tylko na odkrycie?

Creative Commons License photo credit: h.koppdelaney