StrachByła sobie kiedyś nie taka już mała dziewczynka. Spotkała na swej drodze mistrza, bardzo mądrego jogina. Rozmawiali o wielu sprawach, on tłumaczył jej pradawną wiedzę jogiczną, ona z zainteresowaniem słuchała i dyskutowała. Pewnego razu, podczas takiej rozmowy, jogin nagle ją przeprosił i położył się na podłodze. Ku zdumieniu dziewczynki jego ciało zaczęło się przekształcać i przybierać formę ohydnego i oślizłego potwora. Początkowo przyglądała się z zaciekawieniem, ale gdy potwór zaczął wstawać i ruszać w jej kierunku, poczuła ogromne przerażenie. Potwór zaatakował, a ona dzielnie się broniła, korzystając ze wszystkich swoich sił. Straszne stworzenie próbowało ją dusić i choć udawało się jej za każdym razem mu umykać, to zaczynała odczuwać bezsens tej walki. W pewnym momencie, w przypływie jakiegoś dziwnego i niezrozumiałego dla niej odruchu z całej siły…przytuliła potwora. Trzymała go w uścisku przez chwilę, aż nagle potwór z powrotem przekształcił się w jej nauczyciela. Dziewczynka zaskoczona tylko patrzyła na niego, nie mogąc wydusić z siebie słowa. A jogin rzekł do niej tak:
– Widzisz, chodziło o to byś swojego potwora pokochała, a nie walczyła z nim. Mogłaś to zrobić od razu, jak tylko mnie zobaczyłaś na podłodze, ale najwyraźniej potrzebowałaś najpierw doświadczyć tej walki, by zrozumieć, że tylko miłość pokonuje demony lęku.

(historyjka na podstawie jednego z moich snów, więc za inspirację dziękuję mojej podświadomości 🙂 )

  1. I tu powstaje u mnie konflikt: Z jednej strony rozumiem, że dobrze jest “przytulić potwora”, zamiast z nim walczyć, bo wszystko z czym walczę mnie niewoli. A jeśli walki zaniecham, wtedy to coś da mi wolność.
    Z drugiej strony mam problem z tym, że jeśli “przytulę potwora”, wyślę mu swoją miłość, komuś, kto robi mi krzywdę (w moim subiektywnym mniemaniu oczywiście), to jednocześnie odbieram sobie prawo do odczuwania tej krzywdy.
    Zdaję sobie sprawę, że to błędne myślenie, jednak wciąż trudno mi jest mi pogodzić te dwie sprawy… hmm

  2. hehe, to może ja coś dodam do tego co Magda pisze. Miłość to stan bycia, nie działania. Akceptacja tego co jest w twojej przestrzeni dokładnie takim jakie jest. Nie wymaga to żadnego działania i tutaj rozumiem zagubienie Magdy bo się z nią zgadzam. Nagle “pokochanie” czegoś żeby nie zrobiło nam krzywdy przypomina mi widziany nieraz na ulicy widok. Właściciel bije swojego psa bądź woła go w gniewie a pies idzie, już skulony, z miną “kocham cię – tylko nie rób mi znowu krzywdy”, a to niestety “miłość” ze strachu :-(. Kiedy kochasz kogoś, coś , świat – nie musisz “wysyłać” miłości, ona po prostu płynie. Ta historyjka jest ściśle związana z wczorajszym postem o lęku i wydaje mi się, że gdyby dziewczynka zamiast od lęku uciekać została by w nim i zaakceptowała jego obecność, przekształcenie lęku w miłość czyli “przemiana” jogina stała by się samoistna, po prostu zrezygnowałby z istnienia w tej postaci widząc, że nikt i nic nie stawia mu oporu. Przypomina mi to fragment autobiografii osho, w którym pisał on że będąc jeszcze młodziencem medytował kiedy nagle do pomieszczenia wpełzł wąż. OSho pisał wtedy że ze zdumieniem stwierdził że w ogóle się nie boi, ot po prostu przyszedł wąż. Gad pełzł w jego stronę, przewinał mu się przez kolana i ….poszedł dalej….. 🙂

  3. Tylko czy myślisz, że gdyby bity (niekoniecznie pies ale powiedzmy niewolnik kiedyś), miłował swego właściciela (nie po coś ale był tą miłością) to oczywiście, że mógłby być ponad te razy, które dostaje, rozumiałby jakąś jego historę, swoją historię itd. Ale konkretnie chodzi mi o to: czy w takim razie nie ma niewolnik prawa wyrazić swojej dezaprobaty? Bronić się? To jest ten konflikt, który czuję. Konflikt pomiedzy byciem miłością ale jednoczesną niezgodą na pewne zachowania ludzi. Taką chyba mniej duchową, a realną niezgodą.

  4. Nie, nie myślę tak. Oczywiście każdy ma prawo wyrazić swoją dezaprobatę ale inna sprawa kiedy walczysz o życie a inna kiedy nie ma realnego zagrożenia.(np.sprzeczka z błahego powodu) Niestety zbyt często uruchamiamy syndrom “walki i ucieczki” w momencie kiedy sprawa w ogóle tego nie wymaga. Wybuchamy dezaprobatą, gniewem, żalem innymi emocjami atakując nimi kogoś zamiast je przeżywać i dostrzec, że często gęsto powoduje nami irracjonalny lęk ukryty za własnymi przeżyciami. A konflikt bierze się z umysłu który słyszał kiedyś np., że “trzeba być miłością” nawet kiedy ktoś cię krzywdzi. Ja uważam, że trzeba (można) być bliskością. Blisko siebie samego czyli swoich uczuć i brać na siebie odpowiedzialność za nie, tzn. przeżywać je samemu a nie atakując kogoś. (jeżeli oczywiście nikt nie robi nam fizycznej krzywdy). Jeżeli widzę, że ktoś np.na kogoś krzyczy i budzą się we mnie pewne emocje to zajmuję się swoimi.Jedyny świat w którym mogę coś zmienić to mój świat a nawet tam zmienianie czegoś nie ma sensu. Kiedy łączę się po prostu z emocjami wewnątrz i przeżywam je świadomie, zmiany zachodzą samoistnie, stare warunkowania rozpuszczają się w naturalny sposób.
    Być może użyty przez mnie przykład z psem nie był na miejscu ale akurat taki przyszedł mi do głowy.W takiej lub podobnej sytuacji oczywiście warto zareagować i nie uważam, aby trzeba było specjalnie odczuwać miłość do kogoś kto krzywdzi. Można nienawidzić ale istotne jest co robisz z tym uczuciem, czy mu się opierasz czy może pozwalasz mu istnieć w sobie? 🙂 czy lubisz się wtedy tylko kiedy “jesteś miłością” czy wtedy kiedy czasem masz siebie albo innych po prostu serdecznie dość ? Czy kiedy najdzie cię złość na to jaki świat jest to WYRZUCASZ ją z siebie atakując innych czy przeżywasz ją dając jej zgodę na istnienie w tobie ? moim zdaniem jest tak – kiedy ktoś czyni ci krzywdę cielesną – broń się, atakuj lub uciekaj. Kiedy zagrożony jest twój wewnętrzny świat – nie atakuj, nie uciekaj, nie broń się – obserwuj swoje uczucia i doświadczaj ich. Ja staram się tak robić i to raczej trudna sprawa bo sam mechanizm ataku i ucieczki jest podświadomy i piekielnie szybki ale codzienna praktyka uważności w tym pomaga.

  5. To jeszcze jedno pytanie: Jest sytuacja, kiedy ktoś fizycznie mnie nie rani ale zagrożony jest mój wewnętrzny świat. Czuję się zraniona, oszukana, rozczarowana. Rozumiem, że ktoś inny na moim miejscu wcale nie musiałby tak się czuć. Obserwuję swoje uczucia, zastanawiam się, czemu akurat JA tak się czuję, jakim wartościom we mnie zagraża postępowanie tego człowieka, czego bronię w sobie. To jedno. Ale z drugiej strony chciałabym mieć prawo zakomunikować temu człowiekowi, jak się czuję i przede wszystkim DAĆ SOBIE PRAWO tak się czuć, dać sobie prawo się złościć i podjąć adekwatne decyzje. A nie mieć wyrzuty sumienia, że może nie powinnam, może powinnam “przytulić potwora”, bo to tak naprawdę mój nauczyciel, który uczy mnie przechodzić przez trudną dla mnie sytuację.

  6. hmm.w tym co piszesz zastanawia mnie obserwowanie swoich uczuć. Obserwujesz je z dystansu czy jesteś z nimi ? patrzysz na nie czy uczestniczysz w ich egzystencji? Jeżeli zastanawiasz się “dlaczego akurat JA tak się czuję” to jest to ciągle zastanawianie się a nie odczuwanie dosyć typowe (z całym szacunkiem dla twojej indywidualności) dla kogoś, kto czuje się zraniony. Komunikowanie drugiemu człowiekowi “ranisz mnie”, jest przerzuceniem na niego odpowiedzialności za własne uczucia które w rzeczywistości tworzymy sami oceniając sytuację jako mniej lub bardziej dla nas komfortową. Innym komunikatem jest “boję się”,”ciężko mi się zgodzić”, “nie godzę się ” – są to komunikaty które komuś powiedzą jak się czujesz ale nimi nie oskarżasz. A tak w ogóle warto starać się dociekać (o czym Asia już bardzo ładnie pisała) z jakiej przestrzeni wychodzi twoja chęć wyrażania. Czy jest to akceptacja stanu w nas czy też jej brak każe nam pozbyć się jakiegoś uciążliwego dla nas stanu. (np.pragnę podzielić się z tobą moim smutkiem) Rozumiem, że czujesz się w tym wszystkim zagubiona i znam to uczucie bardzo dobrze. Piszesz, żeby dać sobie prawo tak się czuć a więc zachęcam jeszcze raz – czuj, smakuj uczucia – nie zastanawiaj się po co to czuję, dlaczego i czy ktoś o tym powinien wiedzieć – jeżeli będzie chciał wiedzieć to sam zapyta. Jeżeli chcesz zobaczyć opór jaki stawiasz emocjom – wejdź w nią i zapytaj siebie “jak się czuję z tym co jest we mnie ?” , “jak czuję się z moją np. złością ? Chcę ją czy nie ? ” Nawiązując do komentarza Asi z poprzedniego artykułu, że lęk jest po coś i może np.być naszym nauczycielem. Emocje po prostu są. i tu ich koniec.Jedną z cech emocji jest przemijanie. Całą resztę robimy my oceniając ją jako mniej lub bardziej użyteczną.To my nadajemy im wartość, stawiamy bądź nie opór i pytanie znowu z jakiej przestrzeni wychodzimy. No bo czy ktoś dobry dowcip albo stan euforii nazywa nauczycielem 🙂 ?

  7. Przemyslę to wszystko, bo rzeczywiście czuję się zagubiona. Może jeszcze tylko dodam, że nie chodziło mi o zakomunikowanie: “ranisz mnie” tylko o zakomunikowanie: “czuję się zraniona” a to ja odbieram jako coś innego. 🙂

  8. ok. 😉 moja propozycja – nie idź “przemyśleć ” tematu. Idź gdzieś usiąść bądź położyć się i wejdź w emocje zagubienia, posmakuj ich. Większość czasu w ciągu spędzamy ze swoimi myślami – myślimy o uczuciach zamiast je czuć. Moja propozycja – poświęć 15 min,30 albo ile chcesz, tylko na emocje – wejdź w nie, posmakuj naprawdę i zobacz jak się z nimi czujesz ?? opierasz się czy rzeczywiście je przeżywasz bez oceniania, bez udziału umysłu ? poprostu spędź czas tylko z uczuciami. Jeżeli zobaczysz, że na np. zmierzasz do rozmyślania,analizowania – łagodnie i spokojnie wróć do swojego wnętrza, do świadomego bycia z uczuciami.

    powodzenia 🙂
    i pozdrowienia

  9. Hmmm….To ja też idę pobyć z moimi emocjami.
    Dziękuję wam za tę dyskusję, daje do myślenia…eee..odczuwania… 🙂
    Sławku, oj tak, odloty miewam niezłe 😉

  10. Zewnętrzne demony to też materializująca się na zewnątrz nasza własna pierwotna, wewnętrzna rzeczywistość.
    (jeśli nasze nastawienie pełne jest nienawiści do samego siebie i agresji, to na zewnątrz będziemy jej od innych doznawać, prowokować do niej)

    De Mello pisze podobnie :”[…]Im większy stawiasz opór, tym większą nadajesz moc temu, czemu się opierasz. Takie jest, jak sądzę, znaczenie słów Jezusa: “Lecz jeśli ktoś uderzy cię w prawy policzek, nadstaw mu drugi.” To ty dajesz moc demonom, które zwalczasz. Brzmi to bardzo po wschodniemu. Jeśli jednak popłyniesz razem z wrogiem, pokonasz go. Jak walczyć ze złem? Nie poprzez zmaganie się z nim, ale poprzez zrozumienie. Zło zniknie, jeśli tylko zostanie zrozumiane. Jak walczyć z ciemnością? Nie przy pomocy pięści. Nie można przegonić ciemności z pokoju za pomocą szczotki, trzeba włączyć światło. Im usilniej walczysz z ciemnością, tym bardziej staje się ona dla ciebie realna, tym bardziej wyczerpiesz samego siebie. Jeśli jednak włączysz światło świadomości, ciemność się rozprasza.”

    Pozdrawiam
    ZenForest

  11. zenforest. hmm, jakby ci to powiedzieć, nie mogę się z tobą zgodzić do końca.piszesz “Jak walczyć ze złem? Nie poprzez zmaganie się z nim, ale poprzez zrozumienie.” – Ja rozumiem skąd bierze się mój lęk a on mimo to nie znika. Mówimy przecież przy tym artykule o lęku a nie o pojęcie dobra i zła ogólnie. Potem jednak domyślam się , że cytujesz pisząc “Jeśli jednak włączysz światło świadomości, ciemność się rozprasza.” Świadomość owa, według mnie oczywiście, jest efektem wglądu a wgląd to nie zrozumienie problemu tylko wejście w niego -zrozumienie poprzez doświadczenie, gdzie “wiedza” jest efektem “przejścia” przez stan. Tak się ma według mnie ta sprawa w kontekście emocji. Jeżeli iszesz “Jak walczyć ze złem?” i masz namyśli “zło” jako ogólną definicję to skąd mam wiedzieć, czy to co mnie spotyka w danym momencie to będzie “zło” w ostatecznym rozrachunku ????

  12. mam na myśli “negatywną” emocję.
    wiele rzeczy wydaje się wrogie, i złe tylko wtedy gdy nieznane i niezrozumiałe, gdybyś zobaczył człowieka który włamuje się do domu obok, mógłbyś pomyśleć że to złoczyńca, ale gdybyś np wiedział że zatrzasnął sobie klucze.. wszystko by się zmieniło!
    zmienia się perspektywa gdy pojawia się zrozumienie
    zrozumienie = jest naświetleniem sprawy i rozproszeniem tym samym negatywnego wrażenia 🙂

    wiele rzeczy w świecie istniejące – może być czymś innym niż to ludzie powierzchownie oceniają z poziomu emocjonalnego a nie przyczynowego

  13. Z zainteresowaniem przeczytałam wpis Asi i dyskusję toczącą się pod nim.
    Jestem na początku drogi poznawania siebie, nauki odczuwania emocji, akceptacji. Robię to wszystko niejako ‘na ślepo’ – działam instynktownie. Impulsem do zrozumienia pewnych mechanizmów istniejących we mnie bywają takie teksty, jak ten wpis na blogu.

    Pod wpływem jego lektury, nasunęło mi się następujące pytanie:
    Jak to jest z tym odczuwaniem? Staram się czuć, nie analizować. Ale gdybym miała wejść tak bardzo w siebie, sięgnąć do tego, co drzemie pod spodem, co czuję, to mam wrażenie, że zaczęłabym spadać po spirali lęku, strachu, tłumionego bólu. Rzadko kiedy czuję pokój. Przeważnie, u podstawy każdej emocji odczuwanej w danej chwili, leży strach. Mam się w nim zatapiać? Trwać? Nie dotarłam nigdy do takiego momentu, aby przeżywanie go (strachu) sprawiło, by zaczął mijać. Z obawy przed lękiem (a więc znowu strach), odsuwam i tłumię emocje.
    Gdzie tkwi błąd?

  14. Ja też nie dotarłam. 🙁 Jedyne, co mi pomagało, jak do tej pory, to właśnie zastanowienie się skąd się bierze, z czego wynika i zmierzenie się z tym lękiem. To, o czym Sławek pisał, żeby posmakować emocji, a wtedy będą się one rozpuszczać nie było mi jak do tej pory dane. Owszem, bywało tak, że jek bardzo długo czułam ból, to w końcu on mijał ale zwykle mijał szybciej, jeśli próbowałam sobie wytłumaczyć pewne sprawy, spojrzeć na nie z innej strony…

  15. Do Ewy i Magdy.
    Nie chodzi o staranie się (“staram się odczuwać, nie analizować”). Cała ta niełatwa sztuka opiera się na nie-działaniu a byciu obecnym z tym co jest w Tobie “tu i teraz”. Czyli, jeżeli widzę, że analizuję to po prostu dostrzegam to w sobie ale cały czas moja uwaga jest z emocjami a obserwuję umysł który za wszelką cenę próbuje wziąć udział w wewnętrznych “zdarzeniach”. Jeżeli poniosło mnie rozmyślanie, analizowanie – powracam do bycia z emocjami. Druga sprawa to taka, że jeżeli wychodzę do emocji z przestrzeni lęku to właśnie lęk będzie tym co spotkam :-). I dobrze, bo nie ma nic “niewłaściwego” w baniu się, chodzi tylko o to,żeby być w tym prawdziwym czyli obecnym całą swoją uwagą. Tak naprawdę nie da sie tego opisać, trzeba tego doświadczyć, dlatego zachęcam do czytania książek Collina Sissona, np. “Sztuka świadomego oddychania” a najlepiej do kontaktu z praktykiem integracji oddechem który pokaże jak to się “robi”. Ewo, zaczynasz dostrzegać w sobie opór ( i dobrze) a to on(jego świadomość) jest kluczem do “uwolnienia cię” od bólu i udręki. Sam lęk nie boli, żadna emocja nie boli. To co sprawia ból, wpędza w “doła”, depresję to po prostu opór przed czuciem się “źle”, opór przed odczuwaniem lęku.Uczucia w stosunku do których tworzysz uczucia ale ich nie dostrzegasz. Kiedy staniesz się ich świadoma(czytaj – obecna w ich przeżywaniu), nie będzie sensu “pozbywać się emocji” bo przeżywanie ich stanie się łatwiejsze a przecież one nadają życiu smak.Twoja wewnętrzna przestrzeń dla siebie samej się poszerzy o …..porcję odwagi.

  16. Sławku, dziękuję serdecznie za odpowiedź.
    Nie wiem, czy dobrze Cię rozumiem. Pewnie dlatego, że nie było mi jeszcze dane czuć tego, o czym mówisz.
    Zdaję sobie sprawę, że próbujesz przekazać mi coś bardzo ważnego, coś czego nie jestem w stanie na tym etapie pojąć. Bardzo chciałabym to poczuć. Mam wrażenie, że w tej chwili nasz dialog przypominałby rozmowę z niewidomym o kolorach. I przeszkodą nie jest tu bynajmniej zła wola którejkolwiek ze stron. Niestety na poziomie rozumu pewnych rzeczy pojąć się nie da; trzeba je przeżyć 🙂 Mam więc nadzieję, że wraz z samodoskonaleniem się, będę w stanie poczuć to, co chcesz przekazać.

    Odniosę się do fragmentu Twojej wypowiedzi. I o ile jej resztę przyjmuję, cytowany fragment mnie zastanawia:
    “To co sprawia ból, wpędza w “doła”, depresję to po prostu opór przed czuciem się “źle”, opór przed odczuwaniem lęku. Uczucia w stosunku do których tworzysz uczucia ale ich nie dostrzegasz. Kiedy staniesz się ich świadoma (czytaj – obecna w ich przeżywaniu), nie będzie sensu “pozbywać się emocji” bo przeżywanie ich stanie się łatwiejsze a przecież one nadają życiu smak”
    Dlaczego mnie zastanawia? Ponieważ dane mi było kiedyś bycie całkowicie świadomą swojego lęku. Dogłębne przeżywanie. Do tego stopnia, że lęk ten zniknął, ale wraz z nim wszystko inne również. Dopadł mnie stan emocjonalnej katalepsji. Brak czegokolwiek. To początkowe ‘czucie się źle’ przerodziło się w nie-czucie-niczego.
    Przypuszczam, że stan, który wtedy osiągnęłam, był skutkiem niewłaściwego przeżywania emocji. Ale… byłam obecna w lęku całą swoją uwagą… byłam obecna ‘tu i teraz’ z tym, co było we mnie.
    I znów gdzieś jest błąd.

    Chyba mam jeszcze zbyt małą podbudowę teoretyczną, by móc zarówno dyskutować na temat właściwego sposobu przeżywania emocji, jak i prawidłowo to czynić.

    Jeszcze raz dziękuję za Twój wpis.

    P.S. Z chęcią sięgnę po książki Sissona.

  17. Ewo
    Nie potrzebujesz większej podbudowy teoretycznej. Potrzebujesz więcej praktyki ale twój umysł z lubością odda się teoretyzowaniu bo to po prostu mniej “niebezpieczne” dla niego niż bycie z uczuciami. Ale spoko. na każdego może przyjść tylko właściwa pora. innej nie ma. 🙂
    Zachęcam Cię do praktyki.
    pozdrowienia

  18. Przeczytałem wasze posty i pragnę pogratulować Sławkowi mądrych i cierpliwych wypowiedzi. Od dziecka miałem powtarzające się sny z diabłem w roli głównej, który chciał mnie dorwać w każdym prawie śnie. Sny miały jedno główne motto: “Diabeł” i ja, który musi przed nim uciekać, by nie dać się złapać. Po wielu snach, odkryłem (we śnie),że kiedy uciekam przed nim(niektórzy wiedzą, jak ciężko jest uciekać we śnie. Tu ciało nie ma fizycznego ciężaru i bieg przypomina próbę biegania po dnie napełnionego wodą basenu) żegnając się mogę odbić się od ziemi i szybować. I tak od młodego dzieciaczka, nauczyłem się latać. Później przyszły samoistnie świadome sny, w których latałem sobie dla czystej przyjemności. Niestety od czasu do czasu, diabeł dopadał mnie w miejscach zamkniętych z których nie było ucieczki. Sny świadome, zaczęły się od chwili w której usłyszałem zdanie, że sny są czarno białe a nie kolorowe. Tak intensywnie myślałem o tym -miałem wtedy może z 8-9 lat- że tej samej nocy przyśnił mi się jeden z najbardziej kolorowych snów, w którym wiedząc, że to jest sen mogłem “na własne oczy” zobaczyć kolory. Wracając do owego diabła, w ostatnim śnie z nim, miałem wtedy 20scia kilka lat, zrozumiałem, że we śnie nie może mi on nic zrobić – bo nie mam ciała, które można uszkodzić, więc bez strach a bardziej ze śmiechem i pewnością siebie, pozwoliłem by mnie złapał (a ścisnął mnie cholernie mocno)i rzucał mną ile będzie chciał. Okazało się, że nie jest taki silny jak mi się wydawało. Diabeł poniósł klęskę. Od tamtej pory już go nie spotkałem. Po co to napisałem? ZROZUMIENIE jest podstawą wszelkich zmian wewnętrznych. Szeroko otwarte serce, zrozumienie i wiedza, dają oświecenie. Oświecenie daje wolność i otwiera drogę do następnego zrozumienia, że to dopiero początek, tym razem świadomej drogi. Zrozumienie swoich lęków opiera się na obserwacji własnych zachowań i bycia świadomym, że strach pochodzi z ciała i jest funkcją ego. Nasze ego to MY. Jeśli poczujemy potrzebę zmian własnej osobowości, czy uporania się z lękami, trafią do naszych rąk informacje jak to zrobić.
    Pozdrawianko.
    Wojtek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Podobne wpisy
słowa i wiedza

Słowa i wiedza

[aux_quote type=”quote-normal” text_align=”left” quote_symbol=”1″ title=”title” extra_classes=””]”Uczniowie pewnego mistrza byli zaabsorbowani dyskusją nad cytatem Lao-tsy: Ci, którzy wiedzą, nie mówią. Ci, którzy mówią,…
Total
0
Share