równowaga między pracą a odpoczynkiem

Równowaga między pracą a odpoczynkiem

Nagły impuls skłonił mnie do napisania krótkiego tekstu. W końcu ile można odwlekać 🙂 Pracy nie ubyło, większość czasu spędzam na nauce do egzaminów i pracy nad różnymi projektami.  I między innymi ta sytuacja skłoniła mnie do przemyśleń na temat tego ile wymagamy od siebie samych i w ogóle, jak siebie traktujemy. Oczywiście różni ludzie mają różne sytuacje, ale mam wrażenie, że moje rozważania będą dotyczyły sporej części zachodniej populacji.

Dwa głosy wewnątrz

Wczoraj w trakcie procesowej pracy z moim terapeutą do głosu doszły dwie postaci we mnie. Jedna jest nastawiona zadaniowo, wymyśla nowe projekty, ma ciągłe poczucie, że robię niewystarczająco dużo (z troski o mnie, mój wizerunek, moje finanse, mój rozwój), stara się ze mnie wycisnąć maksymalnie dużo. Jak to po POPowemu mówimy, ta część należy do mojego procesu pierwotnego, czyli utożsamiam się z nią na co dzień. Bywa fajna, bo dzięki niej potrafię zrobić różne rzeczy, ale bywa też męcząca – dlaczego, powiem za moment. Druga postać to taka, która odpowiedzialna jest za mój odpoczynek. Jest takim strażnikiem zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego. Doskonale wie, jak ważny jest relaks i dbanie o swoje wewnętrzne zasoby. Dzięki niej nie dotknie mnie raczej karōshi – śmierć z przepracowania.

Obie te postaci są dla mnie i mojego funkcjonowania bardzo ważne. Okazało się jednak, że jest pewien problem. Postaci te są w konflikcie, nie ufają sobie, nie rozumieją racji drugiej strony. Pracuś nie chce dać przestrzeni Odpoczywaczowi, bojąc się, że ten zabierze cały czas dla siebie.

Z kolei Odpoczywacz, jak już dostanie moment dla siebie, to faktycznie wyszarpuje tyle czasu ile się da, nie wiedząc kiedy znów będzie mieć przestrzeń dla siebie. W związku z tym Pracuś stara się kontrolować Odpoczywacza, a Odpoczywacz podkopuje wysiłki Pracusia.

Efekty? Zdarza mi się, że w środku pracy dostaję napadu senności, gdy kładę się na 15 minut, wstaję po 2 godzinach, a ostatnio zdarzyło mi się przewrócić na drugi bok, gdy miałam wstać rano do pracy. To efekt sabotażowych działań Odpoczywacza. Z kolei, gdy już zdecyduję się odpocząć, spotkać ze znajomymi, pójść na spacer, zrelaksować się… tak, nietrudno się domyśleć, że mam wyrzuty sumienia i wciąż myślę ile ma jeszcze do zrobienia. To zdenerwowany Pracuś domaga się przestrzeni dla siebie, a ja nie mam wewnętrznego spokoju.

Prowadzenie wewnętrznych mediacji

Jak widać, mam porządny konflikt wewnętrzny 🙂 Na szczęście przeprowadziłam wewnętrzne mediacje, nawet okazała się potrzebna trzecia postać, która potrafiła z boku trzeźwo ocenić sytuację, bo strony były dość uparte. Największym problemem był brak zaufania, każda część obawiała się nadużycia swojej dobrej woli przez tę drugą. Jak w trudnych negocjacjach.

Udało się jednak doprowadzić do jako-takiego porozumienia, koronnym argumentem był fakt, że dla obu stron najważniejsze jest moje dobro (w negocjacjach warto odnosić się do wspólnych wartości). Ustalone zostały więc pewne zasady co do komunikacji między częściami, najważniejsze było jasne określanie na co w danym momencie jest czas. Jeśli na odpoczynek, to Pracuś cichnie. Jeśli na pracę, do Odpoczywacz nie sabotuje.

Bardzo ważne okazało się też to, bym ja, zarządzająca czasem, słuchała uważnie informacji płynących od poszczególnych części i nie ignorowała ich. Zignorowane będą musiały walczyć o swoje. Zauważone będą współpracować.

To co przedstawiłam, to mój osobisty proces, każdy ma unikalny zestaw wewnętrznych mieszkańców. Mimo to, myślę, że przekaz jest dość uniwersalny – potrzebna jest równowaga i uważność. To banał, że jest czas na pracę i na odpoczynek, ale coraz więcej ludzi lekceważy to drugie. Oczywiście przewaga części odpoczywającej też nie jest zbyt dobra, bo efektem jest preferowanie „łatwizny”, brak zaangażowania i rozwoju. Dlatego równowaga jest kluczowa.

Mam jeszcze parę przemyśleń na ten temat, ale na razie to wszystko. Jestem ciekawa waszych refleksji.

p.s. Właśnie zorientowałam się, że poprzedni artykuł był na podobny temat. Coś zdecydowanie „jest na rzeczy” 🙂

Photo by Anthony Tran on Unsplash