Pamiętaj, że umrzesz.

Storm gathering at Death Valley

(CC) photo: Ozyman

Od jakiegoś czasu nie przeraża mnie myśl o śmierci. Są dwa możliwe wytłumaczenia: albo mam fantastyczne mechanizmy obronne albo przekroczyłam barierę lęku. Pewnie po trochu jedno i drugie, bo lęk przed śmiercią jest jednym z podstawowych lęków człowieka, a jak twierdzą niektórzy psychologowie, także jednym z ważniejszych motywatorów w naszym życiu.

Był taki okres w moim życiu, że jadąc samochodem, co jakiś czas przed oczami pojawiał mi się scenariusz wypadku, ze mną w roli głównej. Takie „co mogłoby się stać za tamtym zakrętem, na tym skrzyżowaniu…”. Wyprowadzało mnie to z równowagi, bo zdawałam sobie sprawę, że im więcej lęku będzie się pojawiać, tym więcej umysł będzie go produkować i tym realniejsze stanie się zagrożenie. Spirala strachu i spięcia nakręcała się. Nie pamiętam dokładnie kiedy i jak te „filmy” się skończyły, teraz już tylko czasem przychodzi ich odległe wspomnienie.

Na pewno bardzo wiele dała mi pewna prowadzona medytacja, która dotyczyła procesu umierania. Było to niezwykle uwalniające doświadczenie. Istotą tej wizualizacji jest zobaczenie siebie u kresu życia, przejście przez moment śmierci, wyjście energii z ciała i spojrzenie na wszystko z szerszej perspektywy – tej „niebiańskiej”. Wiem też, że buddyści też stosują medytację śmierci, w której na przykład kontemplują rozkład martwej powłoki ludzkiej.

Z jednej strony jesteśmy tak mocno bombardowani obrazami śmierci, z mediów aż wylewa się strumień informacji o tym kto i jak umarł, zginął, został zamordowany. Z drugiej, obrazy te w większości ludzi wywołują jedynie strach (na który często szybko zarzucają płaszcz obojętności), ponieważ ta prawdziwa, ludzka, doświadczana śmierć jest tematem tabu. Nie jesteśmy z nią oswojeni. Nie jesteśmy przygotowywani. Może warto się tym zająć.

W moim otoczeniu, w ciągu ostatnich 2 tygodni zmarły 3 osoby. Choć żadna z tych śmierci nie dotknęła mnie bezpośrednio (pośrednio tak, bo dotknęły moich bliskich), to uznaję to za jakiś sygnał ze świata dla mnie osobiście. Jaki? Chyba taki, że czas zająć się tą sprawą…życia i śmierci…Może potrzebuję przygotowania, kto to wie.

Tekst u Zen Forest przypieczętował dodatkowo to przekonanie. Oto fragment napisany przez A. de Mello:

„Ludzie wyznają błędny pogląd, według którego życie oznacza utrzymywanie ciała przy życiu. A więc pokochaj myśl o śmierci, pokochaj ją. Powracaj do niej ciągle. Myśl o tym, jak cudowne jest to martwe ciało, szkielet, kości obracające się w garstkę prochu. I wówczas poczujesz ulgę.

Wielu z was zapewne nie wie, o czym mówię w tej chwili, nazbyt przerażeni jesteście tą myślą.

Ale to wielka ulga spojrzeć z tej perspektywy na życie wstecz.”

Tak, myśl o śmierci przeraża. Myśl o śmierci bliskich – nie wiem, czy czasem nie bardziej. Bo ten, który umiera, już ma dobrze „u aniołów” lub ma już wszystko „z głowy” – w zależności od naszych przekonań. A my, pozostajemy tutaj na Ziemi, przygnieceni przez poczucie samotności i utraty. Przecież na pogrzebach płaczemy bo żal nam nas samych, a nie tego, który umarł.

Drzwi

(CC) photo: Hamed Saber

Buddyści mówią, że śmierć warto kontemplować ponieważ, po pierwsze, tylko poprzez zdanie sobie sprawy jak cenne i krótkie jest życie, możemy nadać mu sens i żyć pełnią; po drugie, zrozumienie procesu umierania i zapoznanie się z nim usuwa lęk w momencie śmierci, zapewniając dobry powrót w kolejnym wcieleniu. O ile drugi powód jest mocno związany z wiarą (lub jej brakiem) w reinkarnację, to pierwszy widzę jako bardzo uniwersalny. Zadałam kiedyś pytanie, co byś zrobił/a, gdybyś miał/a jutro umrzeć. A gdyby przeżyć tak całe życie? Tak, jak gdyby każdy dzień był najważniejszym, najcenniejszym, jedynym i ostatnim? Taka nasza natura, że gdy coś się kończy, to dopiero zaczynamy to doceniać. Dlatego tak wielu ludzi zmienia swoje życie po traumatycznych wypadkach, cudownych ozdrowieniach i innych mocnych doświadczeniach. Nie negując wartości takich wydarzeń, może warto się zastanowić, czy chcemy czekać aż coś nas z łomotem obudzi, czy może już teraz podejmiemy jakieś kroki by żyć pełnią i nie marnować życia na głupoty?

Wracając do tekstu de Mello:

„Często powtarzam, że na to, by żyć naprawdę, trzeba najpierw umrzeć.

Najpierw należy wyobrazić sobie siebie w grobie, by uzyskać przepustkę do życia. Wyobraź sobie, że leżysz w trumnie, w dowolnej pozycji. W Indiach umarli mają podkurczone nogi.

Zdarza się, że w tej pozycji niesie się ich na stos. Czasami jednak leżą. A więc wyobraź sobie, że umarłeś i leżysz martwy. A teraz spójrz na swoje problemy z tej perspektywy.

Czyż wszystko nie ulega zmianie? (…)

Taka jest rzeczywistość, na miłość boską.

Wielu z nas jednak nie chce widzieć rzeczywistości.

Nie chce myśleć o śmierci.

Ludzie nie żyją, większość z was nie żyje, jedynie podtrzymujecie swe ciało przy życiu.

To jednak nie jest życie, ale wegetacja. Nie żyjecie tak naprawdę, dopóki nie będzie wam obojętne, czy jesteście żywi czy umarli. Dopiero wtedy żyjecie.

Kiedy jesteście gotowi utracić życie – zaczniecie żyć. Ale jeśli zaczniecie chronić swe życie, jesteście martwi. „

Czy znacie ludzi, którzy spędzają życie martwiąc się tym, że wszystko stracą? Zachorują? Umrą? Amerykańskie powiedzenie mówi, że nie można uniknąć dwóch rzeczy: urzędu skarbowego i śmierci. I o ile to pierwsze jest dyskusyjne, to to drugie absolutnie nie. Memento mori. Pamiętaj, że umrzesz.

Własna śmierć to jedno, druga sprawa, z którą się prędzej czy później konfrontujemy, to śmierć bliskich. Muszę przyznać, że tego nie przeżyłam (Tak, moi wszyscy dziadkowie żyją i mają się całkiem dobrze, jak na grono 80 i 90-latków. Dobre geny w rodzinie 🙂 ), więc będę trochę teoretyzować. Wiem, że dla niektórych ludzi jest to gigantyczna trauma. Śmierć współmałżonka jest najbardziej stresującym wydarzeniem w życiu człowieka wg listy stworzonej przez pewnych psychologów (moim zdaniem trudniejsza jest śmierć dziecka, ale ta pewnie się tam nie znalazła z powodu stosunkowo rzadkiego występowania). Łatwo jest mówić o nieprzywiązywaniu się, gdy odchodzi najbliższa osoba, trudniej zmierzyć się z rzeczywistością. Jednak uważam, że warto nad tym pracować, ponieważ nieumiejętność poradzenia sobie z takim wydarzeniem świadczy o uzależnieniu emocjonalnym. I o ile standardy społeczne dają na to ogromne przyzwolenie, czy wręcz zachęcają do tego („nie odchodź, bo cierpię”, „bez ciebie jestem niczym”, itd, wystarczy posłuchać pierwszej lepszej popularnej piosenki o miłości), to myślę, że warto wyjść poza takie myślenie. Gdy ktoś odchodzi, najlepszą rzeczą, którą możemy zrobić będąc pełnymi miłości, to życzyć mu wszystkiego najlepszego na nowej drodze – czy to w tym, czy już w innym życiu. Mamy jak największe prawo odczuwać smutek i inne emocje – w końcu emocje czynią nas ludzkimi, ale już trzymanie kogoś przy sobie dla własnego dobrego samopoczucia, to egoizm, nie miłość. Proces radzenia sobie z odejściem bliskiej osoby (z naszego życia, czy z życia ziemskiego w ogóle) jest chyba jednym z najważniejszych procesów, które umożliwiają wzrost, a jednocześnie sprawdzają naszą kondycję psychiczną i dojrzałość emocjonalną. I jeszcze raz podkreślę, że nie chodzi mi o brak emocji towarzyszących temu procesowi, a raczej o to na ile mamy w sobie zgodę na fakt, że ludzie przychodzą i odchodzą z naszego życia, i jest to naturalna kolej rzeczy.

Rozmawiałam z moją przyjaciółką o śmierci ojców i matek naszych przyjaciół i dalszych znajomych, śmierci ludzi w wieku naszych własnych rodziców. Ela powiedziała bardzo ważną rzecz – że dzięki tej świadomości inaczej spojrzała na swoich rodziców. Stwierdziła, że nie ma co marnować czasu, bo każde pożegnanie może być tym ostatnim. Nie ma co marnować czasu na „pierdoły”, kłótnie, urazy, analizy…jest czas na kochanie i widzenie drugiego człowieka takim, jaki jest. Żeby potem nie żałować „nie powiedziałam tego czy tamtego”, „trzeba było dać więcej miłości”, itd. To bardzo ważny wniosek, tym ważniejszy, że odczuty, a nie wymyślony. Poczułam podobnie, zadzwoniłam do taty.

I jeszcze jedno.

Są kultury, w których śmierć jest momentem celebracji i radości. Najbardziej znanym przykładem jest Meksyk, gdzie co prawda na turystycznych szlakach do obchodów Święta Zmarłych wdarła się już komercja, ale idea jest bardzo jasna – śmierć nie równa się rozpaczy, jest radością. Nasza kultura kojarzy cmentarz z zachowaniem ciszy i powagi, smutkiem i zamyśleniem. W porządku, taki mamy sposób na przeżywanie śmierci. Czy jednak nie utrudnia on nam otwartegp i wolnego od strachu przed naruszeniem „świętości” rozmawiania o niej i jej doświadczania? Moja przyjaciółka opowiadała, jak to na pogrzebie swojego ojca miała uśmiech na twarzy, ale skarciła ją za to matka, „bo tak nie wypada”. A przecież tak złożone istoty jak my nie mogą być zakuwane w kajdany konwenansów dotyczących tego co można, a czego nie można przeżywać.

Można by na ten temat pewnie jeszcze wiele pisać i dyskutować. Zakończę buddyjską kontemplacją śmierci. Wyciągnijcie swoje wnioski z tych stwierdzeń, które choć oczywiste, to zupełnie nieobecne na co dzień w naszych życiach.

A. ŚMIERĆ JEST PEWNA
1. Nie można uniknąć śmierci (nawet Jezus, Budda i inni mistrzowie umarli).
2. Życie ma swój kres i każdy moment mnie do niego przybliża.
3. Śmierć przychodzi nagle i niespodziewanie.

B. MOMENT ŚMIERCI JEST NIEZNANY
4. Czas mojego życia jest nieznany. Młodzi umierają przez starymi, zdrowi przed chorymi.
5. Śmierć może spowodować praktycznie wszystko, nawet coś co zazwyczaj podtrzymuje życie.
6. Słabość i kruchość ludzkiego ciała przyczynia się do niepewności życia.

C. JEDYNE CO MOŻE NAM POMÓC W MOMENCIE ŚMIERCI JEST STAN NASZEGO ROZWOJU DUCHOWEGO.
7. Nie pomogą przedmioty, pieniądze, bogactwo.
8. Rodzina i przyjaciele ani nie powstrzymają śmierci, ani nie pójdą z nami.
9. Nasze cenne ciało też nie pomoże, musimy je zostawić jak pustą skorupę.

Warto poczytać:

Tybetańska koncepcja śmierci, Medytacje związane ze śmiercią, Spiritual practices for social activists, Polski tekst Tybetańskiej Księgi Umarłych.