Pełnia doświadczania, czyli uważne życie tu i teraz.

Spirit + Nature

Gdzie błądzą nasze myśli?

Ileż ja się naczytałam o życiu tu i teraz. Myślałam, że już wiem o co w tym chodzi, wiedziałam jak uważność może poprawić jakość życia, starałam się nie przywiązywać do przeszłości ani do przyszłości. Jednak dopiero po obejrzeniu warsztatu mindfulness Jon’a Kabat – Zinn’a, pierwszego zachodniego propagatora medytacji uważności jako techniki terapeutycznej, poczułam to zamiast tylko rozumieć. I nie mogę się nadziwić jak znów mogłam pomylić te dwie sprawy 🙂

Ale cóż, życie to przecież doświadczanie różnych rzeczy, więc pretensji do siebie nie mam. Jak tylko myślę, że jestem tuż-tuż, już tak blisko, nagle kolejny wgląd pokazuje nikłość poprzednich eurek. Ale jak to pięknie napisał gdzieś Osho, aby zbudować wieżę, trzeba zacząć od samej ziemi. Aby zrobić drugi krok, potrzebny pierwszy, aby pójść na studia najpierw trzeba przejść przez przedszkole. Ależ zebrało mi się na metafory. Do rzeczy.

Zapraszam Cię Czytelniku i Czytelniczko do małego eksperymentu. Spróbuj prześledzić wszystkie te miejsca, w które zawitał Twój umysł w trakcie czytania poprzedniego akapitu. Innymi słowy – gdzie byłeś? Inny czas, inna przestrzeń? Przeszłość czy może wyobrażenia o przyszłości? Być może straciłaś kontakt ze swoim ciałem, z tym, że pupa siedzi na krześle (najprawdopodobniej), a kark lekko zesztywniał od pochylania się w kierunku komputera. Być może nawet zatraciłeś poczucie, że jesteś w tym pomieszczeniu, w którym właśnie teraz jesteś. [Ciąg dalszy eksperymentu: postaraj się w ten sposób obserwować siebie, gdy będziesz dalej czytać ten tekst. Co jakiś czas zadaj sobie pytanie – gdzie jestem?]

Nie przejmuj się, to całkowicie normalne. Nasz umysł tak właśnie działa, biega, lata tu i tam, komentuje, ocenia, wymyśla. Staram się obserwować mój własny umysł w trakcie pisania tego tekstu. Czasem wystarczy ułamek sekundy by dokonało się jakieś skojarzenie, a palce i tak piszą zdanie, które brzmi w mojej głowie. To fantastyczna zdolność, takie wiązanie faktów, o ile nie wymyka się spod kontroli i służy naszemu dobremu samopoczuciu. Bo jeśli mój umysł będzie zbyt intensywnie biegał, to będę miała poczucie, że nie mogę się skoncentrować na tym, co robię. Jeśli wykonuję jakąś pracę intelektualną, to jeszcze można przeboleć takie umysłowe wycieczki, w końcu mogą być do czegoś przydatne – a nuż przypomni mi się jakieś zdarzenie, które będzie dobrą ilustracją zapisanej myśli. Gorzej, jeśli chcę w pełni doświadczać kontaktu ze światem, z naturą, z drugim człowiekiem, z sobą samym. Albo gdy mam do zrobienia coś konkretnego, a myśli są „nieposłuszne” i nie sprzyjają pracy.

Jestem przekonana, że większość z Was miała takie doświadczenie: czytam książkę, ale nagle orientuję się, że nie wiem w którym miejscu strony jestem i gdzie się toczy akcja. Gdzie ja byłam, gdy moje oczy automatycznie wykonywały swoją pracę? Moja uwaga była gdzie indziej, a ja zorientowałam się dopiero po pewnym czasie. Podobnie jest z jazdą samochodem i tzw, zjawiskiem powracającego konia, chcemy do sklepu, zamyślimy się, automat prowadzi i lądujemy pod domem albo, co gorsza, w pracy. Zjawiska powszechne i właściwie niezbyt szkodliwe, ale czy nam służą?

Jeśli przyjrzymy się swoim myślom, to większość z nich jest powielaniem pewnych schematów. Umysł komentuje. Przegląda wydarzenia, oceniając je. Wyobraża sobie przyszłość, rysując przeróżne scenariusze. Przy odrobinie wysiłku można te schematy poznać i zobaczyć powtarzalność. Bardzo często, tak naprawdę niewiele z tego wynika. O ileż lepiej byłoby korzystać z umysłu jak z wyspecjalizowanego narzędzia, zamiast tracić energię na wewnętrzne ględzenie. Aby tego dokonać, trzeba nauczyć się obserwować co się dzieje w umyśle. Innymi słowy, wytrenować uważność, by nie dopuścić do półgodzinnego gapienia się na tę samą stronę książki.

Poza tym, życie płynie, a my jesteśmy wszędzie, tylko nie w chwili obecnej! Bardzo lubię ćwiczyć uważność na spacerze z psem. Są dni, kiedy orientuję się, że jestem na spacerze dopiero w połowie drogi. A tyle pięknych rzeczy wokół mnie. Czasem zdarza mi się zjeść coś przepysznego i zorientować się, że wcale nie smakowałam, tylko byłam gdzie indziej. Przeżułam, połknęłam, nie doświadczając smaku, zanurzona w jakiejś fantazji w mojej głowie. Czy nie żujemy i łykamy tak nieuważnie większości naszego życia? Dziwiąc się potem, że zbyt szybko przelatuje nam przez palce?

Myślę, że będąc częściej tu i teraz, mamy możliwość zauważenia różnych ważnych sygnałów, które pojawiają się w naszym życiu. Dzięki temu zaś, możemy prędzej na nie odpowiednio reagować. To mogą być pierwsze symptomy choroby (lub nawet zapowiadające dopiero chorobę), pierwsze objawy, że coś jest nie tak w związku, pierwsze przeczucia, że nie robimy tego, co byśmy chcieli, itd. Oczywiście, kwestia czy i jak zareagujemy wychodzi daleko poza samą uważność, ale już dostrzeżenie sygnału daje nam wybór. Jeśli zauważę, że nie czytam wcale książki, bo myślę o wczorajszej rozmowie z przyjaciółką, to mam wybór: odłożyć książkę i sięgnąć po telefon, mocniej się skupić na lekturze albo pójść spać. Gdy jestem myślami gdzieś daleko, a ciało automatycznie wykonuje jakąś sekwencję działań, wybór jest niewielki. Obecność pomaga też zaakceptować to, co jest, uwolnić się od notorycznego zamartwiania i zatrzymać spiralę negatywnych myśli i uczuć.

Autorka jednego z artykułów na stronie ZenForest pisze „Spróbuj chociaż jedną godzinę być tu i teraz.”. Ha, ciśnie mi się na usta, spróbuj kobieto być choć przez minutę w tu i teraz! Godzina jawi mi się jak Mount Everest dla kogoś, kto wszedł na stołek 🙂 Można starać się wytrwać w tym stanie jak najdłużej. Można też starać się wracać do tu i teraz jak najczęściej. Efekt będzie podobny, choć mi łatwiej jest budować godzinę dziennie z małych, czasem kilkusekundowych kawałków. Mam tu na myśli coś, co Jon Kabat-Zinn nazywa praktyką nieformalną, czyli ćwiczenie uważności w ciągu dnia. Praktyka formalna zaś, to taka „siedzona” medytacja, w trakcie której skupiamy się na oddechu i staramy się utrzymać na nim uwagę. Według Jon’a te dwie formy wzajemnie się uzupełniają i najlepsze efekty osiąga się korzystając z nich obu.

Jak więc praktykować uważność?

Jeśli chcesz poświęcić chwilę tylko na praktykę, usiądź wygodnie, ale z wyprostowanym kręgosłupem. Zamknij oczy, na początku pomoże to w koncentracji. Zacznij obserwować swój oddech, tam gdzie go najlepiej czujesz (może to być nos, klatka piersiowa czy brzuch). Postaraj się utrzymać uwagę na tym doświadczeniu. Po jakimś czasie zorientujesz się, że myślisz o czymś innym, odjeżdżasz. Spokojnie wróć do obserwacji oddechu. Jak mówi Jon, jeśli twój umysł ucieka dziesięć tysięcy razy, wracaj do oddechu dziesięć tysięcy razy. I wcale tak bardzo nie przesadził z ilością 🙂 Pamiętaj też, że w naturze umysłu leży małpie skakanie po tematach, więc nie karć siebie, nie denerwuj się, nie traktuj tego jak zadania. Nie masz nic do osiągnięcia, po prostu bądź, doświadczaj. Po pewnym czasie otwórz oczy, nadal utrzymując uwagę na oddechu, a potem poszerzając ją o doświadczenia w innych częściach ciała. Mi osobiście w takiej praktyce pomaga zadawanie sobie pytania „gdzie jestem” i wewnętrzna odpowiedź „jestem tu” – sprowadza mnie to do chwili obecnej.

Ćwiczenie uważności w trakcie codziennych czynności zaczyna się od pamiętania o byciu uważnym. Najtrudniej zacząć, potem coraz częściej włącza się wewnętrzna przypominajka. Skupiaj się na tym, co robisz. Jeśli odjeżdżasz gdzieś myślami, delikatnie wróć do tu i teraz. Ta delikatność (acz stanowcza!) jest nie do przecenienia, inaczej pojawia się frustracja i złość, że coś nie wychodzi – sama tego doświadczyłam. W naszym nastawionym na osiąganie celów społeczeństwie, jest to dość częsta przypadłość. Za rzadko robimy rzeczy dla czystej przyjemności ich robienia, a nie w jakimś konkretnym celu. Tym bardziej warto pobawić się każdą czynnością, jaką wykonujemy, posmakować, poczuć. Dzięki praktyce uważności, w moim życiu pojawiło się więcej „niczym nie uzasadnionej” radości, wypływającej z samego faktu bycia, doświadczania, przeżywania. Zauważyłam też, że w momentach obecności inaczej widzę świat, tak jakby wyostrza się moja percepcja, nie patrzę na rzeczywistość mimochodem, przez mgłę myśli, tylko świadomie dostrzegam to, co jest. Kontury są ostrzejsze, a kolory bardziej nasycone – i nie jest to metafora.

Na koniec jeszcze dodam, że Jon Kabat-Zinn przekonał świat konwencjonalnej medycyny o dobroczynnym działaniu medytacji uważności i obecnie w Stanach jest to jedna z coraz częściej praktykowanych metod terapeutycznych. Ale o tym więcej w artykule na temat zbadanych efektów medytacji, który „się pisze”.

Tutaj możecie obejrzeć warsztat, o którym pisałam na początku. Dla cierpiących na brak czasu, praktyczna część zaczyna się około 24 minuty. Warto jednak posłuchać całości, Jon sprawia wrażenie mądrego człowieka.

A za dwa tygodnie jadę na konferencję o wykorzystaniu praktyki uważności w terapii. Jakoś się tak wszystko ładnie złożyło.