Medytacja na fotelu dentystycznym

I jak tu zachować spokój?

Od kilku dni bolał mnie ząb, więc zmuszona tym faktem poszłam dziś do dentysty. Niestety nie mam nawyku regularnego kontrolowania stanu swoich zębów, ale cóż, nie o tym chcę napisać. Z zainteresowaniem zauważyłam, że cały proces odbył się z pełną świadomością tego, co się ze mną dzieje. Nie lubię dentystów. Boję się wizyt, to chyba jakaś zakodowana trauma  z dzieciństwa, bo od kilkunastu lat leczę wszystko ze znieczuleniem. Mimo wszystko, nie jest to przyjemna sprawa i dziś dokładnie zaobserwowałam w jaki sposób mój organizm reaguje na tego rodzaju stres.

Rano czułam lekki ucisk w brzuchu ze zdenerwowania. Będąc już w gabinecie próbowałam rozładować napięcie żartami, troszkę pomogło. Pan doktor szczegółowo zapoznawał mnie z całą procedurą, możliwościami, zależnościami, itd. Miał szczęście, bo jestem z tych, którym wiedza pomaga mieć poczucie kontroli nad sytuacją i redukuje stres. Pamiętam jakieś badania, że są osoby, które wręcz przeciwnie – wolą oddać się w ręce lekarza nie wiedząc co je czeka i to zmniejsza poziom ich lęku.  W każdym razie, poczułam się poinformowana i zaopiekowana, szczególnie gdy pan wbijał mi igłę ze znieczulaczem.

I mogłoby się wydawać – nie boli, więc powinnam odczuwać spokój i luz. Mimo to, czułam ogromne spięcie w ciele, szczególnie w karku, który jest moim kumulatorem stresu. Zastosowałam wszystkie techniki, jakie mi przychodziły do głowy, aby się rozluźnić. Obserwowałam swoje ciało. Oddychałam głęboko przez nos. W pewnej chwili przyszło mi do głowy, że ciekawie byłoby opisać do doświadczenie właśnie tutaj, na blogu. Zwycięstwo, przestałam skupiać się na wiertłach, a pomyślałam o czymś innym. Hm, zwycięstwo, czy na pewno? Odłączyłam się od tego doświadczenia i najzwyczajniej w świecie uciekłam. No tak, ale znów z drugiej strony była to sytuacja nad którą nie miałam absolutnie żadnej kontroli i musiałam jakoś przekonać moje ciało, że wszystko będzie dobrze i nie trzeba podnosić alarmu. Wydaje mi się, że druga część zabiegu nie była już tak stresująca i zeszłam z fotela w niezłej kondycji, a nie jak zazwyczaj – półżywa, spocona od kurczowego trzymania się fotela i spinania mięśni przy każdym, bezbolesnym w końcu, dotknięciu wiertła.

To czego dziś doświadczyłam odbieram jako osobiste zwycięstwo. Jestem z tych osób, które są bardzo wrażliwe na stes, a jednocześnie nie widać po nich, że się stresują – chyba, że w wyjątkowych sytuacjach. Wszystko zostaje w środku, niestety czasem nawet nie zauważone przeze mnie samą. Zresztą, to bardzo częste, że ludzie żyją w stresie i nie dostrzegają jego zgubnego wpływu. Jak z tymi nieszczęsnymi żabami – jeśli wrzucimy żabę do wrzątku, wyskoczy; jeśli będziemy powoli podgrzewać wodę, w której pływa, ugotuje się żywcem. Podobnie jest ze stresem. Nie jesteśmy uważnymi obserwatorami naszych organizmów, rzadko potrafimy wyłapać pierwsze najmniejsze objawy stresu. Niestety niewiele osób potrafi też w świadomy sposób rozluźniać ciało i pozbywać się napięć – w sposób inny niż drink albo dwa po pracy. A to jest podstawa zdrowego życia – umiejętność relaksowania się. Z kolei po to, by móc się zrelaksować w odpowiednim momencie, a nie tylko wtedy, gdy dajemy sobie na to przyzwolenie (wtedy często jest już za późno by czemuś zapobiec, a trzeba już coś naprawiać), musimy dobrze znać swoje ciało. Zaprzyjaźnić się z nim, poznać język jakim do nas mówi, słuchać go i spełniać jego potrzeby. W zamian dostaniemy dobry stan zdrowia i wehikuł, który z radością nam będzie służyć. A bez dobrego traktowania ciała, wehikuł zbuntuje się i tyle. Oczywiście to wielkie uogólnienie, choroby wynikają z przeróżnych czynników, ale wielu z nich można by zapobiec, gdybyśmy nauczyli się, że organizm jest bardzo sprytnym i mądrym urządzeniem, które dostaliśmy do użytku.

Nauczyłam się dziś jeszcze czegoś. Ćwiczenie pewnych rzeczy „na sucho” ma sens, ponieważ zmieniają się nawyki, a to one są w większości odpowiedzialne za nasze codzienne funkcjonowanie. Przyszło mi to do głowy, bo dużą część warsztatów, na których całkiem niedawno byłam, poświeciliśmy na rozmowy i ćwiczenia dotyczące właśnie stresu i redukowania napięcia. Miałam wrażenie, że słyszę to samo któryś już raz, ale najwyraźniej coś się we mnie zmieniło, bo zaczynam być uważniejsza. Całkiem uważna to może jeszcze nie, ale uważniejsza – zdecydowanie tak. I ufam, że wraz z treningiem nawykiem będą stawać się mięśnie zrelaksowane zamiast napiętych. A na kolejnej wizycie nie będę musiała świadomie ich „rozpinać” co 30 sekund, a rzadziej.

Polecam Wam bardzo proste ćwiczenie – co jakiś czas zatrzymajcie się i zróbcie szybki skan swojego ciała. Gdzie są napięcia? Gdzie jest ból? Które części są bardziej podatne na spięcia? Jeśli gdzieś znajdziecie spięcie, spróbujcie świadomie to miejsce rozluźnić. Może się okazać, że jedne partie mięśni można zrelaksować łatwo, a z innymi jest trudniej, ale to wszystko kwestia wytrenowania. Obserwujcie też jakie sytuacje powodują spięcia, pozwoli to na prewencję antystresową i zwiększy waszą czujność.

A ja idę roztrzygać dylemat – medytacja nad bólem czy Apap+Ibuprom jak to polecił mi Pan Doktor Dentysta. 😉