Parę miesięcy temu na konferencji na temat mindfulness z prawdziwą przyjemnością wysłuchałam (między innymi) wykładu Wojciecha Eichelbergera. Spotkanie to utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to wspaniały człowiek. Tytuł tego artykułu jest z kolei zainspirowany innym wykładem na wspomnianej konferencji. Ale nie to jest najważniejsze. Wykład Eichelbergera zainspirował mnie do zaproszenia was do przeprowadzenia pewnego eksperymentu. Ćwiczenie, które przedstawię (sama je w trakcie pisania robiąc) jest buddyjsko-szamańskie, a przynajmniej w tych dwóch systemach ja się z nim spotkałam. Jest też odwrotnością tradycyjnej zachodniej psychologii, która kieruje się raczej ku umacnianiu ego i własnej tożsamości, a nie uwalnianiu tych struktur. Uważam, że obie strony są potrzebne, a ponieważ kreowanie sztywnego utożsamiania się ze swoimi rolami dominuje w naszym społeczeństwie, warto zobaczyć co jest po drugiej stronie.

Zanim przejdę do kwestii związanej z tym co się składa na naszą tożsamość, zapraszam do małego ćwiczenia wstępnego. Zostaw na chwilę komputer, przez moment się wycisz i wypisz wszystko, co przychodzi ci do głowy (staraj się pisać bez większego zastanowienia, nie chodzi o kombinowanie ani o “dobre” odpowiedzi) na pytanie: Kim jesteś? Daj sobie na to kilka minut, aż poczujesz, że w miarę wyczerpałeś temat. Już? Ok. To teraz drugie pytanie: Jaki jesteś? Opisz siebie w najważniejszych kategoriach, byle krótko.

Wszystko, co wypisałeś/aś to elementy Twojej tożsamości. Możliwe, że nie jest to wyczerpująca lista, ale najważniejsze rzeczy pewnie tam są. I nie wiem jak Ty, ale mnie niektóre rzeczy mocno zaskoczyły. Które i dlaczego napiszę dalej.

Czym jest tożsamość? Z pewnego punktu widzenia niczym więcej jak zlepkiem etykiet, które nadajemy sobie sami, nadają nam inni, które wynikają z naszych biologicznych, etnicznych, geograficznych i społecznych uwarunkowań. Patrząc na moją listę można z grubsza wyłonić takie kategorie:

– imię
– płeć
– relacje rodzinne i międzyludzkie (córka, syn, brat, matka, przyjaciel, kochanka, itd)
– zawód
– narodowość
– wygląd fizyczny (np. noszę okulary, mam zielone oczy)
– osobowość i indywidualne cechy psychiczne (inteligentna, miła, złośliwa)
– preferencje (lubię kolor niebieski, nie lubię biegać)
– doświadczenia i umiejętności
– stan zdrowia (tak! nawet nie wiecie jak wiele ludzi utożsamia się ze swoją chorobą. “Jestem alergikiem”)

Do tego można by dodać jeszcze: pochodzenie etniczne, przynależność do grupy społecznej/ideologicznej/religijnej, pozycję społeczną.

Przejdźmy teraz do głównej części ćwiczenia. Weź z powrotem swoją listę (możesz ją uzupełnić o elementy przeze mnie wymienione, jeśli coś ważnego przyszło Ci jeszcze do głowy), przyjrzyj się jej uważnie i zacznij wykreślać. Poczuj jak to jest zrzucać po kolei każdy kawałek skorupy tożsamości. Zacznij od elementów, które jest ci najłatwiej porzucić. Potem przejdź do tych trudniejszych. Poświęć na to trochę czasu i skupienia, obserwuj (możesz notować) swoje wewnętrzne reakcje.

Gdy robiłam to ćwiczenie przy każdym punkcie następowała wewnętrzna dyskusja, skupiona wokół pytania “Czy jeśli porzucę tę część, nadal będę sobą?”. W kilku miejscach nie był to łatwy proces. Trudno było mi porzucić relacje rodzinne i fakt, że pochodzę od moich rodziców. Jednak doszłam do wniosku, że owszem, moje ciało, moje DNA są pochodną ich ciał, ale to nie jestem JA. Jest to coś, co pozwala mi się manifestować, ale ja nie jestem moim ciałem. Przecież nawet tak się mówi – mam ciało, moje ciało jest takie i takie. Jeśli tak, to KTO posiada to ciało? Podobnie jest z innymi elementami, ja posiadam moje imię, moją płeć, moje cechy umysłowe i emocje, ale nimi nie jestem. To wszystko są zmienne elementy, nawet płeć można hormonalnie zmienić, ciało jest zmienne, osobowość jest zmienna, nie mówiąc już o preferencjach, przekonaniach czy pozycji społecznej. Ważne jest by sobie uświadomić, że one w jakimś stopniu mogą służyć do określania tego jak się przejawiamy na tym świecie, ale nami nie są. A co jest w środku? Co jest pod tym wszystkim? Czym jest to, co może podjąć decyzję o uwolnieniu się z od tych kawałków tworzących tożsamość? Udało Ci się coś poczuć, znaleźć?

Nie chodzi o to, że nasza tożsamość jest zła. Jest to użyteczny konstrukt do poruszania się w materialnym świecie, dzięki któremu możemy doświadczać siebie. Powinien być jak dobrze skrojony garnitur, w którym dobrze się czujemy, podobamy się innym i jest nam wygodnie. Jak ktoś nie lubi garniturów, niech będą dżinsy i koszulka lub zwiewna letnia sukienka. Ale najlepszy garnitur czasem trzeba zdjąć i poczuć to, co jest w środku. A na pewno nie jest dobrze, jeśli zaczniemy uważać, że jesteśmy tym garniturem…I dotyczy to wszystkich wspomnianych przeze mnie elementów tożsamości. Ciała również.

Oglądałam ostatnio wykład, na którym prowadzący porównał ciało z kolei do skafandra kosmicznego. Dostajemy taki skafander, żebyśmy mogli funkcjonować, trzeba o niego dbać, żeby się nie podziurawił, itp. Ale gdyby któryś z astronautów na orbicie stwierdził, że jest swoim skafandrem, wysłaliby go do wariatkowa! Jest to niesamowicie zbieżne z przesłaniem, do którego dotarłam (albo ono dotarło do mnie) w trakcie pewnej głębokiej wewnętrznej pracy procesowej. Brzmiało ono: dostałaś sprzęt, to o niego dbaj! Tak, dbaj, dobrze odżywiaj, chroń, ćwicz, bo to jest cudowny, skomplikowany, nierównający się żadnemu komputerowi pod słońcem sprzęt, który ma służyć latami. Ale sprzęt to nie Ty. Co lepsze, to sprzęt wie co dla niego najlepsze, a nie Ty. Ale to już inna historia.

Twoje wspomnienia to też nie Ty, choć są tacy, którzy bardzo chcą byśmy tworzyli naszą tożsamość w oparciu o przeszłe wydarzenia historyczne. Tragiczne, oczywiście. Są tacy, co chcą, by nasza tożsamość była związana z pewnymi ideami, przekonaniami, sztucznymi konstruktami myślowymi. A my w to wchodzimy, bo tak jest łatwo. Czy było łatwo pozbywać się kawałków tożsamości? Mi nie. Ale jak już się udało, poczułam wolność i kontakt z czymś prawdziwym.

Gdy zdamy sobie sprawę z tego wszystkiego, będzie nam o wiele łatwiej w życiu. Zmiany nie będą załamywać, bo zmieniać się będą tylko etykietki, nasza istota nie będzie miała powodów czuć się zagrożona. Będzie łatwiej zmieniać przekonania, bo to tylko coś co posiadamy. Dziś jest takie, jutro inne, a nasza istota się nie zmienia (Choć różni “inni” mogą nas nazwać niestabilnymi. Ja bym o nazwała elastycznością.). Ktoś mnie lubi, ktoś inny mnie nie lubi, ale to nie robi mi większej różnicy, bo moja istota się nie zmienia, jest nienaruszalna. Oczywiście, jest to pewien ideał, może być łatwiej, może być trudniej, ale każdy najmniejszy kroczek się liczy. Dzięki temu możemy stać się wolni i swobodnie wyrażać naszą prawdziwą naturę. Jaka ona jest? To jest do odkrycia dla każdego indywidualnie. Czasem pod górkę, czasem z górki, ale widoki są niesamowite 🙂

Ach, przypomniało mi się, że miałam jeszcze napisać o tym, co mnie zaskoczyło na mojej liście. Gdy tak wypisywałam różne rzeczy na mój temat, okazało się, że z niektórymi z nich się nie zgadzam! To się nazywa niezaktualizowana baza danych… 😉 Wszystkie te elementy najprawdopodobniej zostały mi narzucone z zewnątrz i nabrałam przekonania, że są ważne i moje. Teraz okazuje się, że wcale nie są. Do kosza z nimi! Po co mi różowe skarpetki do garnituru… Załóżmy więc z powrotem naszą tożsamość, byśmy nie odfrunęli z tego świata, ale zróbmy to świadomie. Możesz wybrać to, co jest Ci niezbędne, to co Ci służy, to co Ci się podoba, ale niech będzie to Twój wybór, wybór świadomy. A jak przyjdzie Ci ochota, zdejmij to ubranko i przewietrz to, co wewnątrz 🙂

24 komentarzy
  1. Witam 🙂
    W całości się zgadzam z powyższym artykułem tego typu ćwiczonka na pozór niewinne i błahe odgrywają dużą rolę w porządkowaniu osobowości i tożsamości także.Fajnym ćwiczeniem jest też narysowanie swojej głowy (skala nie ma znaczenia, oraz wszystkie detale) chodzi o świadomość (rysujemy swoją głowę) , a następnie zastanawiamy się jakie role pełnimy w życiu np: jeżeli jestem mężem to rysuję główce kapelusik i na kapelusiku piszę mąż, jestem także ojcem więc na narysowany już kapelusik nakładam następny kapelusik i podpisuję go ojciec itd. Cel ćwiczenia jest oczywisty ,nagle zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego ile ról pełnimy w życiu codziennym i każda z tych ról czy tego chcemy czy nie obciąża nas i wymaga naszego czasu i zaangażowania.
    Może się okazać , że są w głowie role których dawno już nie powinno być więc do w/w śmietnika. Także kolejność wypisywania ról ma znaczenie. Jeżeli czterdziestolatek mający żonę i dzieci w pierwszej kolejności pisze ,że jest synem to ………… interpretacje pozostawiam dla uczestników bloga :-).
    Kolejna sprawa to pamięć ciała uderzył mnie punkt utożsamiania się z chorobą. Swoją alergię także przepracowałem na terapii. Rozwiązaniem mojego problemu było najzwyklejsze w świecie oddychanie oraz uświadomienie sobie że pyłki nie są tylko w maju.Najciekawsze było to ,że w następnym roku czekałem w maju na swoją alergię i skończyło się lekkim nieupierdliwym katarkiem. Wcześniej były schizy jakieś kaszle,katary,inhalacje tak zwana sraczka sytuacyjna. No już nie wspomnę o tym, że co roku od kwietnia czekałem na swoją alergię 🙂 hahhahahahahahahahahaha bo przecież “Tomuś jest alergikiem i grozi mu astma proszę ja was zebranych”, a tu dla zwiedzających w maju nasz dom atrakcja “Tomuś alergik z niezliczoną liczbą aktywnych alergenów i z perspektywą głębokiej astmy w wieku 30lat”. I czy tego chciałem czy nie byłem alergikiem, a że jestem ambitny więc byłem najlepszym alergikiem :-). Tak się składa, że mam 35lat niestety palę pety, a astmy jak nie było tak nie ma i fakt ten bezpośrednio połączyłem z momentem (paradoks jakieś 4-5lat) wstecz w którym podjąłem decyzję ,że trzeba coś z tym bajzlem w głowie zrobić i zacząłem studiować psychosomatoterapię. Po co ten wywód ? , a no po to żeby zachęcić uczestników tego bloga do samoobserwacji, słuchania reakcji własnego ciała bo jest to wiedza niesamowita ,że tak się wyrażę. Dziwne jest to ,że ludzie bardziej dbają o swój samochód niż o siebie – to jest jazda dopiero co? A to, że kogoś od dzieciństwa boli od czasu do czasu głowa to warto zaobserwować od jakiego czasu do czasu, w jakich okolicznościach w związku z czym itd. A jak to zwykle bywa rozwiązania leżą najbliżej i są bardzo proste :-).
    Pozdrawiam

  2. Tomek:
    Ciekawe rzeczy piszesz. Niby zdaję sobie sprawę z olbrzymich możliwości organizmu, to po raz pierwszy stykam się z takim sposobem na wyzwolenie się z alergii. Ludzki organizm to potężna bestia 🙂

    Ja mam bardzo ciekawy czujnik kiedy robię coś nie tak… zaczynają mnie pobolewać jelita. Wtedy wiem, że czas na podjęcie stanowczej decyzji i pewną zmianę 🙂

    Joanna:
    Albo sami się wtłaczamy w osoby, którymi nie jesteśmy albo otoczenie nas wtłacza. Mam właśnie etap ujednolicania moich wizerunków… przetestuję tę metodę.

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  3. Przyłączam się do Tomka w sprawie alergii – ja mam za sobą uczulenie na kota (takie, że w mieszkaniu, w którym kot mieszkał ileś tam lat temu wydrapywałam sobie oczy od swędzenia, a przy żywym zaczynałam kichać i się podduszać) również dzięki metodom terapeutyczno-umysłowym. Wszystko sprowadzało się do odnalezienia momentu, w którym tak bardzo przestraszyłam się kota,że “zdecydowałam”, że alergia to najlepsze wyjście, by go unikać. Wszystko siedzi w głowie…
    Orest: fajne nowe zdjęcie masz, takie dynamiczne 🙂 no i widzę, że faktycznie kwestie tożsamości są u Ciebie na czasie, hehe.

  4. Asia:
    Zainteresował mnie ten temat wyzwalania się z alergii. Mam książki Paula McKenny – kiedyś widziałem program w którym wyciągał ludzi z blokad, którzy panikowali gdy mieli wyjść z domu czy zrobić zastrzyk (była pielęgniarka). Mam wrażenie, że działa to na podobnej zasadzie.

    Co do zdjęcia. Testowo pstryknąłem jak to w kadrze wyjdzie, przed właściwą sesją (czekam już 2 tygodnie na słoneczną pogodę). Okazało się, że wyszło, spodobało mi się i jest 🙂
    No i pasuje do coming-out’u 🙂

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  5. Tak… tożsamość 🙂 Zaproponowane przez ciebie ćwiczenia Asiu dają ciekawą wiedzę. Poobserwowałem nieco swoich myśli, wyobrażeń i tego co dzieje się w ciele na niektóre stwierdzenia o sobie i “zabranie” ich. Myśl o zniknięciu niektórych wywołuje poczucie ulgi. Do innych zaś mam tak wielkie przywiązanie, że strach przenika umysł na myśl, że mogły by bezpowrotnie zniknąć. Swego czasu eksperymentowałem z ćwiczeniami zaproponowanymi przez Roberta Antona Wilsona w zakresie tożsamości. Polega to na robieniu czegoś co oceniamy jako kompletnie obce, wchodzeniu w obce role. Ja np. mam raczej liberalne poglądy. Kupiłem więc “Gościa Niedzielnego” i starałem się wejść z tunel rzeczywistości Romana Giertycha :)))))))))) Na początku czułem jakbym zaprzeczał sobie, potem jednak zacząłem się tym bawić i doświadczenie było niesamowite. Wiem, że taki tunel rzeczywistości jest możliwy, ale przebywać w nim nie chcę :))))))) Szalony 🙂 Alister Crowley proponował ćwiczenie polegające na tym, żeby przez tydzień nie używać słowa “Być” w stosunku do swojej tożsamości. Za każde: “jestem… kimś tam” radził robić sobie jedno cięcie żyletką na ramieniu 🙂 Straszne? Być może. Ale z drugiej strony pozwala zmierzyć się z nawykiem na prawdę, poza granicą bezpiecznych umysłowych spekulacji. Osobiście nie polecam cięcia ramion 🙂 ale to obrazuje w jakimś sensie jak trudno pozbyć się sztywnych utożsamień.

  6. Witam 🙂
    Orest :
    Jestem człowiekiem ,który bardzo twardo stąpał po ziemi (taki model wychowania plus dzielnica na której trzeba było sobie szybko dać radę).Jak pierwszy raz pojawiłem się na terapii u Doktora to po godzinie jego monologu kołatały mi się myśli “co ten dziadek pier…..oli?, albo zaraz stąd wyjdę ,albo go trząchnę” hahhahahahahhha . Pewnie gdybym trafił na psychoanalizę Freudowską to zanudziłbym się na śmierć tymi pogaduchami. No ale somatoterapiia to jest ogień ,dzieje się dużo ,szybko i jest jazda bez trzymanki. Zmierzam do tego ,że efekty są zauważalne bardzo szybko (spadek napięcia w ramionach,napięcie w żołądku które nagle znika bo zaczynasz sobie zdawać sprawę w jakich okolicznościach to sobie robisz,ćwiczonka dotyczące miednicy która jeśli jest zamrożona blokuje przepływ energii góra-dół a co za tym idzie zdrowa perystaltyka itd.itd).Człowiek odnosi wrażenie jakby przebywał na przeglądzie w autoryzowanym serwisie, a mechanik pokazuje tobie każdą część i mówi jak o nią dbać na przyszłość oraz jaki wpływ ta część ma na przepływ twojej energii i twoje samopoczucie.
    No i oczywiście analizy ,tylko stosunek analizy do pracy z ciałem jest 30-70.I te proste rozwiązania ,które na początku były dla mnie jak eureka. Jako ludzie myślący i Panowie tego świata mamy tendencję do nadmiernego intelektualizowania wszystkiego co nas otacza, staramy się na wszystko znaleźć regułkę, teorię itd.Szukamy skomplikowanych rozwiązań do rzeczy prostych ,które sami skomplikowaliśmy i tak się to toczy. A nagle pojawia się w naszym życiu ktoś z wiedzą i mówi nam słuchaj stary siądź i pooddychaj, skup się na tym co robisz , a my wtedy mówimy ” o kur…..wa cud” to nie cud to są te proste rozwiązania ,które leżą pod nogami.
    Pozdrawiam
    p.s. Na kota też byłem uczulony Pani Joanno hahhahahahahahhah na wszystko byłem uczulony hahahahhahahahahahahahhahahahahhahahahahahaha
    Pozdrawiam

  7. Przypomniało mi się jak wróciłem z pierwszej terapii i kumpel się mnie pyta:
    – No i jak było? , a ja do kumpla:
    -Kur…a dziadkowi się wydaje że mamy gwiezdne wojny on jest moim Obi wan”em, a ja jestem jego Padawan”em Luck”iem Skywalker”em. hahhahahahahahahahahahhahahahahhhahaha trochę się zmieniło od tamtej pory w moim myśleniu 🙂
    Pozdrawiam

  8. Jacenty:
    Ten pomysł z “Gościem Niedzielnym” mi się podoba. Czasem (jeszcze za mało) staram się wejść w strumień myślowy innych osób. I zasadniczo bardzo często rozumiem intencje i działania innych osób, nawet jeśli stoją w opozycji do moich.

    Tomek:
    Trochę to za “głębokie” dla mnie. Lubię proste rozwiązania z bardzo prostą instrukcją. Ale może to jest myśl, by zagłębić się trochę w somatoterapię i wyciągnąć z niej proste instrukcje: “Naciśnij tu, a zrobi się to” 🙂
    Jakbyś mógł polecić jakieś pozycje książkowe na początek, to będę wdzięczny (najlepiej na maila).

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  9. Dzięki Asiu! 🙂 Zrobiłem to ćwiczenie i podzielę się niektórymi obserwacjami:

    (jeżeli jeszcze nie zrobiłeś/aś tego ćwiczenia, to najlepiej nie czytaj teraz dalej – mi jest łatwiej obserwować siebie, kiedy się z nikim nie porównuję)

    Takie ćwiczenia zwykle wydają mi się łatwe, ale jednak wymagają podobnego wysiłku, jak ćwiczenia fizyczne – i podobnie jak tamte są warte tego wysiłku. 🙂

    Na obu (!) moich listach pojawiło się słowo “uczciwy” (bo na pierwszej umieszczałem również przymiotniki).

    Słowo “mężczyzna” umieściłem na liście “Kim jestem” dopiero po przeczytaniu kategorii Asi – i bez bólu wykreśliłem je jako pierwsze. “Człowiek” wyleciał jako czwarty (lista miała 23 pozycje).

    Trudniej niż przypuszczałem było mi rozstać się z imieniem, wpisanym jako pierwsze na liście – odpuściło dopiero w połowie wykreślania – a przecież mój racjonalny umysł wcale nie uważa, by ono mnie adekwatnie określało.

    Utknąłem, kiedy na liście “Kim jestem” zostały mi trzy ostatnie pozycje: “kochający”, “oddech” i “strumień doświadczenia”. Po paru chwilach skreśliłem “oddech”. Następnie przez dłuższy czas dywagowałem, czy bardziej identyfikuję się z kochaniem czy też z doświadczaniem, oraz czy można kochać niczego nie doświadczając? W końcu, nieracjonalnie ale z wewnętrzną zgodą, stwierdziłem że można!

    Na liście “Jaki jestem” zacząłem od skreślenia “skryty”, dalej bez trudu powykreślałem kilka obiektywnych przymiotów, po czym zauważyłem ze zdziwieniem, że trudno mi się rozstać z cechami zabarwionymi negatywnie i uważanymi przeze mnie za ograniczenia: “bojaźliwy”, “nieśmiały”! Nie sądziłem, że tak się z nimi identyfikuję. 🙂

    Dalej były te cechy (nieobiektywne, czyli inaczej moje wyobrażenia o sobie), które uważam za swoje dobre strony, i tu identyfikacja była najsilniejsza – zdumiewające, że znacznie silniejsza niż w przypadku obiektywnych i oczywistych określeń z listy “Kim jestem”!

    To przypomniało mi, i lepiej uzmysłowiło, że stosunkowo dużym źródłem cierpienia jest dla mnie właśnie identyfikacja z pozytywnymi etykietkami. 🙂 Przeczytałem gdzieś, że najbardziej zacięcie bronimy tych poglądów, w które najbardziej wątpimy. Zdaje mi się, że to tak właśnie działa w tym przypadku. 🙂

    Kiedy myślę o sobie np. “uczciwy”, ta myśl po pierwsze skądś się bierze (wspomnienia pozwalają mi to jako-tako uzasadnić), a po drugie wpływa na mnie tu i teraz – “pomaga” mi być “bardziej” uczciwym. W rzeczywistości jednak, kiedy spokojnie pobędę sobie z tą myślą, przestaję czuć, że ona naprawdę mnie określa – udaje mi się dostrzec, że to tylko etykietka, a identyfikacja z nią jest dla mnie bardziej ograniczeniem niż czymś twórczym. Znacznie bardziej.

    Jednakowoż, *szczerze* mówiąc, nie czuję, żeby powyższy akapit dotyczył cechy “szczery”. Wpisałem ją w połowie listy “Jaki jestem”, i od razu podkreśliłem, bo wydała mi się szczególnie istotna. I oczywiście to ją skreśliłem na samym końcu.

    Czuję, nie czuję? To jednak płynna sprawa, a może powinienem powiedzieć: proces. Bo znów, patrzę przez chwilę na tę “szczerość” i zaczynam czuć ciężar etykietki. Tym bardziej doceniam to ćwiczenie! Dzięki raz jeszcze. 🙂

    I na koniec, żeby nie było za poważnie:
    To mówiłem ja: Jarząbek Wacław 🙂 🙂 🙂
    “Miś” rządzi!

  10. Otwartym pozostaje jednak pytanie co począć z tymi, którzy dokonali samodefinicji swej tożsamości poprzez nienawiść (nienawidzę żydów, rosjan, nieudaczników, czarnych, mędrków), idiosynkrazje rozmaitej maści (wszystkie kobiety są podłe, wszyscy mężczyźni to świnie), fanatyzm religijny (muzułmanie są krwiożerczy), poczucie kolektywnej krzywdy (biednemu zawsze wiatr w oczy wieje) lub zabobon (mam po prostu pecha). Czyli z ogromną większością. Dokonali i żyją w przeświadczeniu że jest im z tym dobrze bo przecież tak jest. Nie widzą najmniejszej potrzeby pracy a nawet refleksji nad sobą?

    Czy należy im pomagać mimo iż tego nie chcą? Czy można im pomóc?

    Opisyny eksperyment zakłada minimum zdolności do autorefleksji, ba jak się zastanowić to nawet całkiem spora porcja jest potrzebna. Interesujące doświadczenie w kręgu psychoterapeutów. Co jednak począć z tymi co na zewnątrz?

  11. Orest:
    Już podaję niemniej jednak dzisiaj pojawiła się inspirująca inspiracja 🙂 może to przypadek ,a może i nie 😉 oto ona:
    “Gdyby każdy mógł się nauczyć, że to, co dobre dla mnie, niekoniecznie jest dobre dla wszystkich innych, świat byłby szczęśliwszym miejscem”.
    – William Glasser
    A teraz z czystym sumieniem podaję tytuły “knig” 🙂
    1.”CIAŁO W PROCESIE PSYCHOTERAPII GESTALT” J.I.KEPNER
    2.”SOMATOTERAPIA” R.MEYER
    Pozdrawiam

  12. Telemach:
    Jeśli ktoś nie chce, to po mojemu bezcelowym jest pomaganie. Ja próbowałem… nic dobrego z tego nie wyszło. Teraz trzymam się tego, że tylko chętnych edukuję, chętnym pomagam.
    Za Kazikiem Staszewskim “Siłą możesz mi zabrać wiele, ale siłą nie możesz mi niczego dać”.

    Zawsze pozostaje dawanie przykładu swoją osobą, w myśl słów Eisteina:
    “Dawanie przykładu nie jest głównym sposobem wywierania wpływu na zachowanie innych ludzi; jest jedynym sposobem.”

    Ale to tylko moje zdanie i ja czuję się dobrze tak postępując. Ty nie musisz. Więc wybierz tylko to, co dla Ciebie dobre z mojego postępowania – resztę zwyczajnie odrzuć 🙂

    Tomek:
    Dziękuję. Wpisana na listę ciekawych pozycji i jak oświeci mnie “Tak, to ten moment, aby przeczytać tę książkę” to się zaopatrzę 🙂

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  13. …cuda są proste….wymagana jest uważność by umieć je przyjąć….

  14. Witam,
    szczerze powiedziawszy test nie nauczył mnie dużo więcej, niż sama wiedziałam do tej pory. Potrafię nie przywiązywać się do etykietek w większości swoich działań. Zauwazyłam natomiast że w ogóle nie wypisałam takich danych jak imię czy wiek, czy rola w rodzinie – wydaje mi się, że dokładnie zdaję sobie sprawę z ich nieistotności.. Kiedyś, będąc nastolatką, przeczytałam coś w stylu zen o ułudzie opisywanej rzeczywistości – o tym, że pojęcia opisują rzeczywistość, ale nią nie są, my natomiast uczymy się ich jak te barany, katalogujemy i potem odgrywamy ten świat/zycie niejako z pamięci. Stępiamy umiejętność -doświadczania- rzeczywistości. Język determinuje nasze postrzeganie świata – temat rzeka.
    Wiecie jak to jest, kiedy czytacie coś i doznajecie olśnienia – “cholera! tak własnie jest! nie inaczej!” ? Czy mozna uznać to olśnienie za odkrycie jakiejś fundamentalnej prawdy? Ja uznałam wtedy że tak jest, i to uczucie nie opuszcza mnie 🙂 Kolejny temat rzeka – czy można uznać substancje chemiczne powodujące określone uczucia w naszym mózgu za wyznacznik pewnej obiektywnej prawdy o świecie? Czy wrażenia umierającego mózgu o “świetle i cudownym uczuciu miłości” są jednocześnie DOWODEM na istnienie życia pozagrobowego? i takie tam :p

    Zgadzam się, że gdyby ludzie w pełni pojęli odmienność i równowartość czyichś punktów widzenia, komunikacja zyskałaby nowy wymiar.
    Wydaje mi sie, że powoli zaczynamy pojmować z własnego doświadczenia pewną mądrość.. mądrość postrzegania zmienności świata, akceptacji tego faktu, pojmowanie własnych ograniczeń wynikających z przetwarzania zmysłami i doświadczeniami samej, wydawałoby się, obiektywnej rzeczywistości, którą przecież wypaczamy/filtrujemy cały czas. sam fakt istnienia obok siebie skrajnych pesymistów i optymistów już dostarcza wspaniałych materiałów do kontemplacji tego zjawiska.
    polecam ciekawy artykuł w najnowszych Charakterach – “matrix w każdej głowie”.

    Polecam na zakończenie jeszcze, nie wiem czy znacie gościa – Jiddu Krishnamurti – “wolność od znanego” – tematyka uwalniania się od uwarunkowań i pojmowania rzeczywistości taką jaką jest. Baaaardzo zajmujące.
    🙂

  15. Witam
    …nie bywam tu często,nie bywałam…bo uznałam,że jestem silna i wszystko i ze wszystkim dam sobie radę…ostatnie dni przyniosły mi obraz mojej siły…padłam na twarz i na razie nie umiem się podnieść…może właśnie czas zrzucić ten “garnitur”..tylko jak to zrobić… nie potrafię się odnaleźć w tych ćwiczeniach, bo na wszystkie pytania odpowiem w sposób negatywny w stosunku do swojej osoby…jak się odnaleźć,a jak się podnieść…

  16. Iwona, może po prostu trzeba sobie poleżeć i zaakceptować też tę wrażliwą, słabą i delikatną część? to najpierw, a potem dopiero zabawy z tożsamością bym radziła 🙂

  17. można też zaakceptować fakt, że się walczy

    a akceptacja może oznaczać po prostu uświadomienie sobie, że (1) to jest, (2) robimy z tym, co możemy, oraz (3) i tak nie zrobimy, czego nie możemy

    jest chyba taki punkt w “psychicznej przestrzeni” każdego/każdej z nas, w którym podejmujemy działanie, mając świadomość potrzeb, możliwości i ograniczeń – nie ma wtedy znaczenia, czy to, co robimy, jest łatwe czy trudne, i nie pojawia się kwestia, że “musimy” – bo mamy świadomość, że wybrane przez nas działanie jest adekwatne

    a jeżeli nie mamy tej świadomości, nie jesteśmy w tym “punkcie”? hmm, być może wtedy wszystko, co nam przeszkadza, jednocześnie wskazuje na co potrzebujemy zwrócić uwagę – chciałbym umieć tu doradzić coś mądrego, ale mogę tylko napisać, co mi samemu pomaga: nieuciekanie od niczego w sobie, medytacja (technika bez znaczenia, albo w ogóle bez żadnej techniki, chodzi o wyciszenie i uważność, nawet przez minutę), głęboki spokojny oddech, a z bardziej konkretnych rzeczy – joga

    mądrze na “te tematy” pisze np. wspomniany wyżej przez Yu gość – Jiddu Krishnamurti

  18. “po prostu od-puść”…i chyba walką nic nie zdziałam,a żeby przetrwać fakt muszę odpuścić…dziękuję:)

  19. Czy ktoś może mi wytłumaczyć: skąd pewność, że nasza istota jest niezmienna, nienaruszalna?

    To znaczy, że nie można jej ukształtować? Czym i jaka jest w takim razie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Podobne wpisy

Powrót po przerwie w pisaniu

Sprawdziłam niedawno kiedy na stronie pojawił się ostatni wpis: w czerwcu 2017. W ostatnich paru latach artykuły publikowałam bardzo nieregularnie, ale aż…
Total
59
Share